Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie rozłazi ci się w rękach — zauważył Skaurus sucho. — Gdyby było inaczej, już dawno temu ktoś by cię powiesił na swoim pasku i nie mógłbyś mnie tutaj oszukiwać. Jednak gdybym dał ci cztery, mógłbyś tak się zawstydzić tym nieuczciwym zarobkiem, że nie pisnąłbyś o tym nawet słówka, żeby tylko całe Palamas nie dowiedziało się, jaki z ciebie złodziej.
— Ja, złodziej? Próbujesz mnie tutaj obrabować, nie wyciągając nawet miecza. Po tym ile musiałem zapłacić za skórę, po tym ile włożyłem w niego pracy, odebrałbym jedzenie swoim dzieciom, gdybym sprzedał go za mniej niż siedem.
Stanęło w końcu na sześciu sztukach srebra. Marek czuł jakiś niedosyt — gdyby miał teraz serce do targowania się, mógłby dostać pasek za pięć. Wzruszył ramionami. Nie potrafił się zmusić do tego, by mu na tym zależało. Zresztą, nie zależało mu prawie na niczym.
Przynajmniej miał pas. Ten, który nosił dotychczas, był już stary i przetarty. Rozpiął go, zsunął sztylet i miecz i oparł je o nogę. Trzymając spodnie jedną ręką, wyciągnął stary i zaczął wsuwać w szlufki nowy pasek.
Grzebał się właśnie przy jednej, którą miał za plecami, kiedy jakiś wesoły głos powiedział:
— O tak, ta jest najtrudniejsza. Pamiętam, że zawsze miałem z nią kłopoty, kiedy jeszcze nosiłem spodnie.
— Nepos!
Trybun wyprostował się i natychmiast musiał złapać opadające spodnie. Okręcił się twarzą do kapłana, a sztylet i miecz z brzękiem upadły na kocie łby. Zaczerwieniony jak burak, pochylił się, by je zebrać i znowu złapał się za pasek w ostatniej chwili.
— Czekaj, pomogę ci. — Nepos podniósł nóż i miecz Skaurusa z pokrytej rozmokłym śniegiem ulicy. Zaczekał aż trybun zapiął w końcu pasek i oddał mu jego własność.
— Dziękuję — powiedział Marek sztywno.
Nie chciał mieć z nim do czynienia; nie po tym, jak upoił go swoim eliksirem i wysłuchiwał z Thorisinem i Alypią jego najintymniejszych zwierzeń. Jeśli nawet Nepos to wyczuwał, nic po sobie nie pokazał.
— Dobrze cię widzieć — powiedział. — Ostatnio trudniej cię złapać niż karalucha. Czy przemykasz się tylko po ścianach, czy też wymyśliłeś jakiś chytry sposób włażenia pod boazerię?
— Nie mam ostatnio potrzeby widywania się z kimkolwiek — odparł Marek, nie siląc się na żaden dowcip.
— No cóż, zważywszy przez co ostatnio przeszedłeś, trudno ci się dziwić.
Widząc jak nagle oblicze Rzymianina stężało, Nepos zrozumiał, że palnął gafę: — Och, drogi przyjacielu, wybacz mi, proszę.
— Pozwolisz, że już sobie pójdę — oznajmił Marek beznamiętnym głosem i z kamienną twarzą odwrócił się od kapłana.
— Zaczekaj! W imię Phosa, błagam cię.
Marek zatrzymał się niechętnie. Nepos nie należał do kapłanów, którzy szafują bez opamiętania imieniem swego boga. Kiedy już zaklinał go na Phosa, miał jakiś poważny powód, a przynajmniej tak mu się wydawało.
— Czego ode mnie chcesz? — Trybun nie potrafił ukryć swojej goryczy. — Nie wystarcza ci to, co już widziałeś?
— Mój przyjacielu… jeśli mogę cię tak jeszcze nazywać…? — Nepos czekał na jakiś znak od Skaurusa, ale trybun nawet nie drgnął. Wzdychając, kapłan mówił dalej: — Pozwól, że powiem ci, jak bardzo żałuję, iż cała sprawa właśnie tak się zakończyła. Nie mniej od Imperatora, jeśli mogę dodać.
— Dlaczego? Jemu nic się nie stało.
Nepos zmarszczył brwi, słysząc jak szorstko Marek mówi o Thorisinie, ale spokojnie kontynuował:
— Ależ tak, krzywda, którą ci wyrządził, dotknęła także i jego. Jego Wysokość miał prawo upewnić się, czy nie jesteś wmieszany w jakiś spisek przeciwko niemu, ale kiedy doszło do wgłębiania się w tak intymne szczegóły twojego prywatnego życia… — Nepos znowu się zawahał, szukając w myślach jakiegoś sposobu, by ominąć tę drażliwą kwestię. Nie znajdując niczego takiego, dokończył: — Powinien był ci przerwać.
