Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Znowu okręcił się na pięcie. Idącego kilkadziesiąt jardów za nim Provhosa Mourtzouphlosa zafascynowało nagle ogołocone z liści drzewo. Zdawał się nie zupełnie zauważać machającego doń wesoło Marka.
Z uśmiechem na twarzy trybun czuł się jakoś dziwnie, ale nie było to nieprzyjemne uczucie.
Ten dobry nastrój przeciągnął się na całe popołudnie. W odpowiedzi na jego zadowoloną minę, Iatzoulinos zdobył się na uśmiech, co było nie lada osiągnięciem. Biurokrata rozluźnił się nawet do tego stopnia, że opowiedział mu dowcip. Marek był zdumiony, bo nie przypuszczał, że Iatzoulinos zna jakieś. Co prawda, nie opowiedział go za dobrze, ale liczył się sam wysiłek.
Kolacja także wydawała mu się niezwykle smakowita. Pieczone jagnię było naprawdę jagnięciem, a nie łykowatą baraniną; groch i cebula były ugotowane dokładnie tak jak trzeba; na zewnątrz było na tyle śniegu, że oberżysta mógł na deser podać gęsty sok z lodem. I tak, kiedy Marek wrócił do swojej komnaty wkrótce po zachodzie słońca czuł, że był to najlepszy dzień ze wszystkich, które spędził w stolicy tej jesieni.
O tej porze roku wieczór zapadał dość wcześnie, ale trybunowi nie chciało się jeszcze spać. Zapalił kilka lampek, pogrzebał w swoich rzeczach aż odnalazł historię Gorgidasa i zaczął czytać. Ciekaw był, jak też Grek i Viridoviks radzą sobie na stepie. Opadły go nagle wyrzuty sumienia; prawie zupełnie o nich zapomniał, odkąd — szukał w umyśle jakiegoś bezbolesnego określenia — odkąd rzeczy się skomplikowały.
Zastanawiał się właśnie nad szczególnie złożonym i wymyślnym fragmentem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Najpierw w ogóle go nie usłyszał. Potem zaczęło przeszkadzać mu w czytaniu, więc starał się je zignorować — greka nie była łatwym językiem i musiał poświęcać jej całą swą uwagę.
— Czy ty zawsze musisz udawać, że cię nie ma? Widzę światło pod drzwiami. Skoczył na równe nogi i zwinął książkę najszybciej jak potrafił.
— Przepraszam, Nevrata, nie spodziewałem się was dzisiaj — podskoczył do drzwi i otworzył je szeroko. — Wejdźcie.
— Dziękuję ci. — Nevrata przeszła obok niego. — Do ciebie to zawsze miło zajrzeć, bo gryzipiórki dobrze ogrzewają te swoje norki.
Zdjęła z szyi gruby wełniany szalik, który nosiła zamiast swojej ulubionej jedwabnej chusty tylko ze względu na pogodę, i rozpięła ciężki, włochaty płaszcz.
Marek tego nie widział, gdyż wciąż spoglądał na pusty korytarz przed drzwiami.
— Gdzie jest Senpat? — zapytał w końcu.
— Senpat śpiewa… i pije, jak przypuszczam, w tawernie, do której razem chodzimy. Ja tym razem z nim nie poszłam.
— Ach — mruknął Skaurus, i ty był to najgrzeczniejszy dźwięk, jaki z siebie kiedykolwiek wydal. Zawahał się na moment, potem spytał: — Czy on wie, że tu jesteś?
— Nie.
To słówko zdawało się zawisnąć w powietrzu między nimi. Marek ruszył się, by zamknąć drzwi, i znowu stanął.
— Może wolałabyś, żebym zostawił je otwarte?
— Nie, zamknij.
Nevrata wyglądała na rozbawioną. Rozejrzała się po skromnej kwaterze trybuna. Zatrzymała wzrok na książce, którą z takim pośpiechem odłożył. Odwinęła ją i podniosła brew, przyglądając się dziwnemu pismu. Grecki alfabet był zupełnie niepodobny do videssańskiego czy vaspurakaner-skiego. Helvis reagowała w ten sam sposób — przypomniał sobie Marek. Zagryzł wargę — wciąż nie mógł opędzić się od wspomnień.
Wracając myślami do teraźniejszości, gestem zaprosił Nevratę, by usiadła na jedynym krześle, które miał u siebie.
— Wina? — zapytał.
