Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Przepraszam — szepnął. — Masz takie piękne… wnętrze. Zasługujesz na to, żeby żyć. Zamiast być zjedzoną przez tę starą babę.
— Moja pani to wspaniała kobieta — oświadczyła z uporem. — O wiele bardziej zasługuje na to, żeby żyć.
Jaka chora etyka skłoniła Lotus Duronę do tego, by zrobić z tej dziewczyny ofiarę zadowoloną ze swego losu? Kogo Lotus chciała oszukać? Chyba samą siebie.
— Poza tym — powiedziała Lilly Młodsza — zdawało mi się, że bardziej podobała ci się ta gruba blondynka. Skręcało cię na jej widok.
— Na czyj widok?
— Ach, prawda. To musiał być twój klonbliźniak.
— Brat — poprawił odruchowo. Cóż to za historia tym razem, Mark?
Dziewczyna była już rozluźniona, jak gdyby pogodziła się z myślą o swej osobliwej niewoli. Wydawała się też znudzona. Spojrzała na niego z namysłem.
— Chciałbyś mnie jeszcze raz pocałować? — spytała.
W tym momencie byli tego samego wzrostu. Kiedy znikało poczucie zagrożenia, kobiety stawały się odważne i wstępował w nie diabeł. To ich cecha charakterystyczna Zazwyczaj uważał, że to bardzo przyjemne zjawisko, lecz ta dziewczyna go martwiła. Nie była… mu równa. Musiał jednak jakoś zabić czas, zatrzymać ją w pokoju, zająć czymś jak najdłużej.
— No… dobrze.
Mniej więcej po dwudziestu minutach łagodnych i niewinnych pieszczot odsunęła się i zauważyła:
— Baron robi to zupełnie inaczej.
— Co każe ci robić Vasa Luigi?
Rozpięła mu spodnie i przystąpiła do demonstracji. Po minucie wykrztusił:
— Przestań!
— Nie podoba ci się? Baron to bardzo lubi.
— Nie wątpię. — Pobudzony umknął na krzesło stojące przy stole i przycupnął tam w bezpiecznej odległości. — To, hm, bardzo miłe, Lilly, ale zbyt poważne dla nas dwojga.
— Nie rozumiem.
— Otóż to. — Był coraz bardziej przekonany, że to jeszcze dziecko, mimo ciała dorosłej kobiety. — Gdy będziesz starsza… sama określisz granice. I będziesz mogła wybierać ludzi wedle własnej woli. W tej chwili ledwie zdajesz sobie sprawę, gdzie ty się kończysz, a zaczyna świat. Pożądanie powinno płynąć ze środka, a nie być narzucane z zewnątrz. — Sam próbował siłą woli opanować własne, udało mu się połowicznie.
Zmarszczyła brwi w zadumie.
— Nie będę już starsza.
Objął ramionami podciągnięte pod brodę kolana i wzdrygnął się. Niech to szlag.
Naraz przypomniał sobie, jak poznał sierżant Taurę. Jak w chwili czarnej rozpaczy zostali kochankami. Ach, znów wpadł w pułapkę luk w pamięci. Obecna sytuacja musiała jednak być podobna do tamtej, skoro podświadomość podsuwała mu tamto rozwiązanie, które przecież okazało się skuteczne. Ale Taura była mutantem, produktem bioinżynierii i jej życie musiało trwać krótko. Specjaliści dendariańscy przedłużyli je nieco dzięki modyfikacji metabolizmu, ale i tak niewiele przed sobą miała. Każdy dzień był jak darowany, każdy kolejny rok stanowił prawdziwy cud. Ciągle kradła życie, a on szczerze to pochwalał. Lilly Młodsza mogłaby żyć cały wiek, gdyby nie… miała paść ofiarą kanibali. Należało ją uwieść dla życia, nie dla seksu.
Podobnie jak prawość, miłość życia nie była przedmiotem do nauczenia, tylko przypominała chorobę zakaźną. Trzeba było się nią zarazić od kogoś.
— Nie chcesz żyć? — spytał ją.
— Nie… nie wiem.
— Ja chcę. I wierz mi, bardzo dogłębnie zbadałem inną możliwość.
— Jesteś… zabawnym, brzydkim człowieczkiem. Co masz z życia?
— Wszystko. I zamierzam mieć jeszcze więcej. — Pragnę wielu rzeczy. Bogactwa, władzy, miłości. Zwycięstw, niezwykłych i cudownych zwycięstw, których blask odbijałby się w oczach towarzyszy. Kiedyś żony i dzieci. Stadka dzieci, zdrowych i wysokich, które dadzą nauczkę wszystkim tym tępogłowym, na jego widok szepczącym „Mutant!”. I chce mieć brata.
