Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Któregoś dnia zapukano do drzwi, Amalia otworzyła, to był don Fermín. Teraz też jej nie poznał: umówiłem się z Hortensją. Jak się postarzał od ostatniego razu, miał tyle siwych włosów i zapadnięte oczy. Pani ją posłała po papierosy, a kiedy w niedzielę Amalia zapytała Ambrosia, po co przyszedł don Fermín, to się rozzłościł: przyniósł jej forsę, jest za dobry dla niej, dla tej bezczelnej baby. A tobie co zrobiła moja pani, czemu jej nienawidzisz? Ambrosiowi nic nie zrobiła, ale do don Fermina przyssała się jak pijawka, wykorzystuje jego dobre serce, inny by ją dawno posłał do wszystkich diabłów. Amalia wpadła w gniew: a tobie co do tego, nie mieszaj się w nie swoje sprawy. Poszukaj sobie innej pracy, nalegał, przecież widzisz, że ona jest bez grosza, nie? rzuć ją i już.
Czasami pani znikała na dwa, trzy dni, a po powrocie: wyjeżdżam z Limy, Amalio. Paracas, Cuzco, Chimbóte. Amalia przez okno widziała, jak pani z walizeczką w ręku wsiada do samochodów różnych mężczyzn. Niektórych już poznawała po głosie, kiedy telefonowali, i zastanawiała się, jacy są, w jakim wieku. Pewnego ranka usłyszała rozmowę, zaczęła podglądać i zobaczyła, że pani siedzi w saloniku z jakimś mężczyzną, że się śmieją i piją. Potem skrzypnęły drzwi i pomyślała weszli do pokoju pani. Ale nie, ten pan sobie poszedł, a kiedy Amalia zajrzała do pani i spytała, czy podać śniadanie, pani leżała w ubraniu na łóżku i miała takie dziwne spojrzenie. Patrzyła na Amalię z cichym uśmieszkiem, a Amalia: czy pani się źle czuje? Ani słowa, nie drgnęła, jakby całe jej ciało było martwe, tylko oczy nie, oczy patrzyły, błądząc po pokoju. Pobiegła do telefonu i z drżeniem czekała, aż się odezwie panienka Queta: znów sobie coś zrobiła, leży na łóżku, nic nie słyszy, nie mówi, a panienka Queta krzyknęła cicho bądź, nic się nie bój, posłuchaj, co masz zrobić. Mocna kawa, nie wołaj lekarza, ona zaraz przyjedzie. Niech pani wypije, proszę pani, to pani dobrze zrobi, chlipała Amalia, zaraz przyjedzie panienka Queta. Nic, ani słowa, głucha i tylko patrzy, więc Amalia uniosła jej głowę i przytknęła filiżankę do ust. Piła posłusznie, dwie niteczki kawy ściekały jej aż na szyję. Tak, tak, proszę pani, wszyściuteńko, i głaskała ją po głowie, i całowała po rękach. Ale panienka Queta, jak tylko przyszła, to zamiast się zmartwić, zaczęła przeklinać. Kazała biec po alkohol, wmusiła w panią jeszcze więcej kawy, razem z Amalia ułożyły panią, nacierały jej czoło i skronie. Panienka krzyczała na nią ty głupia, ty wariatko, co ty wyprawiasz, a pani przychodziła do siebie. Uśmiechała się, co to było, jaki labirynt, poruszała się, a panienka już miała dość, nie jestem twoją niańką, wpakujesz się w jakąś paskudną historię, jak się chcesz zabić, to się zabij, ale od jednego razu, a nie tak po trochu. Tego wieczora pani nie poszła do „Monmartre”, ale nazajutrz wstała jakby nigdy nic.
