Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Nie zamierzam opisywać tutaj funkcjonowania współczesnego mi państwa sekularnego; tego rodzaju informacje są dostępne w wielu źródłach i mogą być ewentualnie interesujące dla kogoś, kto nie zna historii świata przed Straszliwymi Wypadkami. Jeżeli jednak jesteś z nią obeznany, zauważysz z pewnością, że późniejsze wydarzenia powtarzają tylko utarty schemat, a szczegółowy opis państwa z moich czasów przypomni ci jakiegoś jego poprzednika, mniej lub bardziej odległego w czasie, lecz pozbawionego dawnego majestatu i klarowności, typowych dla dzieł naszych przodków, którzy wszystko robili pierwszy raz i wierzyli, że osiągną coś wielkiego.
Jednakże w tym momencie muszę się w te szczegóły nieco wgłębić. Państwo sekularne w moich czasach było federacją podzieloną na jednostki polityczne, których granice w przybliżeniu pokrywały się z konturami kontynentów na Arbre. W ich obrębie można było podróżować swobodnie, ale do przekraczania granic niezbędne były dokumenty. Zdobycie ich nie przedstawiało większego problemu, pod warunkiem, że nie było się deklarantem.
Od czasów Rekonstrukcji świat matemowy istniał w całkowitym oderwaniu od systemu prawnego państwa sekularnego: państwo nie miało nad nami żadnej władzy, w żaden sposób za nas nie odpowiadało, nie prowadziło żadnej ewidencji deklarantów; nie miało prawa powoływać nas do wojska, nakładać na nas podatków, nawet przekraczać bram koncentów inaczej niż w czasie apertu. Nie mogliśmy też liczyć na jego pomoc w żadnej sprawie — poza ochroną w wypadku bezpośredniego zagrożenia najazdem tłuszczy lub wojska, a i ta forma opieki była uzależniona od jego dobrej woli. Nie zapewniało nam emerytur ani opieki zdrowotnej. I z całą pewnością nie wydawało nam żadnych dokumentów.
Spisując tę relację, uświadomiłem sobie w którymś momencie, że nie jest wykluczone, iż pewnego dnia trafi ona do rąk mieszkańców innych światów. Dlatego wyjaśnię, że my, mieszkańcy Arbre, uważaliśmy, że mamy dziesięć kontynentów, natomiast Kuzyni (czy dowolni inni goście przybywający z daleka i pierwszy raz oglądający naszą planetę) stwierdziliby zapewne, że jest ich tylko siedem — i mieliby rację. My doliczyliśmy się dziesięciu, ponieważ pierwsi nasi rachmistrzowie wyruszyli znad Morza Mórz i mogli tylko zgadywać, co znajduje się dalej niż o kilka dni drogi od jego dziwacznie ukształtowanych brzegów. Niejednokrotnie zdarzało się więc, że nadawali różne nazwy pociętym przez cieśniny i zatoki krainom, które dopiero przy dalszej (i znacznie późniejszej) eksploracji okazywały się fragmentami jednego wielkiego lądu, dochodzącego do Morza Mórz ze wszystkich stron. Zanim jednak do tego doszło, kraje te zadomowiły się w mitach i historiach pod swoimi starożytnymi nazwami i próby wyrugowania ich z kultury miały takie same szanse powodzenia, jak próba wyjęcia jednego ze słupów, na których wspierał się tum.
Z kolei w okresie Odrodzenia odkryto ląd po drugiej stronie Arbre, na antypodach Morza Mórz, i okrzyknięto go nowym kontynentem. Setki lat później okazało się jednak, że najdalej na północ wysunięte macki tego kontynentu sięgają za biegun północny i dalej na południe, aż do Morza Mórz. Nie był to więc wcale nowy ląd, lecz po prostu odgałęzienie najstarszego i najlepiej znanego kontynentu, o czym nikt nie miał pojęcia, ponieważ nawet prymitywni tubylcy zamieszkujący domy z lodu nie zapuszczali się zbyt daleko poza osiemdziesiąty równoleżnik. Chcąc zaś udowodnić, że „stary” i „nowy” ląd to jedno i to samo, należałoby dotrzeć aż na dziewięćdziesiąty stopień, do bieguna, a następnie zejść mniej więcej do osiemdziesiątego równoleżnika po drugiej stronie. Udało się tego dokonać dopiero w ostatnim stuleciu przed Straszliwymi Wypadkami, ale nic nie mogło już zmienić zakorzenionych nawyków. Dlatego ląd, na którym się w tej chwili znajdowaliśmy z Cord, Sammannem i Crade’em, oraz ziemia stanowiąca północną granicę Morza Mórz nadal były traktowane jak osobne kontynenty. Czapa lodowa dzieliła je skuteczniej niż ocean. Żaden normalny człowiek nie podróżował z jednego kontynentu na drugi lądem, przez biegun: latało się aeroplanem albo płynęło statkiem.
