Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Mniej więcej sto dziewięćdziesiąt pięć tysięcy zenitów. Śmieszna suma w porównaniu z fortunami Górnego Miasta, ale wystarczająca na luksusy do końca życia.
Pieniądze były dla niej zbędnym komfortem. Może wyrzucić je wszystkie z tarasów Górnego Miasta? — pomyślała.
Trzymała wazon w dłoniach, gdy Jeden-Krok wiózł ją z powrotem do dowództwa. Macała palcami po omacku gładką, zimną krakelurę. A może ja sama, tak jak ten wazon, trwam dłużej niż wyznaczony mi czas — myślała.
— Otrzymałem od pani rekomendacje do nagród i medali.
Wizerunek Torka został nagrany siedem godzin wcześniej — ten czas spędził w podróży. Sula celowo zjadła drugie śniadanie przed jego obejrzeniem, gdyż wiedziała, że ten widok nie będzie sprzyjał trawieniu.
— Spodziewam się, że po ponownym przejrzeniu tych list rozważy pani jeszcze raz niektóre z kandydatur — powiedział Tork. — Proponuje pani dla zwykłych ludzi nagrody, które zwyczajowo są przyznawane jedynie parom. Z pewnością bardziej właściwe jest odznaczenie niższej rangi.
W kurantowy głos naczelnego wodza wplótł się brzęczący dysonans.
— Jeśli chodzi o amnestię, którą pani ogłosiła, muszę ją zakwestionować. Dzielna walka o Praxis jest po prostu obowiązkiem i nie można jej traktować jako usprawiedliwienia wcześniejszych przestępstw. Zatrzymam te spisy, by je starannie przejrzeć. A teraz…
Tork grzmiał. Włoski na karku Suli zjeżyłysię od jego głosu. Wyobrażała sobie, że z bliska ten głos potrafi zastraszyć. Nawet z odległości siedmiu godzin świetlnych był wystarczająco nieprzyjemny.
— Muszę mocno potępić pani obecność na pogrzebie kogoś, kto prowadził… nieodpowiednie życie. Nie pasuje to ani do godności, ani do powagi funkcjonariusza wysokiej rangi. Również… „żołnierze” na pogrzebie — Sula słyszała cudzysłów w głosie Torka — nie wykazali właściwej wojskowej dyscypliny. Wierzę, że już więcej nie będzie tego typu haniebnych widowisk.
Pomarańczowy znak końca przekazu pojawił się na ekranie, zanim Sula zdążyła obrzucić go plugastwami, które cisnęły się jej na usta.
A potem pomyślała: skąd on wie?
Pogrzeb był transmitowany na Zanshaa, ale w jaki sposób Tork usłyszał o nim z odległości godzin świetlnych? Nikt nie przekazywał Flocie wiadomości wideo z Zanshaa.
Czyli ktoś wysyła do Torka wiadomości. Sula zastanawiała się, kto to taki.
Te rozważania złagodziły nieco ton jej odpowiedzi.
Nadała ją z prywatnej kwatery dowódcy Floty Macierzystej. Sula siedziała za masywnym, wykonanym z kesselowego drzewa, biurkiem dowódcy; z tyłu na wyłożonej boazerią ścianie widniał polerowany srebrny symbol Floty.
Wazon Yu-yao stał na rogu biurka, w polu widzenia kamery.
Bardzo pragnęłabym nagradzać parów za ich dzielność, milordzie — oświadczyła — ale niestety większość z nich uciekła z Zanshaa tak szybko, jak tylko mogły ich ponieść własne jachty. Ci, co zostali, najwyraźniej unikali miejsc, gdzie latały kule. O ile wiem, w całej armii podziemnej było jedynie dwóch parów, i ja byłam jednym z nich. Proszę zauważyć, że drugiego, P.J. Ngeniego, rekomendowałam do Medalu za Waleczność Pierwszej Klasy.
Prawda jest taka, milordzie — ciągnęła, patrząc prosto w kamerę — że zwykli ludzie okazali się w tej wojnie o wiele dzielniejsi od parów, i oni wiedzą o tym. Jeśli my, parowie, chcemy zachować jakąkolwiek wiarygodność, powinniśmy przynajmniej docenić odwagę tych ludzi. Podtrzymuję wszystkie swoje rekomendacje, a kiedy ta wiadomość dotrze do pana, będą już publicznie ogłoszone.
Ofiarowała kamerze swój najmilszy uśmiech.