W parę dni potem coś się stało. Amalia wracała ze sklepu i przed domem zobaczyła wóz policyjny. Na chodniku stał policjant i jeden w cywilu i kłócili się z panią. Pozwólcie mi zatelefonować, mówiła pani, ale oni ją złapali za ramiona, wsadzili do samochodu i odjechali. Amalia stała chwilę na ulicy, tak się przestraszyła, że nie miała siły wejść do domu. Zadzwoniła do panienki, ale nikogo nie było; całe popołudnie dzwoniła i nikt się nie odzywał. A może ją zabrała policja, może przyjdą i Amalię też zabiorą. Służące z sąsiedztwa zaglądały, żeby się dowiedzieć, co się stało, dokąd ją zawieźli. Tej nocy nie mogła zmrużyć oka: przyjadą, wezmą cię do więzienia. Następnego dnia zjawiła się panienka Queta i zrobiła wielkie oczy, kiedy Amalia jej opowiedziała. Pobiegła dzwonić: madame Ivonne, niech pani coś zrobi, oni nie mogą jej trzymać w areszcie, to wszystko wina Paquety, panienka też mówiła bez ładu i składu, też była przerażona. Dała Amalii dziesiątkę: wpakowali panią w coś niedobrego, mogą tu przyjść z policji albo z gazet, idź na kilka dni do kogoś z twojej rodziny. Miała oczy pełne łez i szeptała biedna Hortensja. Dokąd ona ma pójść, dokąd pójdzie. Poszła do ciotki, która teraz miała pensjonacik na Chacra Colorada. Pani wyjechała, ciociu, mam urlop. Ciotka jej nagadała, że tak długo nit dawała znaku życia, i patrzyła na nią, przyglądała się. Wreszcie wzięła ją pod brodę i spojrzała w oczy: kłamiesz, wyrzucili cię, bo zobaczyła, że jesteś w ciąży. Amalia zaprzeczyła, nie nie jest, skądże, z kim. A może ciotka miała rację, może u dlatego nie dostała miesiączki? Zapomniała o pani, o policji, c‹ ona powie Ambrosiowi i co on na to powie. W niedzielę poszli na przystanek przed szpitalem wojskowym, modliła się po cichutku. Zaczęła mu opowiadać o pani, ale on już wiedział. Pani wróciła do domu, Amalio, don Fermín pogadał ze swoimi znajomymi i zaraz ją wypuścili. A czemu ją aresztowali? Pewnie ma coś na sumieniu, coś tam musiała nabroić, i zmienił temat: Ludovico mu zostawił pokój na całą noc. Teraz rzadko widywali Ludovica, Ambrosio mówił, że on się chyba ożeni i że chce kupić sobie domek w osiedlu Villacampa, ale wypłynął, co, Amalio? Poszli do jednej knajpki nad Rímac i on ją zapytał czemu nie jesz. Nie jest głodna, jadła duże śniadanie. A czemu nic nie mówi? Bo myśli o pani, jutro z samego rana do niej pójdę. Jak tylko weszli do pokoju Ludovica, zdobyła się na odwagę: moja ciotka mówi, że jestem w ciąży. On aż usiadł na łóżku. Gówno mnie obchodzi, co mówi twoja ciotka szarpał ją za ramię, jest w ciąży czy nie jest? Tak, chyba tak, i wybuchnęła płaczem. Zamiast ją pocieszyć, Ambrosio patrzył na nią, jakby była nie wiem na co chora i mogła go zarazić. To niemożliwe, niemożliwe, powtarzał, i głos mu uwiązł w gardle. Wybiegła z pokoju. Ambrosio dogonił ją na ulicy. No uspokój się, no nie płacz, taki był oszołomiony, odprowadził ją na przystanek i mówił a to dopiero, nie spodziewałem się, nie myśl, że się gniewam, ja po prostu zgłupiałem. W alei Brasil pożegnał się z nią, do niedzieli. Amalia pomyślała: nie przyjdzie więcej.
Pani Hortensia wcale się nie złościła: jak się masz, Amalio. Uściskała ją, cieszyła się, myślałam, że się przestraszyłaś i już nie wrócisz. Jak pani mogła tak pomyśleć, proszę pani. Ja wiem, powiedziała pani, ty jesteś moją przyjaciółką. Amalio, prawdziwą przyjaciółką. Chcieli ją wpakować w coś takiego, czego nie zrobiła, widzisz, jacy są ludzie, ta zasrana Paqueta jest taka, wszyscy są tacy. I znów były całe dni, całe tygodnie takie jak zawsze, każdy dzień odrobinę gorszy od poprzedniego, bo nie starczało pieniędzy. Kiedyś zapukał do drzwi mężczyzna w mundurze. Pan do kogo? Ale już wyszła pani, jak się masz, Richard, i Amalia go poznała. To był ten sam, co przyszedł z panią tamtego ranka, tylko że teraz miał czapkę lotnika i granatową kurtkę ze złotymi guzikami. Pan Richard był pilotem w Panagra, całe życie spędzał w podróżach, miał szpakowate baczki, żółtą czuprynę, grubasek, okrągły, ot taka mieszanina Anglika z Hiszpanem, aż się chciało śmiać. Amalii wydał się sympatyczny. On pierwszy wszedł do tego mieszkania, pierwszy został na noc. Przylatywał do Limy w czwartki, przyjeżdżał prosto z lotniska w swym granatowym mundurze, kąpał się, odpoczywał, potem wychodzili, wracali nad ranem, trochę pohałasowali i spali do południa. Czasem pan Richard zostawał w Limie dwa dni. Lubił wtedy zajrzeć do kuchni, zakładał fartuszek Amalii i brał się do pitraszenia. Ona i pani ze śmiechem patrzyły jak smaży jajka, jak przyrządza makaron z sosem i pizzę. Był zabawny, lubił pożartować i dobrze żyli z panią. A może pani wyjdzie za pana Richarda, jest taki dobry dla pani? Pani Hortensja się śmiała: on ma żonę i czworo dzieci, Amalio.