Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
Znaleźli się w sieni wyłożonej glazurowaną cegłą, ze schodami po lewej i salonem po prawej. Weszli do salonu. Był to olbrzymi pokój ze sklepionym sufitem. Stały w nim dwa fortepiany i cała kolekcja różnych lamp.
Sporo tu przestrzeni, jak dla samotnego uczonego na emeryturze, pomyślał Randall.
Angela poprowadziła go do zielonej, wyściełanej welwetem kanapy, przy której stał stolik i kilka kremowych krzeseł. Randall jednak nie usiadł. Zaabsorbował go bowiem dziwny i niepokojący widok.
Okna salonu były okratowane od góry do dołu. A w bocznych drzwiach pojawiły się dwie identycznie ubrane kobiety. Miały na sobie granatowe uniformy z białym kołnierzykiem i fartuszkiem, a włosy skrywały wykrochmalone czepki.
Randall odwrócił się zaskoczony do Angeli. Patrzyła na niego w napięciu i po chwili pokiwała głową.
– Tak, ojciec tutaj mieszka – powiedziała. – To dom wariatów.
Kwadrans później, chodząc nerwowo po salonie – a właściwie pokoju przyjęć – Randall wciąż jeszcze nie mógł dojść do siebie po rewelacjach Angeli.
Wnętrze willi zwodniczo przypominało urządzenie prywatnej rezydencji, w której mógł zaszyć się sławny archeolog po dokonaniu epokowego odkrycia. W rzeczy samej była to niegdyś podmiejska rezydencja bogatego rzymianina, została jednak sprzedana grupie włoskich psychiatrów, którzy urządzili tu casa di cura, sanatorium dla umysłowo chorych. Lekarze dbali o to, żeby pomieszczenia i atmosfera domu kojarzyły się z normalnym mieszkaniem, gdyż mogło to mieć zbawienny wpływ na pacjentów.
A jednak – używając obcesowego określenia Angeli – był to po prostu dom wariatów. Profesor Monti był zaś od ponad roku najbardziej prominentnym pacjentem, którego prywatności najpilniej strzeżono.
– Teraz może zrozumiesz moje opory i kłamstwa – mówiła rozemocjonowana, opowiadając mu o wszystkim. – Ojciec jeszcze rok temu czuł się znakomicie, miał sprawny, bystry umysł. I nagle, z dnia na dzień, jego psychika kompletnie się załamała. Zamknął się w sobie, dostał pomieszania zmysłów i właściwie brak z nim kontaktu. Od tamtej pory przebywa tutaj, ale nie mogłam tego nikomu ujawnić, ani wydawcom, ani nawet tobie, Steve. Gdyby wiadomość o chorobie ojca wydostała się na światło dzienne, wrogowie ojca albo wrogowie projektu mogliby ją wykorzystać. Miałoby to fatalny wpływ na stosunek do znaleziska i nowej Biblii. Nie mogłam na to pozwolić, dlatego nie dopuszczałam do ojca nikogo, aż do wczoraj. Wczoraj zrozumiałam, że nie powstrzymam cię przed odkryciem prawdy. Przyjechaliśmy więc do Rzymu, żebyś przekonał się na własne oczy i już nie zarzucał mi kłamstwa. Czy wreszcie mi zaufasz, Steve?
– Teraz i zawsze, kochanie – odparł, biorąc ją w ramiona, poruszony i zawstydzony do głębi. – Wybacz mi, Angelo. Jest mi naprawdę przykro. Mam nadzieję, że mi przebaczysz.
Przebaczyła mu, gdyż była w stanie zrozumieć jego podejrzliwość.
– Poza tym – dodała – przywiozłam cię do ojca jeszcze z jednego powodu. Zazwyczaj jest w stanie podobnym do katatonii, ale czasami, bardzo rzadko, miewa krótkie momenty przytomności. Gdy go odwiedzamy z siostrą, nie ma zupełnie kontaktu z rzeczywistością, ale miałam nadzieję, że kiedy mu pokażesz zdjęcia i przemówisz do niego, poruszy to jakąś strunę w jego umyśle i będzie mógł rozwiać twoje wątpliwości.
– Dziękuję, Angelo. Czuję jednak, że wiele sienie spodziewasz po tym spotkaniu, prawda?
– Raczej nie. Chociaż nigdy nie wiadomo. Ludzki umysł kryje w sobie tyle tajemnic. Na razie pójdę do niego sama, ty zaczekaj.
Wyszła, a Randall krążył po pokoju, próbując zrozumieć, co mogło sprawić, że tak genialny naukowiec jak profesor Monti mógł z dnia na dzień popaść w stan graniczący z obłędem. Randall stracił już niemal ochotę na to spotkanie. Nigdy dotąd nie miał do czynienia z chorym umysłowo człowiekiem i nie był pewien, czego się spodziewać i jak się zachować. Musiał to jednak doprowadzić do końca, póki istniała choćby iskierka nadziei, że jakieś słowo czy gest profesora rozwieje jego wątpliwości.
