Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Pani Hortensja wróciła do San Miguel szczuplutka jak igiełka. Suknie na niej wisiały, twarz się jej skurczyła, oczy już nie błyszczały jak dawniej. Policja nie znalazła biżuterii, proszę pani? Pani roześmiała się z przymusem, nigdy nie znajdą, i oczy jej się zaszkliły, Lucas ma więcej sprytu niż policja. Biedaczka, ciągle go kochała. Zresztą nie zostało już jej tego dużo, Amalio, sprzedawała wszystko dla niego, przez niego. Jacy głupi są ci mężczyźni, on nie musiał jej okradać, Amalio, wystarczyło, żeby mnie poprosił o te klejnoty. Pani się zmieniła. Ciągle na coś chorowała, ale było jej wszystko jedno, była milcząca i poważna. Prado zwyciężył w wyborach, proszę pani, Apra odwróciła się od Lavalle’a i głosowała na Prado, i Prado zwyciężył, tak mówili przez radio. Ale pani nawet już nie słuchała: straciłam pracę, Amalio, grubas nie odnowił ze mną umowy. Mówiła to bez złości, jakby chodziło o rzecz najzwyklejszą w świecie. A w kilka dni potem do panienki Quety: te długi mnie wykończą. Nie wyglądała na przestraszoną, tak jakby jej to w ogóle nie obchodziło. Amalia już nie wiedziała, co wymyślić, kiedy pan Poncio przychodził po komorne: pani nie ma, wyszła, jutro, w poniedziałek. Dawniej pan Poncio był wcieleniem uprzejmości i galanterii, teraz istna hiena: Amalia czerwieniła się, chrząkała, nie wpuszczała go. Dlaczego pani nie ma? Odepchnął Amalię i krzyknął: pani Hortensjo, dość już tego kręcenia! Pani pokazała się na schodach i spojrzała na niego z góry, jak na karalucha: co to za wrzaski, niech pan powie Paredesowi, że zapłacę kiedy indziej. Pani nie płaci, a pułkownik Paredes krzyczy na mnie, zaszczekał pan Poncio, wyrzucimy stąd panią wyrokiem sądowym. Wyprowadzę się, kiedy mi się będzie podobało, powiedziała pani spokojnie, a on, jazgocząc, poczekamy do poniedziałku i robimy eksmisję. Amalia weszła potem na górę myśląc pewno jest wściekła. Ale nie, była spokojna, szklistymi oczyma wpatrywała się w sufit. Jak tu był Cayo, Paredes nawet nie chciał brać komornego, Amalio, dopiero teraz. Mówiła przerażająco słabym głosem, jakby była gdzieś daleko, jakby usypiała. Będą się musiały przeprowadzić, nie ma rady, Amalio. I potem ta krzątanina po całych dniach. Pani wychodziła wcześnie rano, wracała późno, widziałam sto mieszkań, wszystkie okropnie drogie, dzwoniła do jednego pana, do drugiego pana, prosiła o jakiś podpis, o pożyczkę, i rzucała słuchawkę z wściekłym grymasem: niewdzięcznicy, podli. W dniu przeprowadzki przyszedł pan Poncio i zamknął się z panią w dawnym pokoju pana Cayo. Wreszcie pani zeszła na dół i kazała ludziom z ciężarówki, żeby z powrotem wnieśli meble z salonu i baru.
W mieszkaniu na Magdalena Vieja nawet się nie zauważyło braku tych mebli, było tam o wiele mniej miejsca niż w San Miguel. Tu nawet nie wszystko się mieściło i pani sprzedała biurko, fotele, lustra i kredens. Mieszkanie było na drugim piętrze budynku pomalowanego na zielono, a składało się z jadalni, sypialni, łazienki, kuchni, maleńkiego hallu i służbówki z małą łazienką. Było nowe i jak się je doprowadziło do porządku, wyglądało całkiem miło.
Kiedy w niedzielę pierwszy raz spotkali się z Ambrosiem na przystanku koło szpitala wojskowego, zaraz się pokłócili. Żal mi mojej biednej pani, opowiadała Amalia, zabrali jej meble, miała tyle kłopotów, a ten Poncio jaki ordynarny cham, a Ambrosio powiedział bardzo się cieszę. Co? A tak, ona nie ma wstydu. Co, jak? Ano właśnie, wysysała, kogo się dało, wyciągała pieniądze od don Fermina, który już i tak bardzo jej pomógł, co ona sobie myśli. Rzuć ją, Amalio, poszukaj sobie innego miejsca. Prędzej ciebie rzucę, powiedziała Amalia. Kłócili się chyba z godzinę i pogodzili się wreszcie, ale nie do końca. W porządku, nie będą o niej więcej mówić, Amalio, ta wariatka niewarta, żebyśmy się o nią sprzeczali.