— Ponieważ parowie i przywódcy polityczni uciekli, a moi bezpośredni zwierzchnicy zostali w ciągu kilku dni złapani przez Naksydów, musiałam zawrzeć umowy z osobami, które miały… lokalną władzę. Jedną z rzeczy, którą im obiecałam, była amnestia za wszelkie „nieodpowiednie” czyny, że użyję pańskiego sformułowania, które mogli popełnić przed wstąpieniem do armii. Jeśli słowo para ma cokolwiek znaczyć…
Przecież parowie, między innymi lord Tork, przysięgali, że będą bronić Zanshaa do ostatniego tchnienia, a potem uciekli jak psy — pomyślała.
— Jeśli słowo para ma w ogóle coś znaczyć, amnestia powinna być wprowadzona. Lista amnestionowanych też zostanie opublikowana w ciągu godziny.
Wzięła oddech i pochyliła się nieco do przodu.
— Jeżeli zaś chodzi o dyscyplinę w armii — rzekła — byli tak zajęci zabijaniem Naksydów, że nie mieli okazji ćwiczyć kroku defiladowego.
Może pod twoim dowództwem sytuacja jest zupełnie inna — pomyślała. Jednak postaram się nauczyć ich niezbędnych umiejętności.
— Koniec przekazu.
Sula wysłała wiadomość, nie dając sobie okazji do zmiany zdania, a potem poleciła Ministerstwu Wiedzy opublikować listę odznaczonych i amnestionowanych. Wtedy wartownik przy głównym wejściu do siedziby dowództwa zawiadomił ją, że jest pilnie potrzebna.
Przy drzwiach frontowych zobaczyła grupę czekającą w mżącym deszczu. Przewodziła im wysoka Torminelka w mundurze polowym Floty. Pozostali mieli podobne ubrania. Sula spojrzała na rangi: przywódczyni była w stopniu kapitana porucznika, a reszta to podoficerowie.
Następnie sprawdziła, czy są uzbrojeni. Żadnej broni nie zauważyła. Gestem nakazała otwarcie drzwi.
— O co chodzi? — spytała. — Kim, u diabła, jesteście?
Przywódczyni spojrzała na nią ze zdziwieniem, jej futro w kępkach nastroszyło się nad ciemnymi goglami.
— Od porucznika oczekiwałabym salutu — rzekła.
Od wojskowego gubernatora — oznajmiła Sula — nic pani nie otrzyma, póki nie powie mi, kim jesteście.
Kapitan porucznik lady Trani Creel, grupa operacyjna 569. — Sięgnęła do kieszeni i wydobyła kartę identyfikacyjną Floty.
Sula spojrzała na wizerunek teraz upstrzony kropelkami deszczu. Wszystko wydawało się w porządku.
— Aha — mruknęła.
Po naksydzkiej łapance, która nastąpiła po bitwie w alei Axtattle, zaginęła grupa trzynastu Tormineli. Teraz już wiedziała, gdzie są.
Zrozumiała również, kto wysyłał Torkowi raporty o jej działalności.
Lady Trani delikatnie oblizała kły.
— Byłabym wdzięczna za raport, poruczniku — zasepleniła.
Sula spojrzała na nią.
— W jakim celu? — spytała.
— Bym rozumiała, co dzieje się pod moim dowództwem. Wnioskuję, że jestem najstarszym obecnym tutaj oficerem.
Sula parsknęła śmiechem.
— Nie mówi pani tego poważnie — oświadczyła.
Znowu zaskoczone spojrzenie.
— Oczywiście, że mówię poważnie. Czy mogłabym wejść z tego deszczu do środka?
— Czemu nie? — Sula znów się zaśmiała i odstąpiła od drzwi. Lady Trani weszła pod dach i strzepnęła z ramion deszcz. Krople wody połyskiwały na jej goglach jak kryształ górski. Pozostali Torminele wtłoczyli się za nią. Powietrze cuchnęło mokrym futrem.
— Czy pani naprawdę się spodziewa, że obejmie dowództwo mojej armii? — spytała Sula.
— Oczywiście. I również rządy, dopóki konwokacja nie przyśle właściwego gubernatora. — Sula widziała swoje odbicie w ciemnych okularach ochronnych Torminelki.
— Nadal czekam na salut.
— Będzie pani długo czekała na salut armii. Czy mogę zapytać, gdzie spędziła pani wojnę?
W Kaidabalu — wyjaśniła lady Trani, wymieniając miasto na południe od Zanshaa. — Uciekliśmy tam, kiedy okazało się, że wszyscy zostali aresztowani. Mieszkaliśmy u naszego klienta, bogatego biznesmena.
— I co tam robiliście?