Angela Monti wróciła po kilku minutach, lecz nie sama. Towarzyszyła jej wysoka, koścista młoda pielęgniarka.
– I jak on się miewa? – zapytał Randall, patrząc na ściągniętą twarz dziewczyny.
– Spokojny, łagodny, cichy – odparła i dodała, przełykając ślinę: – Nie poznał mnie.
Starała się powstrzymać łzy. Randall wziął ją w objęcia, próbując uspokoić. Wygrzebała z torebki chusteczkę, osuszyła oczy i spojrzała na niego z nikłym uśmiechem.
– Tak jest za każdym razem. Nie przejmuj się, Steve, zaraz mi przejdzie. Możesz teraz iść do niego, siostra Branchi cię zaprowadzi. Próbowałam mu powiedzieć o tobie, ale nie wiem, czy coś dotarło do niego. Spróbuj, tak czy inaczej. Ja pójdę zadzwonić do naszej gospodyni, moja siostra przyjeżdża dzisiaj z Neapolu z dziećmi, żeby się ze mną zobaczyć.
Randall ruszył za siostrą Branchi sterylnym białym korytarzem. Pielęgniarka wyjęła z kieszeni pęk kluczy i po chwili stanęli pod drzwiami.
– To pokój profesora – powiedziała i widząc, że drzwi są uchylone, zmarszczyła brwi. – Powinny być zamknięte na klucz – mruknęła. Zajrzała do środka i odwróciła się do Randalla z wyraźną ulgą. – To pokojówka, zbiera naczynia po obiedzie.
Po kilku sekundach pokojówka wyszła, niosąc tacę. Obie kobiety rozmawiały przez chwilę półgłosem po włosku.
– Zapytałam ją, jak on się miewa – wyjaśniła pielęgniarka, gdy tamta odeszła. – Powiedziała, że jak zwykle, siedzi przy oknie i patrzy w przestrzeń. Może pan wejść. Przedstawię pana i zostawię was samych. Ile czasu pan potrzebuje?
– Nie wiem – odparł Randall nerwowo.
– Doktor Venturi zaleca, żeby odwiedziny nie trwały dłużej niż kwadrans.
– W takim razie mam kwadrans – zgodził się.
Siostra Branchi otworzyła drzwi i wpuściła go do środka. Ku jego zaskoczeniu, pokój nie przypominał szpitalnego. Wyglądał raczej jak połączenie sypialni i biblioteki w normalnym mieszkaniu. Był słoneczny, wygodny, nawet przytulny, przyjemnie klimatyzowany. Przez duże okno widać było fragment ogrodu. To miłe wrażenie zakłócały tylko kraty w oknie, które wraz ze szpitalną bielą ścian przypominały, że mieszkaniec jest pacjentem kliniki psychiatrycznej. Przy oknie, kołysząc się mechanicznie w przód i w tył, niemal zagubiony w czeluści bujanego fotela, siedział niski, starszy mężczyzna o pulchnej twarzy, okolonej kępkami białych włosów. Wodnistymi, pustymi oczami wpatrywał się w kwiaty za oknem. Był mniej zażywny, bardziej zmizerniały niż na zdjęciach sprzed sześciu lat.
Siostra Branchi podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Profesorze Monti – powiedziała głośno, jakby budziła go ze snu – ma pan gościa z Ameryki. – Skinęła na Randalla, stawiając krzesło naprzeciw fotela. – Profesorze, to właśnie pan Randall. Interesuje się pańską pracą.
Monti przyglądał się pielęgniarce z niejakim zainteresowaniem, trudno było jednak poznać, czy zauważył obecność Randalla.
– Zostawię was teraz samych, panie Randall – rzekła kobieta. – W razie czego proszę mnie wezwać dzwonkiem, a jeśli nie, to wrócę za piętnaście minut.
Gdy wyszła, Randall usiadł naprzeciw małego człowieczka, który w końcu spostrzegł, że ma gościa, i wpatrywał się weń w milczeniu, bez zainteresowania.
– Jestem Steve Randall, z Nowego Jorku – przedstawił się ponownie Randall. – Jestem przyjacielem Angeli. Rozmawiała z panem przed chwilą i wspomniała o mnie, pamięta pan, profesorze?
– Angela – powtórzył Monti martwym tonem, nie okazując najmniejszej emocji.
– Na pewno wyjaśniła panu mój związek z Drugim Zmartwychwstaniem – ciągnął Randall. – Zajmuję się promocją nowej Biblii, promocją pańskiego odkrycia.
Miał wrażenie, że przemawia do białej ściany za fotelem Montiego. Najchętniej wezwałby siostrę Branchi i uciekł z tego miejsca. Mówił jednak dalej. Tłumaczył, jak George L. Wheeler zatrudnił go i ściągnął do Amsterdamu. Opowiadał, jacy wszyscy są podekscytowani zbliżającą się konferencją prasową, kiedy ostiackie znalezisko stanie się znane milionom ludzi na całym świecie.