Tylko że, chcąc wsiąść do aeroplanu albo dostać się na statek, należało przejść przez posterunek w porcie i okazać dokumenty. Orolo, który nie miał ani dokumentów, ani nadziei na ich zdobycie, podjął jedyną logiczną decyzję: postanowił skorzystać z tego, że dwa kontynenty są w rzeczywistości jednym. Cord pierwsza skojarzyła fakty.
Nie, nie pierwsza. Druga. Pierwszy był fraa Jaad.
— Pociąg lodowy! — powiedział Sammann. — To mi zalatuje bajką dla dzieci. One naprawdę kursują?
— Przez pewien czas połączenia były zawieszone, ale ostatnio je wznowiono — odparł Crade. — Ceny metali poszły w górę. Ludzie znów przynoszą złom z Głębokich Ruin.
— W moim zakładzie produkowaliśmy kiedyś części do takich lokomotyw — powiedziała Cord. — Byliśmy najdalej na północ wysuniętą dużą halą maszyn, więc podsyłali nam sporo zleceń. Przez ponad tysiąc lat robiliśmy z nimi interesy. Musieliśmy opracować specjalne stopy metali, które nie pękałyby na mrozie.
Mówiła tak jeszcze przez minutę albo dwie; o metalach potrafiła opowiadać z takim samym zapałem jak inne dziewczyny o butach. Im dłużej Crade i Sammann jej słuchali, tym szybciej tracili zainteresowanie ideą pociągu lodowego, która w pierwszej chwili autentycznie ich zafascynowała.
Przypomniał mi się fraa Jaad w celi Orola. Obejrzał fototypy na ścianie i w pół minuty wszystko zrozumiał. Zaimponowałby każdemu, nawet człowiekowi skłonnemu przypisywać tysięcznikom zdolności nadprzyrodzone.
Musiał wiedzieć coś wcześniej.
— Te wykopaliska… — Wskazałem leżący na stole fototyp.
Wszyscy dziwnie na mnie spojrzeli. Dotarło do mnie, że musiałem przerwać Cord wywód o metalach.
(Na szpilu: ofiary krwawej jatki; ich żony, drące na sobie ubrania i tarzające się po ziemi).
— Założę się o mój ostatni batonik energetyczny, że jeśli sprawdzicie datę, okaże się, że rozpoczęto je sześćset dziewięćdziesiąt lat temu — powiedziałem.
— Czyli w roku trzytysięcznym… — powiedział Crade. — Skąd ten pomysł? Lubisz okrągłe daty?
Był to jeden z tych niezwykle rzadkich momentów, kiedy Ganelial Crade próbował zażartować, więc kierując się etykietą, uśmiechnąłem się półgębkiem, zanim mu odpowiedziałem:
— Jestem przekonany, że fraa Jaad wiedział, co jest grane; od razu rozpoznał to miejsce. Dlatego myślę, że wykopaliska zostały rozpoczęte podczas ostatniego konwoksu milenijnego. Matem tysiącletni w Sauncie Edharze na pewno wysłał na konwoks swoich delegatów, którzy usłyszeli o wykopaliskach i przynieśli nowinę z powrotem do matemu. W ten sposób dotarła w końcu do fraa Jaada.
Sammann jak zwykle chętnie wszedł w rolę adwokata diabła:
— Nie myśl, że się z tobą nie zgadzam, ale nawet jeśli masz rację, nadal wydaje mi się wątpliwe, żeby fraa Jaad po jednym spojrzeniu rozpoznał wykopaliska w Orithenie. Przecież to by mogła być dowolna dziura w ziemi. Nic nie wskazuje na Ecbę.
Do tej pory Sammann koncentrował się głównie na jednym fototypie, obejmującym całe stanowisko. Pozostałe przedstawiały zbliżenia wybranych fragmentów wykopu i wcześniej niewiele z nich wynikało. Dopiero teraz, przyglądając im się uważniej, zacząłem rozróżniać zarysy fundamentów, kikuty kolumn, fragmenty mozaik. Na jednym z kawałków podłogi kafelki układały się w taki wzór: