Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 210
Перейти на страницу:

Pani Ognia de­li­kat­nie mu­snę­ła pal­cem sze­ro­ką dłoń Ba­wo­ła. Za­drżał i cof­nął szyb­ko rękę.

— Nie wiem, jak z two­im me­ekhem, ale sło­wo nie­waż­ne ozna­cza w nim coś, czym nie mu­sisz się przej­mo­wać. A ja przej­mu­ję się groź­bą złu­pie­nia na­szych wio­sek i mia­ste­czek, spa­le­nia plan­ta­cji, gwał­tów i ra­bun­ków. Tym, że na­wet je­śli po­ko­na­my bun­tow­ni­ków, to wra­ca­jąc, za­sta­nie­my zruj­no­wa­ny kraj.

— Pani…

— Nie te­raz. Jesz­cze nie wy­my­śli­łam, co z tą groź­bą zro­bić. Na ra­zie mów, co z Ge­ghij­czy­ka­mi.

— Ich reszt­ki ucie­kły w stro­nę Po­mwe, ale mia­sto za­mknę­ło przed nimi bra­my, więc roz­bi­li obóz nie­opo­dal mu­rów i liżą te­raz rany.

— Ilu?

— Nasi… in­for­ma­to­rzy w Po­mwe mają dość do­bry wi­dok na obóz Seh­ra­wi­na i oce­nia­ją jego siły na ja­kieś sześć ty­się­cy lu­dzi. Wie­lu ran­nych; poza Ru­dy­mi Psa­mi ża­den od­dział nie sta­no­wi ja­kiejś zna­czą­cej siły. Wszyst­ko to reszt­ki pie­cho­ty, łucz­ni­cy bez strzał, ze trzy set­ki kon­nych. Nie stwier­dzo­no ak­tyw­no­ści ma­gów, co nie zna­czy, że ich nie ma.

— Mów da­lej.

— W dzień po Ge­ghij­czy­kach z la­sów wy­szła ar­mia nie­wol­ni­ków i w kil­ka go­dzin oto­czy­ła mia­sto i obóz Seh­ra­wi­na wa­ła­mi.

— Ilu ich jest?

— Obóz wi­docz­ny z naj­wyż­szej wie­ży Po­mwe wy­da­je się po­noć ol­brzy­mi. Roz­cią­ga się od wa­łów, któ­re usy­pa­li, aż do li­nii lasu. Więc… co naj­mniej sto ty­się­cy.

Va­ra­la wes­tchnę­ła ci­cho, Evi­kiat za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Sto ty­się­cy. Po­twier­dzi­ły się naj­gor­sze plot­ki.

— Z ca­łym sza­cun­kiem, pani. — Wuar Sam­po­re po­stu­kał knyk­ciem w blat. — Na woj­nie li­czeb­ność nie jest wy­znacz­ni­kiem siły. Ni­g­dy nie była.

— A co nim jest?

— Dys­cy­pli­na, wy­ćwi­cze­nie wojsk, uzbro­je­nie, mo­ra­le i spraw­ność. Te sto ty­się­cy to zwy­kła hor­da, ni­czym sta­do szczu­rów groź­na tyl­ko przez swo­ją li­czeb­ność.

— Tak się skła­da, że więk­szość z tej hor­dy to Me­ekhań­czy­cy. — De­ana nie uzna­ła za sto­sow­ne wspo­mnieć, że jej mat­ka była Me­ekhan­ką. — Ge­ghij­czy­cy za­pew­ne mo­gli­by ci wie­le opo­wie­dzieć o ich dys­cy­pli­nie, wy­ćwi­cze­niu i mo­ra­le. O uzbro­je­niu nie­wol­ni­ków też, w koń­cu sami im go spo­ro do­star­czy­li. A o ich spraw­no­ści? Kos­se?

Af’ge­mid Ba­wo­łów wska­zał na ma­pie Po­mwe.

— W kil­ka go­dzin usy­pa­li wał dłu­go­ści pra­wie pię­ciu mil. Jed­no­cze­śnie prze­gro­dzi­li rze­kę za­po­rą z pni po­wią­za­nych rze­mie­nia­mi, a na jej dru­gim brze­gu usy­pa­li szań­ce dłu­gie na dwie mile. Szcze­rze mó­wiąc, od­cię­li mia­sto le­piej, niż sam bym to zro­bił. A wczo­raj za­czę­li sy­pać ko­lej­ne umoc­nie­nia, co­raz bli­żej mu­rów. Ro­bią to szyb­ko i nad­zwy­czaj prze­myśl­nie. Za­miast ryć zie­mię pod ostrza­łem łucz­ni­ków i ba­list, bu­du­ją szań­ce dzię­ki sztucz­ce, któ­rej nie zna­łem. Ich ko­bie­ty wy­pla­ta­ją ty­sią­ce ko­szy z trzci­ny, któ­re nie­wol­ni­cy wy­peł­nia­ją zie­mią, po czym szyb­ko prze­no­szą na miej­sce i w kil­ka chwil two­rzą z nich wał wy­so­ki na osiem, dzie­sięć stóp, wy­star­cza­ją­co moc­ny, by po­wstrzy­mać na­szych łucz­ni­ków i ar­ty­le­rię. Po­mwe ma trzy­dzie­ści ka­ta­pult i ba­list, część na sta­łe umiesz­czo­nych w wie­żach, ale nie są to cięż­kie ma­chi­ny. Spo­dzie­wał­bym się, że za trzy, naj­wy­żej czte­ry dni bun­tow­ni­cy ude­rzą bez­po­śred­nio na mury. Są… bar­dzo spraw­ni.

