Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin pokiwał głową.
– Jasnowidz sprawdzał to, co z niego zostało. Niejeden – stwierdził neutralnym tonem.
– Oho. Ależ głosem to powiedziałeś. Jakby chodziło o kawałek mięsa. Daj spokój, chłopcze, wywrzeszcz to z siebie, bo cię wypali od środka. Nie? Twoja sprawa. Ci jasnowidze coś odkryli?
– Tylko to, że Sanwes się włamał i miał podrzucić jakieś dokumenty... Reszta... podobno stwierdzili, że ciało było za bardzo zmasakrowane.
– Widzisz? – Jawynder uśmiechnął się wąskimi wargami. – Każdy człowiek podda się Mocy, aspektowanej lub nie. Ale to działa i w drugą stronę. Mrówka, zanurzając nóżkę w oceanie, powoduje falę. Małą, bo małą, ale falę. Gdy ktoś umiera... aspekty wokół krzyczą. Im bardziej brutalnie jest mordowany, tym większe wprowadza zamieszanie. Dlatego czarodzieje władający aspektami ze Ścieżki Życia unikają świeżych pól bitewnych. Założę się, o co chcesz, że baron kazał swoim ludziom tłuc go długo i dokładnie, żeby umierał w jak największym cierpieniu. Może miał i coś innego pod ręką, tak na wszelki wypadek?
– Truciznę? Powodującą najpierw paraliż i ślepotę?
– Tak. Trucizny wywołujące paraliż najczęściej sprawiają, że człowiek się dusi. Paskudna i bolesna śmierć. Mówiłem, ten baron wie o czarach więcej niż przeciętny szlachcic. Zabezpieczył się.
Przez chwilę Jawynder wyglądał, jakby nad czymś intensywnie myślał.
– Nie rób tego – stwierdził wreszcie.
– Czego?
– Nie szukaj zemsty. To nie bijatyka w karczmie, po której mógłbyś poderżnąć komuś gardło. To zabawy możnych. Oni patrzą na świat inaczej. Nie widzą ludzi, tylko tłum. Masę. A gdy w tłumie ktoś ginie, jest to do zaakceptowania. Większość z nich wychowała się w otoczeniu ludzi, których nazwisk nie znali. Służby, stajennych, kucharzy, strażników. Mówią im po imieniu, jak mówi się do psów czy kotów. Dla szlachcica jeden służący nie różni się od drugiego, jest elementem wyposażenia domu. Tutaj nawet rezydencje sprzedaje się z pokojówkami i kucharzami. Rozumiesz? Nie jesteś dla nich przeciwnikiem, tylko... – zastanawiał się chwilę – szkodnikiem. Oni cię nie zabiją, tylko usuną, a po wszystkim nie poświęcą temu choćby jednej myśli. Nawet Cetron dłużej się zastanawia, nim każe kogoś utopić. Przez ten port przepływa bogactwo wszystkich miast i wsi znad całej Elharan. Bogactwo niesłychane. A ono generuje niesłychaną arogancję. To nie dla ciebie.
Altsin bez słowa wpatrywał się w jasnowidza.
– On go wykorzystał – wycedził wreszcie. – Oszukał w kościach, żeby użyć w pułapce na hrabiego. Zrobił to, jak słusznie zauważyłeś, traktując Sanwesa niczym szkodnika. Jak śmieć. Jeśli nie odpowiem, to będzie tak, jakbym przyznał temu baronowi rację. Jakbym stwierdził, że można ludzi traktować w ten sposób, gdy ma się pozycję i pieniądze.
Jawynder pokręcił głową.
– Chodzi ci o Sanwesa czy o siebie?