— Ale nie przerwał — powiedział Marek znużonym głosem.
— Nie, i jak ci powiedziałem, żałuje tego. Ale wiesz jaki on jest uparty. Przypomnij sobie tylko sprawę Tarona Leimmokheira. I niełatwo jest mu się przyznać do błędu, nawet przed samym sobą. Niemniej jednak zauważ, że powierzył ci to samo odpowiedzialne stanowisko, co przed rokiem.
— Nie jest ono tak ważne, jak dowództwo nad garnizonem w Garsavrze — powiedział trybun, wciąż nie dowierzając kapłanowi.
— Nie, ale jeśli będziesz się na nim dobrze sprawował i nie dasz żadnych powodów do nowych podejrzeń, to zapewne powrócisz do swojej funkcji latem, kiedy znowu zacznie się czas wojen.
— Łatwiej ci to powiedzieć, niż Thorisinowi zrobić. Nepos znowu westchnął.
— Uparty z ciebie człowiek, Skaurus. Dam ci na koniec tylko jedną radę: sądź po czynach, a nie przed nimi.
Marek zamrugał. Przestroga Neposa mogła równie dobrze wyjść z ust jakiegoś filozofa-stoika. Kapłan skłonił się uprzejmie i odszedł. Przybladłe zimowe słońce odbijało się od jego łysej czaszki.
Skaurus zmarszczył brwi, spoglądając na oddalającą się sylwetkę duchownego. Nepos mógł go uważać za ponuraka, ale on sam był niefrasobliwy, co zapewne sprawiało, iż dobre wiadomości mnożył, a złe dzielił przez dwa. Gdyby Imperator naprawdę chciał go widzieć znowu w swoich szeregach, mógł powiadomić go o tym już dawno temu. Nie — pomyślał trybun — wciąż nie był w łaskach Imperatora — i to było właśnie zalecane przez Neposa sądzenie po czynach.
Pokręcił głową. Dzięki temu dojrzał kolejną znajomą twarz. Jak Skaurus, Provhos Mourtzouph-los był wyższy niż większość Videssańczyków i to wyróżniało go spośród tłumu wypełniającego plac Palamas.
Przystojny arystokrata także marszczył czoło. Marek zesztywniał nagle i obudziła się w nim uśpiona od długiego czasu żołnierska czujność, bo oficer obserwował Neposa. Nie było to trudne ze względu na jego niebieskie szaty i wygoloną do łysa głowę.
Potem spojrzenie Mourtzouphlosa wróciło do trybuna. Marek przechwycił je i ostentacyjnie się ukłonił. Mourtzouphlos skrzywił się, odwrócił i zaczął targować z mężczyzną niosącym wiklinowy kosz pełen krewetek.
Ciekawe — pomyślał naprawdę zaintrygowany Skaurus. Ruszył w kierunku kompleksu pałacowego. Gdzieś po minucie odwrócił się nagle, jakby czegoś zapomniał. Mourtzouphlos trzymał za ogon smażoną krewetkę, to prawda, ale nie znaczyło to, że nie może jednocześnie obserwować trybuna. Właściwie, szedł o kilka kroków za nim. Widząc, że Skaurus domyśla się co robi, zatrzymał się zmieszany i zmartwiony.
Przez moment Rzymianin był wściekły przypuszczając, że to sprawka Thorisina Gavrasa. To tyle co do optymizmu Neposa — pomyślał. Ale potem doszedł do wniosku, że Imperator nie posłużyłby się tak niezdarnym szpiegiem. Gdyby naprawdę chciał, żeby ktoś śledził jego poczynania, trybun nigdy by się o tym nie dowiedział.
W takim razie dlaczego? Jedyne co przychodziło mu do głowy to, że Mourtzouphlos był podejrzliwy i zazdrosny o jego wpływ na Imperatora, a widząc go rozmawiającego z Neposem — który na pewno należał do zaufanych ludzi Imperatora — poczuł się zaniepokojony. Ale Mourtzo-uphlos też do nich należał. Jeśli przypuszczał, że Skaurus jest jego rywalem, to było to całkiem rozsądne wytłumaczenie.
Ogrodnicy zgrabywali ostatnie suche liście jesieni z szerokich trawników otaczających budynki pałacu. Ukłonili się z szacunkiem przechodzącemu obok trybunowi. Automatycznie oddał pozdrowienie. Oczywiście, nie miało to żadnego znaczenia — ogrodnicy stali zbyt nisko w hierarchii pałacowej, by pozwolić sobie na lekceważenie kogokolwiek, nawet jeśli aktualnie popadł on w niełaskę. Z drugiej strony — pomyślał Marek — zazdrość Mourtzouphlosa o czymś świadczy i być może jest to najlepsza rzecz, jaka zdarzyła mu się w ciągu kilku ostatnich tygodni.