Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— To jest analemma — powiedziałem. — Orithena była ogromną camera obscura. W jej dachu znajdował się mały otworek, przez który słońce świeciło na posadzkę. Na przestrzeni roku obraz słońca podczas odprawianego w południe rytuału (celebrowanego do dziś jako certyfik) minimalnie się przesuwał, kreśląc na podłodze taki właśnie wzór.
— I myślisz, że fraa Jaad rozpoznał analemmę na fototypie i od razu pomyślał o Orithenie? — spytała z powątpiewaniem Cord. — Bardzo sprytnie.
— To inteligentny człowiek — odparłem.
Nie była to najuprzejmiejsza odpowiedź; Jesry na pewno by mnie za nią splantował. Cord miała rację ze swoim sceptycyzmem, ja jednak nie zamierzałem teraz w to brnąć. Szybkość reakcji fraa Jaada sugerowała, że on i inni milenaryści sporo wiedzieli na temat wykopalisk w Orithenie. Bałem się trochę, że jeśli zaczniemy drążyć temat, niebezpiecznie zbliżymy się do Dynastii i tematów pokrewnych.
— No proszę… — Sammann spojrzał na wyświetlacz piszczka. — Erasmas wygrałby zakład. Przedstawione na fototypach wykopaliska rzeczywiście rozpoczęto w roku trzytysięcznym p.r. — Odczytał następną informację i uśmiechnął się do mnie. — Prace zainicjowali edharczycy.
— Świetnie… — mruknąłem. Miałem ochotę wyrzucić mu piszczek do sedesu.
— I to od was, z Saunta Edhara — ciągnął ita. — Chociaż inne edharskie matemy też przysyłały tu swoich fraa i suur.
— Ilu deklarantów tam mieszka? — spytała Cord.
Domyślałem się, co przelicza w myślach: jeżeli na jednego deklaranta przypada dwadzieścia taczek ziemi dziennie, to jak dużą dziurę wykopią przez sześćset dziewięćdziesiąt lat?
— Tak od razu to wam nie powiem — uprzedził Sammann, krzywiąc się. — Większość informacji na ten temat to jakiś szajs.
— Jak to? — zdziwił się Crade. Jak na komendę spojrzeliśmy na niego, bo to pytanie zabrzmiało dziwnie asekurancko.
Sammann też podniósł wzrok znad piszczka i z zainteresowaniem popatrzył na Crade’a. Chwilę go przetrzymał, po czym odparł beznamiętnie:
— Każdy może zamieszczać w Retikulum informacje na dowolny temat, więc nic dziwnego, że jego zawartość jest w znacznej mierze bezwartościowa. Trzeba ją filtrować, ale systemy filtrujące mają swoje lata. Od czasu Rekonstrukcji próbujemy je modernizować i ulepszać ich interfejsy. Są dla nas tym, czym tum dla fraa Erasmasa i jego kompanów. Kiedy poszukuję informacji na wybrany temat, nie znajduję ich bezpośrednio: piszczek wyświetla mi metainformacje, z których mogę wnioskować, czego dowiedział się system filtrujący, kiedy zadał moje pytanie. Weźmy na przykład „analemmę”: system filtrujący uprzedza mnie, że informacje na jej temat pochodzą z nielicznych źródeł, ale tymi źródłami są deklaranci, a więc można im zaufać. Gdybym jednak wpisał nazwisko popularnej gwiazdki muzycznej, która właśnie zerwała ze swoim chłopakiem… — ruchem głowy wskazał zapłakaną kobietę na szpilu — dowiedziałbym się, że ostatnio do Retikulum trafiło bardzo dużo informacji na jej temat i że większość z nich jest nic niewarta. Kiedy zaś wpisuję do systemu filtrującego „wykopaliska w Orithenie na Ecbie”, dowiaduję się, że od siedmiuset lat pisują o nich bardzo różni ludzie: jedni bardzo wiarygodni, inni zupełnie przypadkowi.
Jeżeli zamiarem Sammanna było uspokojenie Crade’a, to zupełnie mu się nie udało.
— Kto jest dla ciebie człowiekiem wiarygodnym? Fraa z jakiegoś koncernu?
— Owszem.
— A niegodnym zaufania?
— Miłośnik teorii spiskowych. Oraz każdy, kto produkuje dużo długich i mętnych artykułów, które czytają tylko tacy jak on.
— Deolatrzy?
— To zależy od tego, o czym taki deolatra pisze.