– A jeśli powiem, że o mnie, to stracę coś w twoich oczach? Wybacz, nie chciałem, żeby to zabrzmiało jak kpina. Sanwes sam się w to wplątał i to jego wybór. Ja... nigdy nie podjąłbym się takiego zadania, śmierdziałoby mi na milę. Tu... chodzi o mnie. Jeśli nie odpowiem, to widząc przejeżdżający ulicą powóz jakiegoś szlachetki, już zawsze będę spuszczał wzrok. Rozumiesz? Będę bał się spojrzeć w oczy każdemu lebiedze w atłasach. Bo pozwoliłem, żeby zabójstwo kamrata uszło im płazem. Rozumiesz? Jak raz pozwolisz sobie zgiąć kark, już nigdy go nie podniesiesz.
Mimo że oczy Jawyndera zakrywało bielmo, Altsin dałby głowę, że ten widzi go doskonale. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie, gdy błądził wzrokiem po twarzy złodzieja.
– Jest w tobie – zawahał się – morze gniewu. Za dzieciństwo na ulicach, głód i strach. I jesteś bystry. Dużo bystrzejszy, niż wyglądasz. Skąd wiesz, że oszukiwał w kości?
– Bo nie zaproponowałby takiej roboty pierwszemu lepszemu. Musiał wiedzieć, że Sanwes jest... był złodziejem. Więc zagrał z nim w kości, podpuścił, a gdy dług urósł, dał paczkę i wskazał adres. I ustalił termin, kiedy na pewno on sam będzie u hrabiego. Hrabia Terleach to nie byle chłystek. Spotkanie z nim, zwłaszcza późną nocą, ustala się wiele dni naprzód. Więc baron planował to z dużym wyprzedzeniem, spotkanie, włamanie, zabójstwo. I gdy zaproponował Sanwesowi grę, musiał być pewien, że wygra, bo inaczej cały plan byłby na nic. A więc oszukiwał, nie ma innego wyjaśnienia.
Jawynder pokiwał głową, uśmiechnął się.
– Dobrze. Bardzo dobrze. I co jeszcze?
– To będzie kosztować.
– O?! Ile?
– Pięć cesarskich. – Złodziej wyciągnął rękę.
Jawynder zarechotał.
– Dobrze, już zarabiam na swoje pieniądze. – Zacisnął sakiewkę w obu dłoniach, zamknął oczy. – On jest arogancki. Pewny siebie aż do przesady. Nigdy nie przegrał i nigdy nie został zmuszony do rezygnacji z planów. Zawsze osiągał to, co zamierzył, a planuje z dużym wyprzedzeniem.
Altsin żachnął się, poirytowany.
– Tracę cierpliwość. Powiedz mi coś, czego nie wiem. Czego sam bym się nigdy nie domyślił. Albo oddawaj pieniądze...
Wydawało się, że jasnowidz zapadł się w sobie, brązową twarz pokryły zmarszczki. Zamknął oczy, na dłuższą chwilę przestał oddychać.
Złodziej czekał. Widział już kilka razy, jak Jawynder czerpie ze swojego aspektu. Zaswędziało go między łopatkami, ale łagodnie, jakby na moment przysiadł tam tylko komar.
Pierś gospodarza poruszyła się wreszcie.
– Powiem ci tyle – wymamrotał, ledwo otwierając usta – że twój baron jest dopiero w połowie drogi, może nawet mniej. Zdobycie przychylności hrabiego Terleacha to dla niego tylko krok w kierunku celu. I jeśli nie zmieni zamiarów, to Wysokie Miasto spłynie w najbliższych dniach krwią. Ewennet-sek-Gres widzi siebie jako władcę Ponkee-Laa, a nie miecz w ręku Wysserynów. Ma plany ukryte w planach i zakryte innymi planami. Na dodatek uważa się za najlepszego gracza, jaki pojawił się tu od wieków. I uwielbia tę grę. Grę możnych o władzę i pieniądze. Ale, jeśli dobrze odczytałem, mimo wszystko zależało mu na tej sakiewce. Chciał ją odzyskać, bo jakkolwiek szansa jest nikła, to ktoś naprawdę utalentowany, wielki mag władający jednym z aspektów odpowiadających za widzenie przeszłości, mógłby go powiązać z Sanwesem. – Jawynder otworzył powieki. – Tyle widzę. Czy zasłużyłem na złoto?