Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Pani Ognia delikatnie musnęła palcem szeroką dłoń Bawoła. Zadrżał i cofnął szybko rękę.
— Nie wiem, jak z twoim meekhem, ale słowo nieważne oznacza w nim coś, czym nie musisz się przejmować. A ja przejmuję się groźbą złupienia naszych wiosek i miasteczek, spalenia plantacji, gwałtów i rabunków. Tym, że nawet jeśli pokonamy buntowników, to wracając, zastaniemy zrujnowany kraj.
— Pani…
— Nie teraz. Jeszcze nie wymyśliłam, co z tą groźbą zrobić. Na razie mów, co z Geghijczykami.
— Ich resztki uciekły w stronę Pomwe, ale miasto zamknęło przed nimi bramy, więc rozbili obóz nieopodal murów i liżą teraz rany.
— Ilu?
— Nasi… informatorzy w Pomwe mają dość dobry widok na obóz Sehrawina i oceniają jego siły na jakieś sześć tysięcy ludzi. Wielu rannych; poza Rudymi Psami żaden oddział nie stanowi jakiejś znaczącej siły. Wszystko to resztki piechoty, łucznicy bez strzał, ze trzy setki konnych. Nie stwierdzono aktywności magów, co nie znaczy, że ich nie ma.
— Mów dalej.
— W dzień po Geghijczykach z lasów wyszła armia niewolników i w kilka godzin otoczyła miasto i obóz Sehrawina wałami.
— Ilu ich jest?
— Obóz widoczny z najwyższej wieży Pomwe wydaje się ponoć olbrzymi. Rozciąga się od wałów, które usypali, aż do linii lasu. Więc… co najmniej sto tysięcy.
Varala westchnęła cicho, Evikiat zacisnął dłonie w pięści. Sto tysięcy. Potwierdziły się najgorsze plotki.
— Z całym szacunkiem, pani. — Wuar Sampore postukał knykciem w blat. — Na wojnie liczebność nie jest wyznacznikiem siły. Nigdy nie była.
— A co nim jest?
— Dyscyplina, wyćwiczenie wojsk, uzbrojenie, morale i sprawność. Te sto tysięcy to zwykła horda, niczym stado szczurów groźna tylko przez swoją liczebność.
— Tak się składa, że większość z tej hordy to Meekhańczycy. — Deana nie uznała za stosowne wspomnieć, że jej matka była Meekhanką. — Geghijczycy zapewne mogliby ci wiele opowiedzieć o ich dyscyplinie, wyćwiczeniu i morale. O uzbrojeniu niewolników też, w końcu sami im go sporo dostarczyli. A o ich sprawności? Kosse?
Af’gemid Bawołów wskazał na mapie Pomwe.
— W kilka godzin usypali wał długości prawie pięciu mil. Jednocześnie przegrodzili rzekę zaporą z pni powiązanych rzemieniami, a na jej drugim brzegu usypali szańce długie na dwie mile. Szczerze mówiąc, odcięli miasto lepiej, niż sam bym to zrobił. A wczoraj zaczęli sypać kolejne umocnienia, coraz bliżej murów. Robią to szybko i nadzwyczaj przemyślnie. Zamiast ryć ziemię pod ostrzałem łuczników i balist, budują szańce dzięki sztuczce, której nie znałem. Ich kobiety wyplatają tysiące koszy z trzciny, które niewolnicy wypełniają ziemią, po czym szybko przenoszą na miejsce i w kilka chwil tworzą z nich wał wysoki na osiem, dziesięć stóp, wystarczająco mocny, by powstrzymać naszych łuczników i artylerię. Pomwe ma trzydzieści katapult i balist, część na stałe umieszczonych w wieżach, ale nie są to ciężkie machiny. Spodziewałbym się, że za trzy, najwyżej cztery dni buntownicy uderzą bezpośrednio na mury. Są… bardzo sprawni.
— Ile czasu miasto może się utrzymać?
— Zbliża się pora deszczów, żniwa skończone, więc spichrze są pełne. A od czasu tej nieszczęsnej bitwy pod miastem mury naprawiono i podwyższono. Pogłębiono też fosę. Pod bronią oprócz tysiąca naszej piechoty stanęły również cechy rzemieślnicze: trzy tysiące mężczyzn z oficerami wybranymi spośród Bawołów. Ze strażników kupieckich utworzono specjalne kompanie w sile sześciuset szabel, ci przynajmniej znają się na walce. Reszta mieszkańców nieustannie ćwiczy gaszenie pożarów, stawianie barykad, strzelanie. Amluwer Kot, turanh tamtejszego garnizonu, to dobry oficer. Pod jego dowództwem miasto może się opierać i miesiąc.
— Jeśli to byłoby zwykłe oblężenie — odezwał się Evikiat.
Deana, podobnie jak reszta zgromadzonych, spojrzała na niego, zaskoczona tym, że się odezwał. Dotychczas na naradach ten cichy mężczyzna nigdy nie zabierał głosu w sprawach czysto wojskowych. Wielki Kohir Dworu z zakłopotaniem opuścił wzrok, jakby zawstydzony własnymi słowami. Obaj af’gemidzi uśmiechnęli się lekceważąco. Oto jakiś głupi gryzipiórek, który nigdy nie przelał krwi w walce, otwiera usta, marnując ich czas. Jeśli oni ręczą, że miasto utrzyma się miesiąc, to będzie walczyło miesiąc i ani dnia krócej. Ale Deana zbyt dobrze już poznała Evikiata i za bardzo go ceniła, by lekceważyć te słowa. Ten niepozorny urzędnik potrafił opanować chaos w Białym Konoweryn w chwili, gdy wszystko zdawało się walić im na głowy. Wielki Kohir znał się na ludzkich duszach, umiał przejrzeć ich słabości i wykorzystać silne strony, potrafił więc dostrzec rzeczy, które umykały innym. Jego sposób myślenia i patrzenia na świat mógł być pokrętny i dziwny, ale głupcem Deana nie nazwałaby go nigdy.
A ponieważ był jedną z kilku osób, które nie opuściły Laweneresa, gdy książę konał na schodach Świątyni Ognia, zyskał tym samym prawo do odzywania się w jej obecności zawsze i na każdy temat.
— Będę wdzięczna, jeśli rozwiniesz tę myśl. Dlaczego sądzisz, że miasto nie utrzyma się tak długo?
Evikiat zmieszał się jeszcze bardziej, jego dłoń zacisnęła się na rękojeści ceremonialnego sztyletu o falistym ostrzu, jakby szukał w tym geście siły. Wreszcie zaczął:
— Dziesięć lat temu książę Wahesi zwrócił się do nas z prośbą o pozwolenie na przegrodzenie dwóch niewielkich strumieni na naszej południowej granicy i skierowanie ich wody do swojego księstwa. Zaproponował niezłą cenę za ten przywilej. Z początku chcieliśmy się zgodzić, w tym rejonie nie mamy żadnych upraw ani plantacji. Sprzedać wodę, która i tak się marnuje, wpływając do jakiegoś jeziorka, to przecież czysty zysk.
— Kohirze, to narada wojenna, a nie wspominki o dawnych traktatach handlowych. — Wuar Sampore przechylił lekko głowę, a jego uśmieszek był już nie tyle lekceważący, ile pogardliwy. — Nie ma na to czasu. Jeśli Kosse mówi, że miasto utrzyma się miesiąc, to tyle wytrzyma.