Mark. Tak. Naburmuszony malec, którego najprawdopodobniej baron Ryoval w tej chwili rozbiera na czynniki pierwsze, kawałek po kawałku. Zamiast Milesa. Jego nerwy są napięte do granic możliwości, nie ma dokąd uciec. Muszę się spieszyć.
Wreszcie udało mu się namówić Lilly Młodszą, by poszła spać. Ułożył ją na połowie łóżka zajmowaną zwykle przez Rowan. Sam w rycerskim geście przysiadł na krześle. Po kilku godzinach miał serdecznie dosyć. Spróbował położyć się na podłodze, ale ból rozsadzał mu klatkę piersiową. Wreszcie ostrożnie wspiął się na łóżko i zwinął się na pościeli odwrócony do Lilly plecami. Był wyjątkowo świadomy obecności jej ciała, lecz na pewno nie odwzajemniała mu się tym samym. Czuł nieokreślony niepokój, który przez swój brak konkretnej formy wydawał się znacznie większy. Nie miał nad niczym kontroli. Nad ranem zdołał się ogrzać na tyle, że zapadł w drzemkę.
— Rowan, kochana… — wymruczał niewyraźnie, zanurzając twarz w jej wonne włosy i wtulając się w ciepłe, długie ciało. — Milady. — Wreszcie wiedział, skąd się wziął ten barrayarski zwrot — ”moja pani”… Wzdrygnęła się; on odsunął się gwałtownie. Wróciła mu przytomność. — Aach… przepraszam.
Lilly Młodsza usiadła, strząsając z siebie ręce małego brzydala, które przed chwilą ściskały jej ciało.
— Nie jestem twoją panią!
— Przepraszam, pomyliłem cię z Rowan, o której myślę „milady”. Naprawdę jest moją panią, a ja jestem jej… — trefnisiem — rycerzem. W rzeczywistości jestem żołnierzem, mimo niewielkiego wzrostu.
Zorientował się, co go obudziło, dopiero wtedy, gdy po raz drugi usłyszał pukanie.
— Śniadanie. Szybko! Idź do łazienki. Zrób tam trochę hałasu. Idę o zakład, że jeszcze się nie domyśla.
Tym razem nie starał się wciągać wartowników w rozmowę i nie próbował ich przekupywać. Kiedy za służącym zamknęły się drzwi, Lilly Młodsza wyszła z łazienki. Jadła wolno, podejrzliwie, jak gdyby wątpiła, czy ma prawo. Przyglądał się jej coraz bardziej zafrapowany.
— Proszę, zjedz jeszcze tę bułeczkę. Możesz ją posypać cukrem.
— Nie wolno mi jeść cukru.
— Powinnaś jeść cukier. — Zamilkł na chwilę. — W ogóle powinnaś wszystko. Powinnaś mieć przyjaciół, siostry. Powinnaś się uczyć do granic własnych możliwości. I pracować, żeby pobudzić ducha. Dzięki pracy człowiek staje się większy. Prawdziwszy. Zjadasz i rośniesz. Powinnaś przeżyć miłość. Mieć swojego rycerza. O wiele wyższego. Powinnaś… zjeść lody.
— Nie wolno mi tyć. Moim przeznaczeniem jest moja pani.
— Przeznaczenie! Co ty wiesz o przeznaczeniu? — Zerwał się z miejsca i zaczął spacerować, robiąc slalom między łóżkiem a stołem. — Jestem cholernie dobrym ekspertem od przeznaczenia. Twoja pani to fałszywe przeznaczenie, a wiesz, skąd o tym wiem? Zabiera wszystko, ale nic w zamian nie daje.
— Prawdziwe przeznaczenie zabiera ci wszystko — ostatnią kroplę krwi, ostatnie tchnienie — żeby oddać w dwójnasób. Czwórnasób. Tysiąckroć więcej! Ale nie możesz dawać połowicznie. Musisz dać wszystko. Wiem o tym. Przysięgam. Zmartwychwstałem, żeby powiedzieć ci prawdę. Prawdziwe przeznaczenie daje ci całą górę życia i stawia cię na szczycie.
Własne przekonanie wydawało mu się megalomańskie. Uwielbiał takie chwile.
— Jesteś stuknięty — powiedziała, obserwując go sceptycznie.
— Skąd możesz o tym wiedzieć? Nigdy w życiu nie spotkałaś nikogo przy zdrowych zmysłach. Prawda? Zastanów się nad tym.
Jej zainteresowanie nagle opadło.
— Nic z tego. I tak jestem więźniem. Gdzie miałabym iść?