— A gdyby pisał o Ecbie? O Orithenie? O teglonie? — pytał Crade, dźgając palcem widoczny na fototypie dziesięciokątny plac przed starożytną świątynią.
— System filtrujący twierdzi, że pojawia się bardzo dużo takich tekstów — przyznał Sammann. — Ale o tym najwyraźniej wiesz lepiej ode mnie. Trudno jednak odsiać ziarno od plew. Kiedy widzę wyłaniającą się z filtra prawidłowość, instynkt podpowiada mi, że to najprawdopodobniej szajs. Jest to ocena pospieszna i powierzchowna, a w związku z tym niekoniecznie słuszna. Przepraszam, jeżeli uraziłem cię niefortunnym doborem słów.
— Wybaczam ci — burknął Crade.
— No, to było wprost fascynujące! — przerwałem milczenie, kiedy zaczęło się krępująco przedłużać. — Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy, zamiast tracić czas na przeczesywanie okolicy. Oczywiście w tej sytuacji cała moja idea poszukiwań Orola się zmienia: nikt z was nie mógł się spodziewać, że przyjdzie mu jechać na kraj świata. Dlatego powinniście teraz zawrócić na południe.
Spojrzeli na mnie. Z ich twarzy nic nie umiałem wyczytać.
— Tak mi się przynajmniej wydaje — dodałem.
— To nic nie zmienia — stwierdził Sammann.
— Nie zostawię koligata w takim bagnie — zaperzyła się Cord.
— Potrzebne ci będą dwa pojazdy — zauważył rzeczowo Ganelial Crade. — Na wypadek, gdyby jeden się zepsuł.
Z taką logiką nie mogłem się kłócić, ale nie dałem się zwieść: to nie był prawdziwy powód, dla którego Crade chciał mi towarzyszyć. Nie po tym, jak wymsknęło mu się słówko „teglon”.
— Do Osiemdziesiątego Trzeciego Północnego są dwa tysiące mil w linii prostej — powiedział Sammann, odczytując informacje z piszczka. — Drogą wyjdzie dwa i pół tysiąca z hakiem.
— Ras, gdybyście ty i Sammann nauczyli się prowadzić, moglibyśmy się zmieniać i w trzy, cztery dni dojechalibyśmy na miejsce — zaproponował Crade.
— Im dalej na północ, tym droga będzie gorsza — ostrzegła Cord. — Bezpieczniej byłoby założyć, że potrzebujemy tygodnia.
Crade miał wyraźną chęć podyskutować z nią o tym, ale nie dała mu dojść do słowa:
— Musimy też trochę zmodyfikować aporty.
Rozgościliśmy się na tylnym parkingu stacji i wzięliśmy do roboty. Kiedy do właścicieli dotarło, że robimy sobie u nich tylko krótki postój przed wyprawą na daleką północ, oswoili się z naszą obecnością i nasze kontakty wyraźnie się ociepliły. Doszli do wniosku, że jesteśmy jedną z wielu grup wagabundów, którzy jeździli grzebać w ruinach — tylko po prostu lepiej wyposażoną i zamożniejszą od przeciętnej.
Następnego dnia pojechaliśmy aportem Cord po nowe opony do wozu Crade’a, a potem wzięliśmy jego aport i przywieźliśmy opony dla niej. Nowe gumy miały głęboki bieżnik i sterczące guzki na powierzchni. Cord i Gnel (Ganelial Crade uparł się, żebyśmy tak go nazywali) wspólnie zajęli się skomplikowanym i wymagającym wielu narzędzi procesem wymiany płynów chłodzących i smarów w obu pojazdach na takie, które nie będą zamarzały. Ani ja, ani Sammann nie znaliśmy się na tym, więc po prostu staliśmy w pobliżu i staraliśmy się być przydatni. Sammann sprawdzał na piszczku drogę na północ i przeglądał notki podróżnych, którzy w ostatnim czasie nią podróżowali.
— Posłuchaj… — zagadnąłem go w pewnym momencie. — Cały czas chodzi mi po głowie takie ujęcie z wczorajszego szpilu.
— Płonący bibliotekarz?
— Nie.
— Lawina błotna druzgocąca szkołę?
— Nie.
— Chłopiec z porażeniem mózgowym bawiący się ze szczeniakami?
— Nie.
— No dobrze, poddaję się.
— Start rakiety.
Spojrzał na mnie z ukosa.
— Start rakiety… i co potem? Rakieta eksploduje? Trafia w sierociniec?