Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 137
Перейти на страницу:

— Przyjmie cię Lilly Durona — odrzekł szybko. — Grupa Durony jest pod opieką Domu Fell. Gdybyś dostała się do swojej babci, nic by ci już nie groziło.

Ściągnęła brwi, tak samo jak Rowan, kiedy wytykała mu słabe punkty w jego planach ucieczki.

— Jak?

— Nie mogą nas tu trzymać wiecznie. Przypuśćmy… — Podszedł do niej od tyłu i zebrał jej włosy w koński ogon, usiłując ułożyć w potarganą fryzurę, jaką nosiła Rowan. — Odniosłem wrażenie, że Vasa Luigi chciał zatrzymać Rowan tylko po to, aby nie wyszło na jaw, że ja tu jestem. Kiedy ja stąd odejdę, ona także. Gdyby uważali cię za Rowan, na pewno po prostu pozwoliliby ci stąd wyjść.

— Co… miałabym mówić?

— Jak najmniej. Dzień dobry, doktor Durono, pojazd czeka. Proszę zabrać bagaż i jechać.

— Nie mogłabym.

— Mogłabyś spróbować. Jeżeli ci się nie uda, nic nie stracisz. Jeśli się uda, wygrasz wszystko. A potem — gdybyś się stąd wydostała — mogłabyś powiedzieć ludziom, dokąd mnie zabrano. Kto mnie zabrał i kiedy. Trzeba tylko przez parę minut zachować zimną krew, która jest za darmo. Zależy tylko od nas, to my nad nią panujemy. Zimnej krwi nikt nie może ci odebrać jak torebki czy czegoś w tym guście. Do diabła, po co ja ci to wszystko mówię? Przecież z zimną krwią uciekłaś Najemnikom Dendarii, dzięki własnemu sprytowi.

Osłupiała.

— Robiłam to dla swojej pani. Nigdy nie zrobiłam nic… dla siebie.

Miał ochotę krzyknąć. Czuł, że jest bliski załamania nerwowego. Używał całego arsenału argumentów, za pomocą których zazwyczaj namawiał ludzi, aby zaryzykowali własne życie, a nie je ratowali. Nachylił się nad nią i demonicznie szepnął jej do ucha:

— Zrób to dla siebie. Dopiero potem wszechświat odbierze to, co mu się należy.

Po śniadaniu próbował jej pomóc ułożyć fryzurę, jaką zwykle nosiła Rowan. Z włosami zupełnie sobie nie radził, ale ponieważ umiejętności Rowan pod tym względem wcale nie były lepsze, rezultat jego działań upodobnił Lilly do oryginału. Przyniesiono obiad, a potem uprzątnięto naczynia; wszystko odbyło się bez żadnych incydentów.

Wiedział, że to nie kolacja, bo przed wejściem nie zapukali.

Trzech strażników i człowiek w liberii Domu. Dwaj strażnicy bez słowa podeszli do Milesa i związali mu ręce z przodu. Był im wdzięczny za tę drobną przysługę. Gdyby związali je z tyłu, po półgodzinie nie mógłby zapewne wytrzymać z bólu. Potem wypchnę li go na korytarz. Nigdzie nie było śladu Vasy ani Lotus. Miał nadzieję, że szukają zaginionej dziewczyny — klona. Obejrzał się przez ramię.

— Doktor Durono. — Człowiek w liberii skłonił głowę przed Lilly Młodszą. — Będę pani kierowcą. Dokąd?

Odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła, wzięła torbę Rowan, postąpiła krok naprzód i powiedziała:

— Do domu.

— Rowan — odezwał się Miles. Odwróciła się. — Bierz wszystko, bo z czasem wszystko zostanie ci zwrócone. To święta prawda. — Zwilżył spierzchnięte wargi. — Pocałujesz mnie na pożegnanie?

Przechyliła głowę, odwróciła się i pochyliła. Na moment przycisnęła usta do jego warg. I ruszyła za swoim kierowcą. Wystarczyło, aby zrobić wrażenie na strażnikach.

— Jak ty to robisz? — spytał jeden z uprzejmym zdziwieniem, kiedy poprowadzili go w przeciwnym kierunku.

— Trzeba się do mnie przyzwyczaić — poinformował ich z zadowoloną miną.

— Koniec pogawędki — rzekł dowódca, wzdychając.

W drodze do samochodu Miles dwa razy próbował uciekać; po drugiej próbie najwyższy ze strażników po prostu przerzucił go sobie przez ramię głową w dół i zagroził, że go puści, jeśli się będzie wiercił. Obezwładnili go z taką bezwzględnością, że Miles nie sądził, by żartowali. Wepchnęli go na tylne siedzenie pojazdu i posadzili między sobą.