— Ile cza­su mia­sto może się utrzy­mać?

— Zbli­ża się pora desz­czów, żni­wa skoń­czo­ne, więc spi­chrze są peł­ne. A od cza­su tej nie­szczę­snej bi­twy pod mia­stem mury na­pra­wio­no i pod­wyż­szo­no. Po­głę­bio­no też fosę. Pod bro­nią oprócz ty­sią­ca na­szej pie­cho­ty sta­nę­ły rów­nież ce­chy rze­mieśl­ni­cze: trzy ty­sią­ce męż­czyzn z ofi­ce­ra­mi wy­bra­ny­mi spo­śród Ba­wo­łów. Ze straż­ni­ków ku­piec­kich utwo­rzo­no spe­cjal­ne kom­pa­nie w sile sze­ściu­set sza­bel, ci przy­naj­mniej zna­ją się na wal­ce. Resz­ta miesz­kań­ców nie­ustan­nie ćwi­czy ga­sze­nie po­ża­rów, sta­wia­nie ba­ry­kad, strze­la­nie. Am­lu­wer Kot, tu­ranh tam­tej­sze­go gar­ni­zo­nu, to do­bry ofi­cer. Pod jego do­wódz­twem mia­sto może się opie­rać i mie­siąc.

— Je­śli to by­ło­by zwy­kłe ob­lę­że­nie — ode­zwał się Evi­kiat.

De­ana, po­dob­nie jak resz­ta zgro­ma­dzo­nych, spoj­rza­ła na nie­go, za­sko­czo­na tym, że się ode­zwał. Do­tych­czas na na­ra­dach ten ci­chy męż­czy­zna ni­g­dy nie za­bie­rał gło­su w spra­wach czy­sto woj­sko­wych. Wiel­ki Ko­hir Dwo­ru z za­kło­po­ta­niem opu­ścił wzrok, jak­by za­wsty­dzo­ny wła­sny­mi sło­wa­mi. Obaj af’ge­mi­dzi uśmiech­nę­li się lek­ce­wa­żą­co. Oto ja­kiś głu­pi gry­zi­pió­rek, któ­ry ni­g­dy nie prze­lał krwi w wal­ce, otwie­ra usta, mar­nu­jąc ich czas. Je­śli oni rę­czą, że mia­sto utrzy­ma się mie­siąc, to bę­dzie wal­czy­ło mie­siąc i ani dnia kró­cej. Ale De­ana zbyt do­brze już po­zna­ła Evi­kia­ta i za bar­dzo go ce­ni­ła, by lek­ce­wa­żyć te sło­wa. Ten nie­po­zor­ny urzęd­nik po­tra­fił opa­no­wać cha­os w Bia­łym Ko­no­we­ryn w chwi­li, gdy wszyst­ko zda­wa­ło się wa­lić im na gło­wy. Wiel­ki Ko­hir znał się na ludz­kich du­szach, umiał przej­rzeć ich sła­bo­ści i wy­ko­rzy­stać sil­ne stro­ny, po­tra­fił więc do­strzec rze­czy, któ­re umy­ka­ły in­nym. Jego spo­sób my­śle­nia i pa­trze­nia na świat mógł być po­kręt­ny i dziw­ny, ale głup­cem De­ana nie na­zwa­ła­by go ni­g­dy.

A po­nie­waż był jed­ną z kil­ku osób, któ­re nie opu­ści­ły La­we­ne­re­sa, gdy ksią­żę ko­nał na scho­dach Świą­ty­ni Ognia, zy­skał tym sa­mym pra­wo do od­zy­wa­nia się w jej obec­no­ści za­wsze i na każ­dy te­mat.

— Będę wdzięcz­na, je­śli roz­wi­niesz tę myśl. Dla­cze­go są­dzisz, że mia­sto nie utrzy­ma się tak dłu­go?

Evi­kiat zmie­szał się jesz­cze bar­dziej, jego dłoń za­ci­snę­ła się na rę­ko­je­ści ce­re­mo­nial­ne­go szty­le­tu o fa­li­stym ostrzu, jak­by szu­kał w tym ge­ście siły. Wresz­cie za­czął:

— Dzie­sięć lat temu ksią­żę Wa­he­si zwró­cił się do nas z proś­bą o po­zwo­le­nie na prze­gro­dze­nie dwóch nie­wiel­kich stru­mie­ni na na­szej po­łu­dnio­wej gra­ni­cy i skie­ro­wa­nie ich wody do swo­je­go księ­stwa. Za­pro­po­no­wał nie­złą cenę za ten przy­wi­lej. Z po­cząt­ku chcie­li­śmy się zgo­dzić, w tym re­jo­nie nie mamy żad­nych upraw ani plan­ta­cji. Sprze­dać wodę, któ­ra i tak się mar­nu­je, wpły­wa­jąc do ja­kie­goś je­zior­ka, to prze­cież czy­sty zysk.

— Ko­hi­rze, to na­ra­da wo­jen­na, a nie wspo­min­ki o daw­nych trak­ta­tach han­dlo­wych. — Wuar Sam­po­re prze­chy­lił lek­ko gło­wę, a jego uśmie­szek był już nie tyle lek­ce­wa­żą­cy, ile po­gar­dli­wy. — Nie ma na to cza­su. Je­śli Kos­se mówi, że mia­sto utrzy­ma się mie­siąc, to tyle wy­trzy­ma.

1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)