Gdy przytaknęła, wyciągnął butelkę i kubek z górnej szuflady stojącej obok łóżka szafki. Nalał jej trochę, a sam usiadł na łóżku, opierając się o plecami ścianę. Znowu podniosła brwi.
— A ty sobie nie weźmiesz? Mówiłeś, że będziesz pił mniej, ale nie że zostaniesz abstynentem.
— Wypluj to słowo! — wykrzyknął. — Po prostu mam tylko jeden kubek.
Śmiech Nevraty bez reszty wypełnił mały pokoik. Napiła się, a potem podała mu kubek.
— No, to musimy się podzielić. Musnęli się palcami, gdy brał od niej wino.
— Dziękuję. Nie zamierzałem urządzać tu jakichś przyjęć.
— Właśnie widzę — powiedziała. — Nie wygląda to na komnatę prawdziwego uwodziciela.
— No i bardzo dobrze, bo ja nim nie jestem. Ponownie napełnił kubek i oddał go Nevracie. Wzięła, ale nie napiła się od razu, tylko przyglądała się naczyniu z tak ironiczną miną, że Skaurus aż się zaczerwienił.
— Nie chciałem, żeby to tak wyszło — zaprotestował.
— Wiem o tym. — Podniosła kubek do ust, by to udowodnić. Znowu podała go trybunowi, mówiąc dalej: — Marek, zawsze cię lubiłam, odkąd się tylko poznaliśmy.
— A ja ciebie i na pewno nie mniej — skinął głową. — Nie mówiąc nawet o wcześniejszych czasach. Bez was te ostatnie tygodnie byłyby… cóż, byłyby jeszcze gorsze. Wiele wam zawdzięczam.
Zbyła to machnięciem ręki.
— Nie bądź niemądry. Senpat i ja z radością zrobimy dla ciebie, co tylko będziemy mogli. Zmarszczył brwi — nie wspominała o swoim mężu, odkąd usiedli. Ale gdy zaczęli rozmawiać dalej, imię Senpata nie pojawiło się więcej i Marek czuł, że jego szanse rosną. Przypomniał sobie dowcip, który opowiedział mu Iatzoulinos. Sądząc po śmiechu Nevraty, opowiedział go lepiej niż zrobił to biurokrata.
— Och, śmieszna historyjka — powiedziała. — Zaraz, zaraz, jak to było?
Kiedy powtórzyła sobie cały żart, rozchichotała się na nowo. Jej czarne oczy iskrzyły się humorem, uśmiech był szeroki i szczery. Była jedną z tych niewielu kobiet — pomyślał Skaurus — które żywiołowa radość czyni naprawdę pięknymi.
Zgasła jedna z lampek. Trybun wstał. Wziął małą butelkę z olejem, napełnił lampkę i zapalił knot. Musiał przejść tuż bok Nevraty, by wrócić na swoje miejsce. Kiedy znalazł się przy niej, wyciągnął rękę, by pogłaskać jej ciemne kręcone włosy. Nie były tak delikatne jak to sobie wyobrażał.
Ona też wstała i odwróciła do niego twarz. Podszedł krok, by ją objąć.
— Marku — powiedziała.
Gdyby inaczej wymówiła jego imię, wziąłby ją natychmiast w ramiona. Teraz jednak skamieniał, zupełnie jakby miała na szyi głowę Meduzy. Spojrzał jej w twarz i znalazł tam tylko żal i współczucie.
— Nic z tego, prawda? — spytał smutno, choć i tak wiedział, jaka będzie odpowiedź.
— Tak — powiedziała. — Przykro mi, ale właśnie tak.
Poruszyła ręką jakby chciała położyć mu ją na ramieniu, ale zatrzymała się w pół drogi. To byłoby gorsze niż słowa.
— Powinienem był wiedzieć. — Musiał odwrócić od niej wzrok, by móc mówić dalej. — Ale zawsze byłaś taka miła, taka współczująca, że miałem nadzieję… myślałem… pozwoliłem sobie myśleć…
— Że może to być coś więcej — dokończyła za niego. Kiwnął głową, wciąż nie patrząc jej w twarz.
— Widziałam to — powiedziała. — Nie wiedziałam co zrobić, ale w końcu zdecydowałam, że musimy o tym pomówić. Ja naprawdę nie chcę nikogo poza Senpatem.
— Jesteście bardzo szczęśliwi, wy dwoje — powiedział Marek. — Myślałem o tym nieraz. — Panowanie nad własnym głosem było niczym walka po odniesieniu ciężkiej rany.