— Dokąd mnie zabieracie?

— Do punktu transferowego — odparł jeden z nich.

— Jakiego punktu?

— Tyle powinno ci wystarczyć.

Nie przestawał wygłaszać komentarzy, próbował uciec się do przekupstwa, używał gróźb i obelg, a na koniec nawet inwektyw, lecz więcej już nie chwycili przynęty. Zastanawiał się, czy to możliwe, że któryś z nich go zabił. Nie. Nikt, kto brał udział w akcji w centrum medycznym, nie potrafiłby zachować takiego spokoju. Ci ludzie musieli być wówczas bardzo daleko. Miles ochrypł od gadania. To była naprawdę długa droga. Poza obrębem miast prawie w ogóle nie korzystano z pojazdów naziemnych, więc jakość dróg pozostawiała wiele do życzenia. Znajdowali się już daleko za miastem. Gdy zjechali na bok przy pustym skrzyżowaniu, zapadł zmierzch.

Przekazali go dwóm ludziom o smutnych, płaskich twarzach, ubranych w czerwono — czarne liberie, którzy czekali na nich z anielską cierpliwością. Barwy Ryovala. Ci związali mu ręce z tyłu, a potem nogi w kostkach. Tak skrępowanego wepchnęli na tylne siedzenie lotniaka, który bezgłośnie uniósł się w powietrze.

Zdaje się, że Vasa Luigi uzyskał godziwą cenę.

Rowan, jeżeli w ogóle udało się jej uciec, na pewno przyśle kogoś na poszukiwania do Bharaputry. Gdzie Milesa już nie będzie. Nie był wcale taki pewien, czy Vasa Luigi nie zachęci poszukiwaczy do ataku na Ryovala.

Gdyby jednak łatwo było znaleźć miejsce, gdzie przebywał Ryoval, do tej pory już by go odnaleźli.

Boże. Mogę być pierwszym agentem CesBezu działającym na tym terenie. Będzie się musiał upewnić i wspomnieć o tym w raporcie dla Illyana. Wcześniej cieszył się na myśl o tym, że będzie pisał raporty pośmiertne, a teraz zastanawiał się, czy tego dożyje.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

— Przykro mi, że to właśnie ja muszę panu to przekazać, baronie — mówił technik — ale wszystko wskazuje na to, że pańskiej ofierze tortury bardzo się spodobały.

Żarłok uśmiechnął się, mimo że usta rozpychała mu rura. Baron Ryoval chodził wokół niego, przyglądając mu się z uwagą. Zapewne podziwiał zdumiewających rozmiarów brzuch.

— W takich sytuacjach pojawia się wiele psychologicznych reakcji obronnych — powiedział Ryoval. — Od rozszczepienia osobowości po identyfikację z porywaczem. Spodziewałem się, że u Naismitha też się z czasem pojawią, ale tak szybko?

— Ja też nie wierzyłem, panie baronie, toteż zrobiłem skanowanie mózgu. Wyniki przeszły wszelkie oczekiwanie.

— Jeśli jego osobowość rzeczywiście ulega rozszczepieniu, coś byłoby widać.

— I było widać. Wydaje się, że on chroni część umysłu przed naszymi bodźcami i zewnętrzne reakcje istotnie wskazują na rozszczepienie, ale… model jest nienormalnie nienormalny, jeśli to ma sens, panie baronie.

— Nie bardzo. — Ryoval zacisnął wargi, zaciekawiony. — Chciałbym się przyjrzeć tym wynikom.

— Cokolwiek się z nim dzieje, na pewno tego nie udaje.

— Niemożliwe, żeby tak szybko… — mruknął Ryoval. — Jak sądzisz, kiedy pękł? Jak mogłem tego nie zauważyć?

— Nie jestem pewien. Wcześnie. Pierwszego dnia — może nawet w ciągu pierwszej godziny. Ale jeżeli to się utrzyma, stanie się nieuchwytny, będzie się mocniej opierał. Może… często zmieniać metody.

— Ja też — oświadczył chłodno Ryoval.

Ucisk w żołądku stawał się coraz bardziej bolesny. Wyjęć wypychał się naprzód, ale Żarłok nie zamierzał ustępować mu miejsca. Nadal była jego kolej. Czwarty przysłuchiwał się uważnie. Zawsze słuchał w obecności barona Ryovala. Rzadko sypiał, prawie w ogóle się nie odzywał.

— Spodziewałem się, że takie stadium dezintegracji osiągnie dopiero po kilku miesiącach. To mi burzy cały harmonogram — narzekał baron.

1 ... 113 114 115 116 117 118 119 120 121 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)