Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 153
Перейти на страницу:

W miarę jak Randall mówił, profesor słuchał jakby uważniej. Choć nie odpowiadał, nieco się ożywił i wyglądał po prostu jak stary, zgrzybiały człowiek, który słucha niezbyt pilnie monologu obcej osoby.

W Randalla wstąpiła otucha. Może zbliżał się jeden z okresów przytomności Montiego, wywołany opowiadaniem o bliskich mu sprawach? Może dziś właśnie będzie miał szczęście?

– Profesorze Monti, wyjaśnię panu, z jaką sprawą do pana przyjechałem – powiedział.

– Tak.

– Pańskie odkrycie zostało potwierdzone. Poszerzony Nowy Testament przetłumaczono na cztery języki. Nowa Biblia ma się ukazać na dniach i jest tylko… – zawahał się, po czym dokończył: – Pojawił się pewien problem i mam nadzieję, że pan pomoże go rozwiązać.

– Tak.

Randall przyjrzał się twarzy profesora. Dostrzegł wyraz zaciekawienia albo tak mu się wydawało. Błysnął promyk nadziei.

Wyjął z aktówki dyktafon i fotografię papirusu.

– Kilku z nas odkryło niepokojący błąd, w każdym razie sądzimy, że może to być błąd w tłumaczeniu – powiedział. – To jest fotografia papirusu numer dziewięć, jednego z odkopanych przez pana. Jednakże wcześniej widziałem inne zdjęcie tego arkusza i wyglądało trochę inaczej. To właśnie mnie zaniepokoiło. Zastanawiam się, czy papirus numer dziewięć nie został przez kogoś zmieniony albo czy nie podłożono w jego miejsce innego, specjalnie spreparowanego.

Profesor Monti pochylił się ku niemu na swoim bujaku.

– Tak?

Zachęcony tym Randall kontynuował wywód.

– Nie ma już możliwości sprawdzenia, czy to zdjęcie pokazuje oryginalny papirus, czy ten ewentualnie podmieniony. Negatyw tej odbitki spłonął w pożarze. Jednakże, profesorze, wiem od Angeli, że poświęcił pan temu znalezisku tyle czasu, że w pańską pamięć wrył się każdy z tych aramejskich znaków, każdy zakrętas i kropka. Powiedziała mi, że poznałby pan od razu, czy jest to reprodukcja oryginału, czy raczej przerobionego lub podmienionego papirusu. To sprawa najwyższej wagi, profesorze. Musimy poznać prawdę. Proszę powiedzieć, czy pańskim zdaniem ta fotografia przedstawia papirus, który odkopał pan w Ostii?

Podał odbitkę Montiemu, a ten wziął ją ostrożnie w obie, drżące lekko dłonie. Przez dłuższą chwilę nie spojrzał w ogóle na zdjęcie, lecz kołysząc się w fotelu, patrzył w oczy Randalla.

W końcu, jakby przypominając sobie, co trzyma w rękach, przeniósł wzrok na odbitkę. Powoli przechylił ją stronę okna, do słońca wpadającego przez kraty. Na krągłą twarz wypłynął uśmiech i Randall znowu poczuł przypływ nadziei.

Mijały minuty. Profesor Monti opuścił fotografię na kolana, nie odrywając od niej wzroku. Zaczął poruszać wargami i Randall wytężył słuch, by pochwycić niewyraźne słowa.

– To prawda, to prawda – mówił profesor. – Ja to napisałem. – Uniósł głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. – Ja jestem Jakub Sprawiedliwy. Byłem świadkiem tych wydarzeń. – Głos uczonego przybrał na sile. – Ja, Jakub z Jerozolimy, brat Pana Naszego Jezusa Chrystusa, najstarszy z jego ocalałych braci i syn Józefa z Nazaretu, mam wkrótce stanąć przed Sanhedrynem i głównym kapłanem Ananusem, oskarżony o wzniecanie rebelii, a to z powodu mego przewodzenia wyznawcom Jezusa wśród naszego ludu.

Randall opadł zniechęcony na oparcie krzesła.

Mój Boże, pomyślał, temu starcowi się zdaje, że jest Jakubem Sprawiedliwym, bratem Jezusa.

Profesor Monti wzniósł oczy do sufitu. Przemawiał coraz żarliwiej.

– Pozostali z synów Józefa, bracia Jezusa i moi także, są to Juda, Szymon, Jozjasz i Jan. Wszyscy oni są poza granicami Judei i Idumei, ja zaś pozostałem, by opowiedzieć o pierworodnym i najukochańszym Synu.

Profesor Monti recytował z pamięci ciężko akcentowaną angielszczyzną początek Ewangelii według świętego Jakuba. W jego słowach było jednak coś niezwykłego. Randall od razu to wychwycił. Monti wymienił imiona braci Jezusa i Jakuba, których brakowało w oryginalnym tekście, albowiem ten fragment papirusu wykruszył się i rozpadł.

