Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Nie wiem, co dalej robić.
Kto to mówił? Zabójca? Żarłok? Burk? Wyjęć? Może wszyscy?
— Jesteście dobrymi i oddanymi żołnierzami, ale trochę brak wam pomyślunku.
— Nie jesteśmy od pomyślunku.
Nadeszła pora zbudzić lorda Marka. Ale czy on w ogóle spał?
— Dobra, uwaga, brygada — mruknął na głos, obejmując się ramionami. Niskie krzesło samo w sobie stanowiło narzędzie tortur. Ostatnia złośliwość Ryovala. Z jękiem ponownie dźwignął się na nogi.
Niemożliwe, żeby taki szczwany lis jak Ryoval miał tylko jedno wejście do swojej jamy. Zaczął myszkować po podziemnej kryjówce. Gabinet, salon, mała kuchnia, duża sypialnia i dość dziwnie urządzona łazienka. Spojrzał tęsknie na prysznic. Nie pozwalano mu się kąpać, odkąd go tu przywieziono. Bał się jednak, że woda mogłaby zmyć plastikową skórę. Umył za to zęby. Dziąsła mu krwawiły, lecz nie przejął się tym zbytnio. Przynajmniej nie jestem głodny. Wydał z siebie stłumiony rechot.
Wreszcie odnalazł wyjście awaryjne, za szafą w sypialni.
— Jeśli nie jest strzeżone — uznał Zabójca — to musi tu być jakaś pułapka.
— Główne zabezpieczenia Ryovala działają zapewne od zewnątrz — rzekł wolno lord Mark. — W środku przypuszczalnie wszystko jest skonstruowane w taki sposób, by ułatwić Ryovalowi szybką ucieczkę. Tylko i wyłącznie Ryovalowi.
Zamek był zaopatrzony w czytnik dłoni. Urządzenia te odczytywały zwykle puls, temperaturę i przewodność elektryczną skóry, a także rysunek linii papilarnych. Ręce nieboszczyków nie mogły otworzyć takich zamków.
— Istnieją sposoby na obejście czytników dłoni — mruknął Zabójca. Zabójcę uczono kiedyś takich rzeczy, w tamtym wcieleniu. Lord Mark ustąpił mu miejsca i przyglądał się w milczeniu.
Zestaw chirurgiczny okazał się w rękach Zabójcy prawie tak użyteczny jak komplet narzędzi elektronicznych. Zwłaszcza że mieli dużo czasu, a zamek nie musiał już potem działać. Lord Mark gapił się sennie, jak Zabójca poluzowywał płytkę czytnika, dotknął czymś tu, przeciął coś tam.
W końcu mrugnął wirtualny wskaźnik na ścianie.
— Aha — mruknął triumfalnie Zabójca.
— O — odrzekła z uznaniem reszta. Na wyświetlaczu ukazał się niewielki świetlisty kwadrat.
— Domaga się klucza szyfrowego — powiedział z konsternacją Zabójca. Serce zabiło im wszystkim szybciej, gdy w panice zdali sobie sprawę, że są uwięzieni. Wyjęć powoli przestawał panować nad bólem, który zaczął ich przeszywać falami jak wyładowania elektryczne.
— Zaczekaj — odezwał się lord Mark. Jeżeli musi mieć klucz szyfrowy, to znaczy, że potrzebował go także Ryoval.
Baron Ryoval nie ma następcy, nikogo, kto mógłby przejąć jego obowiązki. Gnębił swoich podkomendnych, każąc im komunikować się ze sobą oddzielnymi kanałami. Dom Ryoval składał się z barona Ryovala i niewolników, koniec, kropka. Dlatego właśnie Dom Ryoval nigdy nie stał się poważną siłą. Ryoval nigdy nikomu nie przekazywał władzy.
Czyli Ryoval nie miał nikogo zaufanego, by mu powierzyć klucze szyfrowe, nie miał też gdzie ich schować. Musiał je wszystkie nosić przy sobie. Cały czas.
Kiedy lord Mark zawrócił i skierował się z powrotem do salonu, czarna brygada zaskomlała. Mark nie zwrócił na nich uwagi. Teraz kolej na moje zadanie.
Odwrócił ciało Ryovala na wznak i dokładnie obszukał od stóp do głów. Nie przegapił żadnego miejsca, zajrzał nawet do dziurawych zębów. Potem usiadł sfrustrowany. Bolał go rozdęty brzuch, nadwerężony kręgosłup palił żywym ogniem. Ból stawał się coraz dokuczliwszy, w miarę jak wracał do jednej osobowości, co następowało dość powoli i niepewnie. Musi tu być. Musi tu gdzieś być.
— Uciekaj, uciekaj, uciekaj — bełkotała jednym głosem czarna brygada.
