Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Uśpiony gdzieś w ciemnym zakątku lord Mark zbudził się z krzykiem. Czwarty natychmiast go uciszył. On kłamie. Kłamie.
— Ich partactwo okazało się bardzo kosztownym błędem, za który słono zapłacą. Twój sobowtór zniknął, a potem zupełnie znikąd pojawił się u Vasy Luigiego. Typowa dla Vasy zręczna sztuczka. Nadal nie jestem przekonany, czy kochana Lotus nie ma jakiegoś prywatnego dojścia do Grupy Durony.
Ryoval znów zaczął wokół niego krążyć, a on czuł się przez to coraz bardziej zdezorientowany.
— Vasa jest przekonany, że jego bliźniak to admirał, a ty jesteś klonem. Zaraził mnie swoimi wątpliwościami, chociaż jeżeli to prawda, że tamten ma krioamnezję, byłbym bardzo rozczarowany, nawet gdyby Vasa miał rację. Jednak teraz to bez znaczenia. Mam was obu. Tak jak się spodziewałem. Zgadniesz, co najpierw każę wam ze sobą zrobić?
Burk zgadł. Natychmiast, choć bez wyrafinowanych szczegółów, które Ryoval dodał szeptem.
Lord Mark szalał z wściekłości, płakał z bezsilności i przerażenia. Twarz Burka o obwisłych ustach nawet nie drgnęła, jego oczy także pozostały zupełnie obojętne. Czekajcie, błagał Czwarty.
Baron podszedł do blatu czy barku zrobionego z lśniącego prążkowanego drewna i rozpakował zestaw błyszczących narzędzi, których żaden z nich nie mógł zobaczyć, mimo że Wyjęć wyciągał szyję. Ryoval w zamyśleniu zaczął przeglądać swój arsenał.
— Musicie zejść mi z drogi. I nie sabotować tego, co zamierzam zrobić — mówił ten Czwarty. — Wiem, że Ryoval daje wam to, czego najbardziej pragniecie, ale to tylko sztuczka.
— Ryoval cię nie karmi — odezwał się Żarłok.
— To ja karmię się Ryovalem — szepnął Czwarty.
— Będziesz miał tylko jedną szansę — rzekł zdenerwowany Wyjęć. — Potem zabiorą się do mnie.
— Jedna szansa mi wystarczy.
Ryoval odwrócił się. W dłoni błysnął ręczny ciągnik chirurgiczny. Przestraszony Burk ustąpił miejsca Czwartemu.
— Tak sobie myślę — powiedział Ryoval — że zaraz wydłubię ci jedno oko. Tylko jedno. A kiedy zagrożę wydłubaniem drugiego, mogę osiągnąć interesujące efekty psychologiczne.
Wyjęć bez protestów usunął się z drogi. Ostatni, choć nie bez oporów, ustąpił Burk. Ryoval zbliżał się do nich wolno.
Pierwsza próba dźwignięcia się na nogi była nieudana i Zabójca opadł z powrotem na krzesło. Niech cię szlag, Żarłoku. Spróbował jeszcze raz; przenosząc ciężar ciała w przód, wstał chwiejnie, gdyż nie mógł sobie pomóc złapać równowagi rękami, które miał związane z tyłu. Ryoval przyglądał się rozbawiony człapiącemu nieporadnie stworowi, który, jak niewątpliwie uważał, był jego dziełem.
Usiłując poradzić sobie z nowym brzuchem Żarłoka, przypominał Ślepego Łucznika Zeń. Mimo to doskonale panował nad koordynacją.
Pierwszy kopniak trafił Ryovala w krocze. Zgięło go wpół, dzięki czemu górna połowa ciała znalazła się w zasięgu nóg Zabójcy, który płynnie wymierzył następny cios, uderzając Ryovala prosto w gardło. Poczuł, jak miażdży chrząstkę i tkankę aż do kręgosłupa. Tym razem nie miał butów ze wzmocnionym stalą szpicem, więc złamał kilka palców, które wygięły się pod kątem prostym. Nie poczuł bólu. Wyjęć dobrze wypełnił swoje zadanie.
Upadł. Nie było mu łatwo wstać z rękami wciąż skrępowanymi z tyłu. Turlał się po podłodze, usiłując wygramolić się na nogi, gdy nagle ku swemu niezadowoleniu zauważył, że Ryoval nie umarł od razu. Wił się na dywanie i charczał, trzymając się za gardło. Ale główny sterownik komputerowy w pokoju nie rozpoznawał już poleceń głosowych barona. Mieli jeszcze trochę czasu. Przysunął się bliżej Ryovala i szepnął mu do ucha:
— Ja też jestem Vorkosiganem. Tym, którego wyszkolono na szpiega i mordercę. Naprawdę bardzo się wkurzam, kiedy ktoś mnie nie docenia, wiesz?