Z pożyczek i z tego, co się sprzedało, pani jakoś tam żyła i szukała sobie pracy. Wreszcie wzięli ją do jednego lokalu w Barranco, do „La Laguna”. Znowu zaczęła mówić, że rzuci papierosy, i zjawiała się o świcie, wymalowana. Nigdy nie wspominała o panu Lucasie, odwiedzała ją tylko panienka Queta. Już nie była taka jak kiedyś. Nie żartowała, nie miała tego dowcipu, tego wdzięku, tego beztroskiego, radosnego sposobu bycia co dawniej. Teraz zabiegała o pieniądze. Quiftoncito szaleje za tobą, kochana, a ona nie chcę go widzieć na oczy, Quetita, on jest bez grosza. Po jakimś czasie zaczęła wychodzić z mężczyznami, ale nigdy nie zapraszała ich do mieszkania, musieli czekać pod drzwiami albo na ulicy, póki się nie wyszykowała. Wstydzi się, nie chce, żeby widzieli, jak teraz mieszka, myślała Amalia. Wstawała i piła swoje pisco z gingerale. Słuchała radia, czytała pisma, dzwoniła do panienki Quety i piła ze dwie, trzy szklaneczki. Już nie wyglądała tak ślicznie i elegancko jak kiedyś.
I tak mijały dni, tygodnie. Kiedy pani przestała śpiewać w „La Laguna”, Amalia dowiedziała się o tym dopiero po dwóch dniach. W jakiś poniedziałek, a potem we wtorek pani została w domu, czy dziś wieczorem też pani nie pójdzie śpiewać, proszę pani? ona już nie wróci do „La Laguna”, Amalio, wyzyskiwali ją, poszuka sobie lepszego miejsca. Ale w ciągu następnych dni wcale nie wyglądało na to, żeby tak bardzo szukała pracy. Leżała w łóżku, przy zasłoniętych oknach, i w półmroku słuchała radia. Potem wstawała ociężale, żeby sobie przygotować chilcano, i kiedy Amalia wchodziła do pokoju, pani siedziała nieruchomo, patrząc w przestrzeń, mówiła słabym głosem, z każdego ruchu przebijało zmęczenie. Gdzieś tak koło siódmej zaczynała sobie malować usta i paznokcie i czesać się, a o ósmej panienka Queta zabierała ją swoim autem. Wracała nad ranem, jak zmięta szmata, pijaniuteńka i tak strasznie zmęczona, że często budziła Amalię, żeby jej pomogła się rozebrać. Proszę spojrzeć, coraz bardziej chudnie, mówiła Amalia do panienki Quety, proszę jej powiedzieć, niech ona więcej je, bo się rozchoruje. Panienka jej mówiła, ale pani nie zwracała na to uwagi. Ciągle chodziła do swojej krawcowej w alei Brasil i kazała sobie zwężać suknie. Co dzień dawała Amalii na życie i regularnie wypłacała jej pensję, skąd brała pieniądze? Jak dotąd, w mieszkaniu na ulicy Magdalena Vieja nie nocował jeszcze żaden mężczyzna. Może załatwiała swoje sprawy na mieście. Kiedy pani zaczęła pracować w „Monmartre”, już nie mówiła o przeciągach ani że rzuci palenie. Teraz nawet swoimi występami nie bardzo się przejmowała. Malowała się z taką niechęcią. Nie zwracała też uwagi na porządek i czystość w domu, ona, która kiedyś dostawała ataku histerii, jeśli przesuwając palcem po meblach znalazła odrobinę kurzu. Popielniczki mogły całymi dniami stać brudne i pełne niedopałków, nie patrzyła na to, a także nigdy już nie pytała rano: czy się myłaś, czy używałaś odwaniacza? W mieszkaniu był bałagan, ale Amalii nie starczało czasu na wszystko. A poza tym teraz utrzymanie czystości kosztowało ją o wiele więcej wysiłku. Zaraziłam się niedbalstwem od pani, mówiła Amalia do Ambrosia. Aż się serce ściska, kiedy patrzę teraz na panią, panienko, tak się opuściła, czy to dlatego, że nie może się pogodzić z tym, co jej zrobił pan Lucas? Tak powiedziała panienka Queta, a poza tym to, że pije, i jeszcze te pastylki na nerwy, to wszystko ją ogłupia.