Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 173
Перейти на страницу:

Alt­sin po­ki­wał gło­wą.

– Ja­sno­widz spraw­dzał to, co z nie­go zo­sta­ło. Nie­je­den – stwier­dził neu­tral­nym to­nem.

– Oho. Ależ gło­sem to po­wie­dzia­łeś. Jak­by cho­dzi­ło o ka­wa­łek mię­sa. Daj spo­kój, chłop­cze, wy­wrzeszcz to z sie­bie, bo cię wy­pa­li od środ­ka. Nie? Two­ja spra­wa. Ci ja­sno­wi­dze coś od­kry­li?

– Tyl­ko to, że San­wes się wła­mał i miał pod­rzu­cić ja­kieś do­ku­men­ty... Resz­ta... po­dob­no stwier­dzi­li, że cia­ło było za bar­dzo zma­sa­kro­wa­ne.

– Wi­dzisz? – Ja­wyn­der uśmiech­nął się wą­ski­mi war­ga­mi. – Każ­dy czło­wiek pod­da się Mocy, aspek­to­wa­nej lub nie. Ale to dzia­ła i w dru­gą stro­nę. Mrów­ka, za­nu­rza­jąc nóż­kę w oce­anie, po­wo­du­je falę. Małą, bo małą, ale falę. Gdy ktoś umie­ra... aspek­ty wo­kół krzy­czą. Im bar­dziej bru­tal­nie jest mor­do­wa­ny, tym więk­sze wpro­wa­dza za­mie­sza­nie. Dla­te­go cza­ro­dzie­je wła­da­ją­cy aspek­ta­mi ze Ścież­ki Ży­cia uni­ka­ją świe­żych pól bi­tew­nych. Za­ło­żę się, o co chcesz, że ba­ron ka­zał swo­im lu­dziom tłuc go dłu­go i do­kład­nie, żeby umie­rał w jak naj­więk­szym cier­pie­niu. Może miał i coś in­ne­go pod ręką, tak na wszel­ki wy­pa­dek?

– Tru­ci­znę? Po­wo­du­ją­cą naj­pierw pa­ra­liż i śle­po­tę?

– Tak. Tru­ci­zny wy­wo­łu­ją­ce pa­ra­liż naj­czę­ściej spra­wia­ją, że czło­wiek się dusi. Pa­skud­na i bo­le­sna śmierć. Mó­wi­łem, ten ba­ron wie o cza­rach wię­cej niż prze­cięt­ny szlach­cic. Za­bez­pie­czył się.

Przez chwi­lę Ja­wyn­der wy­glą­dał, jak­by nad czymś in­ten­syw­nie my­ślał.

– Nie rób tego – stwier­dził wresz­cie.

– Cze­go?

– Nie szu­kaj ze­msty. To nie bi­ja­ty­ka w karcz­mie, po któ­rej mógł­byś po­de­rżnąć ko­muś gar­dło. To zaba­wy moż­nych. Oni pa­trzą na świat ina­czej. Nie wi­dzą lu­dzi, tyl­ko tłum. Masę. A gdy w tłu­mie ktoś gi­nie, jest to do za­ak­cep­to­wa­nia. Więk­szość z nich wy­cho­wa­ła się w oto­cze­niu lu­dzi, któ­rych na­zwisk nie zna­li. Służ­by, sta­jen­nych, ku­cha­rzy, straż­ni­ków. Mó­wią im po imie­niu, jak mówi się do psów czy ko­tów. Dla szlach­ci­ca je­den słu­żą­cy nie róż­ni się od dru­gie­go, jest ele­men­tem wy­po­sa­że­nia domu. Tu­taj na­wet re­zy­den­cje sprze­da­je się z po­ko­jów­ka­mi i ku­cha­rza­mi. Ro­zu­miesz? Nie je­steś dla nich prze­ciw­ni­kiem, tyl­ko... – za­sta­na­wiał się chwi­lę – szkod­ni­kiem. Oni cię nie za­bi­ją, tyl­ko usu­ną, a po wszyst­kim nie po­świę­cą temu choć­by jed­nej my­śli. Na­wet Ce­tron dłu­żej się za­sta­na­wia, nim każe ko­goś uto­pić. Przez ten port prze­pły­wa bo­gac­two wszyst­kich miast i wsi znad ca­łej El­ha­ran. Bo­gac­two nie­sły­cha­ne. A ono ge­ne­ru­je nie­sły­cha­ną aro­gan­cję. To nie dla cie­bie.

Alt­sin bez sło­wa wpa­try­wał się w ja­sno­wi­dza.

– On go wy­ko­rzy­stał – wy­ce­dził wresz­cie. – Oszu­kał w ko­ściach, żeby użyć w pu­łap­ce na hra­bie­go. Zro­bił to, jak słusz­nie za­uwa­ży­łeś, trak­tu­jąc San­we­sa ni­czym szkod­ni­ka. Jak śmieć. Je­śli nie od­po­wiem, to bę­dzie tak, jak­bym przy­znał temu ba­ro­no­wi ra­cję. Jak­bym stwier­dził, że moż­na lu­dzi trak­to­wać w ten spo­sób, gdy ma się po­zy­cję i pie­nią­dze.

Ja­wyn­der po­krę­cił gło­wą.

– Cho­dzi ci o San­we­sa czy o sie­bie?