Trudno to było zrozumieć, chyba że archeolog miał tak doskonałe rozeznanie w Biblii, iż potrafił przywołać te imiona z pamięci, przeczytawszy je wcześniej w Ewangelii świętego Mateusza, w Dziejach Apostolskich lub w pracy Euzebiusza z Cezarei, teologa wczesnochrześcijańskiego.

– Ja, Jakub Sprawiedliwy, brat Naszego Pana…

Profesor Monti deklamował ten sam fragment wciąż od nowa. Randall słuchał go ze ściśniętym sercem, przejęty smutkiem z powodu losu starego uczonego i nieszczęsnej Angeli.

Słowa profesora stopniowo przechodziły w mamrotanie, aż w końcu zamilkł i znów wpatrywał się tylko w ogród za oknem.

Randall wyjął mu delikatnie fotografię z dłoni i schował ją do teczki. Wyłączył dyktafon i spojrzał na zegarek. Z kwadransa została mu minuta czy dwie.

– Dziękuję, panie profesorze – powiedział, wstając – za pański czas i współpracę.

Ku jego zdziwieniu Monti także podniósł się z fotela. Wydawał się jeszcze drobniejszy. Poczłapał do swego biurka, usiadł przy nim i na moment jakby zapomniał o celu swego działania. Po chwili jednak otworzył szufladę i wyjął z niej kartkę i ołówek.

Narysował coś na papierze, przyjrzał się swemu dziełu, dodał kilka kresek i pokiwał z aprobatą głową. Podał kartkę Randallowi.

– Dla ciebie – wymamrotał. – Prezent. – Uratuje cię. Prezent od Jakuba.

Randall wziął od niego kartkę. Zobaczył toporny rysunek.

Obrazek przedstawiał narysowaną schematycznie, jakby dziecięcą ręką, rybę z przebitym włócznią bokiem.

Profesor powiedział, że to podarek od Jakuba, talizman, który go uratuje. Oczywiście było to bez sensu, lecz Randall zastanawiał się, co mogło oznaczać w zamglonym umyśle Montiego. Doszedł do wniosku, że nigdy się tego nie dowie.

Otworzyły się drzwi i Randall szybko schował rysunek do kieszeni, podziękował ponownie profesorowi, i wyszedł na korytarz, do siostry Branchi.

– Zaprowadzę pana do signoriny Monti – powiedziała. Randall jednak nie chciał jeszcze opuszczać kliniki. Przyszło mu coś do głowy.

– Signora Branchi – zapytał – czy jest w tej chwili któryś z lekarzy opiekujących się profesorem? Lekarz, który pracował bezpośrednio z pacjentem?

– Tak, oczywiście – odparła. – Mamy siedmiu lekarzy, a szefem kliniki jest doktor Venturi. Zajmował się profesorem od samego początku.

– Czy mógłbym z nim porozmawiać, choćby krótko?

– Proszę zaczekać. Zobaczę, czy doktor jest wolny.

Doktor Venturi znalazł chwilę na rozmowę. Był szczupłym, łysiejącym Włochem o sympatycznych ciemnych oczach. Nie wyglądał wcale na lekarza, pewnie dlatego, że zamiast białego fartucha miał na sobie garnitur w kratkę.

Jego gabinet również nie przypominał lekarskiego, z empirowym biurkiem, nowoczesnymi kanapami, bujnymi zielonymi roślinami i abstrakcyjnymi obrazami na ścianach.

Randall, w ostatniej rozpaczliwej próbie znalezienia jakiegoś klucza do tajemnicy papirusu numer dziewięć, opowiedział terapeucie o swym niezbyt udanym spotkaniu z profesorem Montim.

– Czy zdarzało się już wcześniej, że uważał się za Jakuba Sprawiedliwego? – zapytał.

– Dość często – odparł Venturi. – To dla nas zagadkowa sprawa, ponieważ takie zachowanie nie zgadza się z ogólnymi objawami. Widzi pan, człowiek, któremu się wydaje, że jest Jezusem czy jak w tym przypadku… bratem Jezusa… to zazwyczaj paranoik z kompleksem wyższości. Profesor Monti natomiast cierpi na zanik pamięci i stany katatonii, związane z histerią i wypływające z poczucia winy. Klinicznie rzecz biorąc, może doświadczać urojeń, ale pacjent tego typu nie utożsamiałby się z postaciami uduchowionymi, takimi jak Jezus czy Jakub, lecz raczej z kimś, kto czułby się winny na przykład skrzywdzenia Jezusa czy Jakuba. Jego zachowanie jest więc dla mnie niezrozumiałe. Lecz z drugiej strony niewiele wiemy o psyche profesora, o jego życiu wewnętrznym, i chyba niewiele się już na ten temat dowiemy.

1 ... 110 111 112 113 114 115 116 117 118 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)