Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 210
Перейти на страницу:

De­ana prze­rwa­ła mu gniew­nym ge­stem. W ta­kich chwi­lach szcze­rze ża­ło­wa­ła, że nosi ek­cha­ar. Lu­dziom bez za­słon na twa­rzy jed­no skrzy­wie­nie ust, jed­no unie­sie­ni brwi za­stę­po­wa­ło cza­sem ty­siąc słów.

— Daj mu do­koń­czyć. Od­mó­wi­li­ście wte­dy sprze­da­ży tej wody?

— Tak. Bo w cza­sie ne­go­cja­cji ci z Wa­he­si za­cho­wy­wa­li się, jak­by im w ogó­le nie za­le­ża­ło. Bez prze­rwy zmie­nia­li wa­run­ki, cza­sem pod­no­si­li, a cza­sem ob­ni­ża­li cenę, po­tem wy­co­fy­wa­li się z ofer­ty, aż wresz­cie pa­dła pro­po­zy­cja, że od­ku­pią od nas po pro­stu kil­ka mil kwa­dra­to­wych przy­gra­nicz­ne­go pust­ko­wia, przez któ­re pły­nę­ły te po­to­ki. Za bar­dzo przy­zwo­itą, ale nie­wy­gó­ro­wa­ną cenę. Taką, któ­ra mia­ła wzbu­dzić na­szą chci­wość albo i jed­no­cze­śnie uśpić po­dej­rze­nia…

— Evi­kiat — na­po­mnia­ła go ła­god­nie. — Skróć opo­wieść.

— Tak, pani. W cza­sie tych ne­go­cja­cji mu­sie­li­śmy wczuć się w umy­sły Wa­he­sij­czy­ków. Za­sta­na­wia­li­śmy się, dla­cze­go im tak za­le­ży na tej wo­dzie. W koń­cu sami mają dość po­to­ków i stru­mie­ni po swo­jej stro­nie gra­ni­cy. Ale oka­za­ło się, że wca­le nie cho­dzi o wodę. Ich po­szu­ki­wa­cze sre­bra na­tra­fi­li na nie­zwy­kle bo­ga­te zło­ża na wzgó­rzach przy gra­ni­cy, lecz więk­szość żyły krusz­cu leży po na­szej stro­nie. Jest tam pięć­dzie­siąt, może sto razy wię­cej sre­bra, niż chcie­li nam za­pła­cić za zie­mię.

— A co to ma wspól­ne­go z Po­mwe?

Tym ra­zem De­ana po­sta­ra­ła się, by wy­czuł w jej gło­sie znie­cier­pli­wie­nie.

— Już zmie­rzam do sed­na, pani. Cho­dzi o to, że lu­dzie czę­sto uda­ją, że chcą jed­nej rze­czy, a za­le­ży im na in­nej. Głę­biej ukry­tej. Nie­wol­ni­cy po­szli pod Po­mwe za ucie­ka­ją­cą ar­mią Ge­ghii Pół­noc­ne­go, praw­da? I jest jesz­cze spra­wa tych nie­szczę­śni­ków, któ­rych wy­mor­do­wa­no w mie­ście. Ze­msta. To oczy­wi­ste. I to wła­śnie wi­dzi­my. Zdo­by­cie Po­mwe za­opa­trzy Krwa­we­go Ka­hel­le w żyw­ność, broń i po­zwo­li mu za­ło­żyć sta­łą bazę. Zo­sta­wi tam ko­bie­ty, star­ców i dzie­ci, bę­dą­cych ob­cią­że­niem dla jego ar­mii, i ru­szy na wschód. Na nas.

— Ale my do­pad­nie­my go pod mia­stem w trak­cie ob­lę­że­nia. — Do­wód­ca Sło­wi­ków po­chy­lił się i wal­nął pię­ścią w stół.