– A je­śli po­wiem, że o mnie, to stra­cę coś w two­ich oczach? Wy­bacz, nie chcia­łem, żeby to za­brzmia­ło jak kpi­na. San­wes sam się w to wplą­tał i to jego wy­bór. Ja... ni­g­dy nie pod­jął­bym się ta­kie­go za­da­nia, śmier­dzia­ło­by mi na milę. Tu... cho­dzi o mnie. Je­śli nie od­po­wiem, to wi­dząc prze­jeż­dża­ją­cy uli­cą po­wóz ja­kie­goś szla­chet­ki, już za­wsze będę spusz­czał wzrok. Ro­zu­miesz? Będę bał się spoj­rzeć w oczy każ­de­mu le­bie­dze w atła­sach. Bo po­zwo­li­łem, żeby za­bój­stwo kam­ra­ta uszło im pła­zem. Ro­zu­miesz? Jak raz po­zwo­lisz so­bie zgiąć kark, już ni­g­dy go nie pod­nie­siesz.

Mimo że oczy Ja­wyn­de­ra za­kry­wa­ło biel­mo, Alt­sin dał­by gło­wę, że ten wi­dzi go do­sko­na­le. Przy­naj­mniej ta­kie spra­wiał wra­że­nie, gdy błą­dził wzro­kiem po twa­rzy zło­dzie­ja.

– Jest w to­bie – za­wa­hał się – mo­rze gnie­wu. Za dzie­ciń­stwo na uli­cach, głód i strach. I je­steś by­stry. Dużo by­strzej­szy, niż wy­glą­dasz. Skąd wiesz, że oszu­ki­wał w ko­ści?

– Bo nie za­pro­po­no­wał­by ta­kiej ro­bo­ty pierw­sze­mu lep­sze­mu. Mu­siał wie­dzieć, że San­wes jest... był zło­dzie­jem. Więc za­grał z nim w ko­ści, pod­pu­ścił, a gdy dług urósł, dał pacz­kę i wska­zał ad­res. I usta­lił ter­min, kie­dy na pew­no on sam bę­dzie u hra­bie­go. Hra­bia Ter­le­ach to nie byle chły­stek. Spo­tka­nie z nim, zwłasz­cza póź­ną nocą, usta­la się wie­le dni na­przód. Więc ba­ron pla­no­wał to z du­żym wy­prze­dze­niem, spo­tka­nie, wła­ma­nie, za­bój­stwo. I gdy za­pro­po­no­wał San­we­so­wi grę, mu­siał być pe­wien, że wy­gra, bo ina­czej cały plan był­by na nic. A więc oszu­ki­wał, nie ma in­ne­go wy­ja­śnie­nia.

Ja­wyn­der po­ki­wał gło­wą, uśmiech­nął się.

– Do­brze. Bar­dzo do­brze. I co jesz­cze?

– To bę­dzie kosz­to­wać.

– O?! Ile?

– Pięć ce­sar­skich. – Zło­dziej wy­cią­gnął rękę.

Ja­wyn­der za­re­cho­tał.

– Do­brze, już za­ra­biam na swo­je pie­nią­dze. – Za­ci­snął sa­kiew­kę w obu dło­niach, za­mknął oczy. – On jest aro­ganc­ki. Pew­ny sie­bie aż do prze­sa­dy. Ni­g­dy nie prze­grał i ni­g­dy nie zo­stał zmu­szo­ny do re­zy­gna­cji z pla­nów. Za­wsze osią­gał to, co za­mie­rzył, a pla­nu­je z du­żym wy­prze­dze­niem.

Alt­sin żach­nął się, po­iry­to­wa­ny.

– Tra­cę cier­pli­wość. Po­wiedz mi coś, cze­go nie wiem. Cze­go sam bym się ni­g­dy nie do­my­ślił. Albo od­da­waj pie­nią­dze...

Wy­da­wa­ło się, że ja­sno­widz za­padł się w so­bie, brą­zo­wą twarz po­kry­ły zmarszcz­ki. Za­mknął oczy, na dłuż­szą chwi­lę prze­stał od­dy­chać.

Zło­dziej cze­kał. Wi­dział już kil­ka razy, jak Ja­wyn­der czer­pie ze swo­je­go aspek­tu. Za­swę­dzia­ło go mię­dzy ło­pat­ka­mi, ale ła­god­nie, jak­by na mo­ment przy­siadł tam tyl­ko ko­mar.

Pierś go­spo­da­rza po­ru­szy­ła się wresz­cie.

– Po­wiem ci tyle – wy­mam­ro­tał, le­d­wo otwie­ra­jąc usta – że twój ba­ron jest do­pie­ro w po­ło­wie dro­gi, może na­wet mniej. Zdo­by­cie przy­chyl­no­ści hra­bie­go Ter­le­acha to dla nie­go tyl­ko krok w kie­run­ku celu. I je­śli nie zmie­ni za­mia­rów, to Wy­so­kie Mia­sto spły­nie w naj­bliż­szych dniach krwią. Ewen­net-sek-Gres wi­dzi sie­bie jako wład­cę Pon­kee-Laa, a nie miecz w ręku Wy­sse­ry­nów. Ma pla­ny ukry­te w pla­nach i za­kry­te in­ny­mi pla­na­mi. Na do­da­tek uwa­ża się za naj­lep­sze­go gra­cza, jaki po­ja­wił się tu od wie­ków. I uwiel­bia tę grę. Grę moż­nych o wła­dzę i pie­nią­dze. Ale, je­śli do­brze od­czy­ta­łem, mimo wszyst­ko za­le­ża­ło mu na tej sa­kiew­ce. Chciał ją od­zy­skać, bo jak­kol­wiek szan­sa jest ni­kła, to ktoś na­praw­dę uta­len­to­wa­ny, wiel­ki mag wła­da­ją­cy jed­nym z aspek­tów od­po­wia­da­ją­cych za wi­dze­nie prze­szło­ści, mógł­by go po­wią­zać z San­we­sem. – Ja­wyn­der otwo­rzył po­wie­ki. – Tyle wi­dzę. Czy za­słu­ży­łem na zło­to?

1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)