Gdy udało mu się wreszcie wstać, pomyślał chwilę nad rozwiązaniem problemu z Ryovalem, który jeszcze żył. Westchnął, przełknął ślinę, odsunął się o krok i zaczął mu wymierzać metodyczne ciosy nogami, dopóki Ryoval nie przestał wymiotować krwią, drgać i oddychać. Ogarniały go mdłości, lecz czuł także ulgę, że gdzieś w głębi duszy czerpie przyjemność z tego, co robi. Nawet Zabójca musiał się zdobyć na pełny profesjonalizm, by doprowadzić rzecz do końca.
Pomyślał o tym Czwartym, który okazał się Zabójcą.
— Jesteś przede wszystkim dziełem Galena, prawda?
— Tak, ale nie zrobił mnie z niczego.
— Świetnie sobie poradziłeś. Czekałeś na odpowiedni moment w ukryciu. Zastanawiałem się, czy którykolwiek z nas w ogóle potrafi rozpoznać właściwą chwilę. Cieszę się, że jeden na pewno potrafi.
— Mówił o tym książę, nasz ojciec — przyznał Zabójca, zadowolony i zmieszany z powodu usłyszanych pochwał. — Ludzie zdradzą się przed tobą, jeżeli będziesz cierpliwy i sam nie zdradzisz się przed nimi wcześniej. Byłem cierpliwy. Ryoval też. Książę również jest zabójcą — dodał nieśmiało. — Tak jak ja.
— Hm.
Rozciągnął rękami kajdanki na rękach i utykając podszedł do blatu, gdzie leżał zestaw narzędzi Ryovala. Był wśród nich świder laserowy, a także ogromny wybór noży, skalpeli, sond oraz szczypców. Świder był narzędziem chirurgicznym o krótkiej ogniskowej i świetnie nadawał się do przecinania kości, ale raczej nie mógł stanowić śmiercionośnej broni. Mógł mu jednak teraz posłużyć.
Odwrócił się tyłem do blatu i spróbował chwycić świder. Kiedy upuścił go na podłogę, omal się nie rozpłakał. Znów musiał kucnąć. Zrobił to powolutku i po jakimś czasie w końcu namacał świder. Wiele minut zajęło mu takie ustawienie narzędzia, by mógł przeciąć kajdanki bez ryzyka, że utnie sobie rękę albo oparzy się w tyłek. Uwolniwszy się z pęt, objął ramionami wydęty tułów i chwilę się kołysał, jak gdyby chciał uciszyć zmęczone płaczem dziecko. Zaczynał odczuwać ból w stopie. Nierównomierne rozłożenie siły i masy podczas zadawania Ryovalowi ciosu w gardło musiało mu również nadwerężyć plecy.
Zerknął w bok na swą ofiarę, swego kata i swoją zdobycz. Klonożerca. Nagle zapragnął przeprosić ciało, które zmasakrował własnymi nogami. To nie twoja wina. Umarłeś przecież jakieś dziesięć lat temu. Jego wróg mieszkał wyżej, wewnątrz czaszki.
Ogarnęła go irracjonalna trwoga, że wtargnie tu straż Ryovala i ocali swego pana nawet po śmierci. Powlókł się po świder, co tym razem poszło mu o wiele lepiej, ponieważ miał wolne ręce, i zadbał o to, by już nikt nigdy nikomu nie przeszczepił jego mózgu.
Opadł z powrotem na niskie krzesełko, wyczerpany do cna, czekając na śmierć. Ludzie Ryovala na pewno mieli stosowne rozkazy, by pomścić swego pana.
Nikt nie przyszedł.
Racja. Przecież szef zamknął się w swojej kwaterze z więźniem i zestawem narzędzi chirurgicznych, rozkazując swoim zbirom, aby mu nie przeszkadzali. Ile czasu musi upłynąć, by zebrali się na odwagę i zakłócili mu spokojne oddawanie się swemu oryginalnemu hobby? Możliwe, że całkiem sporo.
Powróciła mu nadzieja, niemal obezwładniająca. Bolała jak pogruchotane kości stopy. Nie chcę się ruszać. Był zły na CesBez, że go tu porzucił, ale pomyślał jednocześnie, że mógłby im wszystko wybaczyć, gdyby w tym momencie wpadli tu i zabrali go, żeby już nie musiał podejmować żadnych wysiłków ani znosić cierpień. Czy nie zasłużyłem sobie na trochę spokoju? W pokoju zrobiło się bardzo cicho.
To zabójstwo było więcej niż skuteczne, pomyślał, spoglądając na zwłoki Ryovala. Trochę za mało wyważone. Poza tym zabrudziłeś dywan.