— To wła­śnie chcą, że­by­śmy wi­dzie­li. Bo czyż Ka­hel­le nie wie, że na nie­go ru­szy­my? I czy nie zda­je so­bie do­sko­na­le spra­wy, że ostat­nia sil­na ar­mia Da­le­kie­go Po­łu­dnia to ar­mia Ko­no­we­ryn? — Wiel­ki Ko­hir wy­jął z rę­ka­wa trzcin­kę i za­czął wska­zy­wać punk­ty na ma­pie. — Ge­ghii Pół­noc­ne stra­ci­ło swo­je woj­ska, Kam­be­hia jest po­grą­żo­na w cha­osie i nie wi­dać ni­ko­go, kto mógł­by ją zjed­no­czyć. Ge­ghii Po­łu­dnio­we, Wa­he­si i Bah­da­ra ra­zem nie wy­sta­wią po­ło­wy tych sił, któ­re mamy my. Na­sze Rody Woj­ny za­wsze były sil­ne i licz­ne, mu­sia­ły ta­kie być, bo mie­li­śmy wie­lu nie­wol­ni­ków.

Obaj af’ge­mi­dzi ski­nę­li gło­wa­mi i uśmiech­nę­li się, jak­by wła­śnie usły­sze­li pięk­ny kom­ple­ment. A De­ana po raz ko­lej­ny zła­pa­ła się na tym, że nie po­tra­fi zro­zu­mieć tych męż­czyzn. Wy­wo­dzi­li się spo­śród nie­wol­nych; gdy byli ma­ły­mi dzieć­mi, od­ku­pio­no ich od wła­ści­cie­li i pod­da­no wie­lo­let­nie­mu, mor­der­cze­mu tre­nin­go­wi. Mie­li szczę­ście go prze­żyć i wejść do eli­ty wojsk Da­le­kie­go Po­łu­dnia, dzię­ki cze­mu mo­gli po­lep­szyć los swo­ich ro­dzin i swój. Ale, na Łzy Wiel­kiej Mat­ki, byli kie­dyś nie­wol­ni­ka­mi. Do li­cha, for­mal­nie na­dal nimi byli, po­zo­sta­wa­li wła­sno­ścią księ­cia, na­wet je­śli nie mu­sie­li już no­sić ob­ro­ży i niech bo­go­wie się zli­tu­ją nad tym głup­cem, któ­ry ka­zał­by im je za­ło­żyć. Lecz mimo to bez wa­ha­nia pój­dą tłu­mić bunt in­nych nie­wol­ni­ków. Jaki ro­dzaj sza­lo­nej, nie­zro­zu­mia­łej lo­jal­no­ści im za­szcze­pio­no w ahy­rah?

— To wszyst­ko już wie­my. Do cze­go zmie­rzasz, Evi­kia­cie? — za­py­ta­ła.

— Są­dzę, że Krwa­wy Ka­hel­le może zro­bić dwie rze­czy. Albo zdo­bę­dzie mia­sto, za­nim na­dej­dzie­my, ata­ku­jąc je dzień i noc, bez wy­tchnie­nia, a ma na to dość lu­dzi. Albo oto­czy je wa­ła­mi, co wła­śnie zro­bił, zo­sta­wi tam część wojsk, a z resz­tą przy­go­tu­je na nas pu­łap­kę. Tym wła­śnie jest to ob­lę­że­nie: za­sadz­ką. Więc tak czy siak szturm Po­mwe nie po­trwa mie­sią­ca, je­śli bo­wiem wy­gra­my nad­cho­dzą­cą bi­twę, Krwa­wy Ka­hel­le prze­rwie atak i uciek­nie z po­wro­tem na za­chód, mię­dzy po­ro­śnię­te la­sem wzgó­rza. A je­śli, niech nas Agar Czer­wo­ny chro­ni, prze­gra­my, bun­tow­ni­cy po pro­stu zo­sta­wią mia­sto i ru­szą na wschód, by spu­sto­szyć na­sze zie­mie i zdo­być sto­li­cę, nim resz­ta księstw ru­szy nam na po­moc. Bo kto wte­dy sta­wi im opór?