— Zamknijcie się i dajcie pomyśleć. — Obrócił prawą dłoń Ryovala. W świetle błysnął pierścień z płaskim czarnym kamieniem…
Roześmiał się głośno.
Zaraz jednak zdusił śmiech i trwożnie rozejrzał się dookoła. Osłona dźwiękoszczelna chyba działała. Pierścień nie chciał zejść z palca. Przyklejony? Przyśrubowany do kości? Odciął Ryovalowi całą dłoń laserem, dzięki któremu tkanka uległa kauteryzacji, więc z nadgarstka wyciekło niewiele krwi. Ładnie. Powlókł się, czując ból przy każdym kroku, do szafy w sypialni i spojrzał w jasny kwadracik, którego rozmiar dokładnie odpowiadał rozmiarowi kamienia w pierścieniu.
Którą stroną? Czy niewłaściwe ustawienie włączy alarm?
Lord Mark spróbował naśladować śpieszącego się barona Ryovala. Uderza dłonią w czytnik, odwraca rękę i wsuwa pierścień w szczelinę…
— Tą stroną — szepnął.
Drzwi otworzyły się, ukazując osobową rurę windową, która ciągnęła się w górę na jakieś dwadzieścia metrów. Przyciski pola antygrawitacyjnego paliły się w półmroku: zielone dla ruchu w dół, czerwone w górę. Lord Mark i Zabójca spojrzeli dookoła. Nie dostrzegli widocznych środków bezpieczeństwa, takich jak generator pola krzyżowego.
Lekki podmuch z góry przyniósł zapach świeżego powietrza.
— Idziemy! — wrzasnęli chórem Żarłok, Burk i Wyjęć.
Lord Mark stał, szeroko rozstawiwszy nogi. Czuł się ociężały i nie miał ochoty, żeby go popędzać.
— Nie ma drabiny awaryjnej — powiedział w końcu.
— No i co?
— No i to. Co robimy?
Zabójca cofnął się, uciszył resztę i czekał z respektem.
— Chcę mieć drabinę awaryjną — mruknął niezadowolonym tonem lord Mark. Odwrócił się i poszedł w głąb mieszkania Ryovala. Buszując w jego rzeczach, znalazł ubrania. Nie było zbyt dużego wyboru; wszystko wskazywało na to, że nie jest to główna rezydencja Ryovala. Po prostu jeden z prywatnych apartamentów. Wszystkie stroje były za długie i za wąskie. Lord Mark nie zmieściłby się w żadne spodnie. Na otartą skórę narzucił natomiast miękką koszulę i luźną kurtkę, która zapewniała nieco lepszą ochronę. Biodra okręcił kąpielowym sarongiem w stylu betańskim. Pantofel spadał mu z lewej stopy, a złamana i spuchnięta prawa ledwie się mieściła. Szukał gotówki, kluczy, czegokolwiek, co mogłoby się przydać. Nie znalazł jednak podręcznego sprzętu do wspinaczki.
Będę musiał sam zrobić drabinę awaryjną. Na szyi powiesił świder laserowy na związanych paskach Ryovala, stanął na dnie rury windowej i począł systematycznie wypalać dziury w plastikowej ścianie.
— To za wolno! — zawodziła czarna brygada. Wyjęć wył w środku i nawet Zabójca wrzasnął:
— Uciekaj, do diabła!
Lord Mark nie zwracał na nich uwagi. Włączył pole „w górę”, ale nie pozwolił się unieść. Trzymając się gorących, świeżo wypalonych uchwytów, zaczął się powolutku wspinać. Podtrzymywało go pole antygrawitacyjne, więc wcale nie było tak trudno, tylko musiał pamiętać, żeby cały czas trzymać się ściany w trzech punktach. Prawa stopa była prawie bezużyteczna. Czarna brygada bełkotała w przerażeniu. Mark wspinał się uparcie i metodycznie. Wytopić dziurę. Odczekać. Wsunąć rękę, stopę, rękę, stopę. Wytopić następną dziurę. Odczekać…
Trzy metry od szczytu jego głowa znalazła się na poziomie wpuszczonego w ścianę małego odbiornika audio oraz zaopatrzonego w osłonę czujnika ruchu.
— Pewnie trzeba podać hasło. Głosem Ryovala — zauważył obojętnie lord Mark. — Nie potrafię.
— To wcale nie musi być to, o czym myślisz — powiedział Zabójca. — Może to łuki plazmowe. Trujący gaz.
— Nie. Ryoval mnie widział, ale ja widziałem jego. To będzie proste. I eleganckie. Sam to zrobisz. Patrz.
Chwycił się mocno występu i wyciągnął laser obok czujnika ruchu, aby wypalić kolejny otwór.