Po py­ta­niu za­pa­dła ci­sza. Obaj wo­jow­ni­cy wpa­try­wa­li się w roz­ło­żo­ną na sto­le ko­lo­ro­wą płach­tę, jak­by ta na­gle wy­plu­ła z sie­bie ro­jo­wi­sko węży. De­ana par­sk­nę­ła.

— Na­dal ich lek­ce­wa­ży­cie, co? Na­dal wi­dzi­cie przed sobą ban­dę uzbro­jo­nych w wi­dły i kosy bo­so­no­gich ob­szar­pań­ców, z ja­ki­mi Rody Woj­ny mu­sia­ły wal­czyć w cza­sie po­przed­nich bun­tów. Sam­po­re na­dal wie­rzy, że gdy jego jaz­da za­szar­żu­je, to nie­wol­ni­cy naj­pierw po­sra­ją się ze stra­chu, a póź­niej rzu­cą do pa­nicz­nej uciecz­ki.

Tyl­ko Va­ra­la skrzy­wi­ła się lek­ko, sły­sząc ten por­to­wy ję­zyk w ustach Pani Pło­mie­ni.

— A oni zro­bią tak. — De­ana unio­sła dłoń i za­ci­snę­ła ją w pięść. — I po­roz­bi­ja­cie so­bie dur­ne łby o ścia­nę pa­wę­ży, a ko­nie po­nadzie­wa­ją się na piki, któ­ry­mi nie­wol­ni­cy uczy­li się po­słu­gi­wać od lat. Pod wa­szym no­sem.

— Pani, to Trzci­ny…

— Za­milcz, Kos­se. Trzci­ny to, Trzci­ny tam­to. Sły­szę to od dwóch mie­się­cy. Trzci­ny sta­ły się dla was świet­ną wy­mów­ką. Nie prze­ko­na­cie mnie, że wa­sze Rody nie mia­ły wśród nie­wol­ni­ków wła­snych szpie­gów, choć­by po to, by pa­trzeć so­bie na­wza­jem na ręce. Wie­dzie­li­ście.

Obaj af’ge­mi­dzi na­wet nie pró­bo­wa­li za­prze­czać. Su­chi wy­tłu­ma­czył jej to kie­dyś w cza­sie jed­nej z licz­nych lek­cji na te­mat miej­sco­wych zwy­cza­jów. Po stłu­mie­niu każ­de­go bun­tu Rody Woj­ny mia­ły pra­wo sprze­dać wszyst­kich schwy­ta­nych nie­wol­ni­ków bez pła­ce­nia od­szko­do­wa­nia ich wła­ści­cie­lom. I cho­ciaż być może tyl­ko Trzci­ny zna­ły rze­czy­wi­stą ska­lę za­gro­że­nia, to z pew­no­ścią za­rów­no Sło­wi­ki, jak i Ba­wo­ły wie­dzia­ły, że coś się szy­ku­je. Ale na­wet je­śli po ahy­rach krą­ży­ły plot­ki o szy­ko­wa­nym po­wsta­niu, to ich do­wód­cy nie tyle je lek­ce­wa­ży­li, ile po pro­stu po ci­chu li­czy­li na wy­buch re­be­lii. Przy­naj­mniej co głup­si z nich. Rody Sło­wi­ka, Ba­wo­łu i Trzci­ny na­dal za­cho­wa­ły zna­ko­mi­tą spraw­ność bo­jo­wą, ale od co naj­mniej stu lat co­raz ak­tyw­niej ba­wi­ły się w po­li­ty­kę, a ich ofi­ce­ro­wie czę­ściej ubie­ra­li się w zło­to­głów i je­dwa­bie niż w zbro­je. W ta­kiej sy­tu­acji nie­trud­no prze­ce­nić wła­sne siły.

1 ... 109 110 111 112 113 114 115 116 117 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)