Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 163
Перейти на страницу:

W domu wszystko się waliło, tak, tak, a pan Lucas pasł się na tym jak kogut na śmietniku. Na miejscu potłuczonych szklanek i wazonów już nie dokupywano nowych, ale pan Lucas pokazywał się ciągle w nowych ubraniach. Pani opowiadała różności dostawcom ze sklepu i z pralni, ale on na swoje urodziny dostał pierścionek, a na Boże Narodzenie pani mu dała zegarek. Nigdy nie był smutny ani zagniewany: na ulicy Magdalena otworzyli nową restaurację, pójdziemy, skarbie? Wstawał późno i zabierał się do czytania pism w salonie. Amalia patrzyła, jak się rozsiada z nogami na kanapie, piękny, roześmiany, w szlafroku koloru wina, i nienawidziła go: pluła w jego talerz, wrzucała mu włosy do zupy, w marzeniach wpychała go pod koła pociągu.

Pewnego ranka wróciwszy ze sklepu zastała na dole panią i panienkę, były w spodniach, z torebkami; już wychodziły. Idą do tureckiej łaźni, nie wrócą na obiad, niech Amalia kupi dla pana piwa i poda mu w południe. Wyszły i zaraz potem

Amalia usłyszała kroki; już się obudził, będzie wołał o śniadanie. Weszła na górę, a pan Lucas, w marynarce i krawacie, z pośpiechem pakował swoje rzeczy do walizki. Wyjeżdża w podróż po kraju, Amalio, będzie śpiewał w teatrach, wróci w przyszły poniedziałek, i mówił tak, jakby już był w podróży i śpiewał. Daj ten liścik Hortensji, Amalio, i zaraz mi zawołaj taksówkę. Amalia patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami. Wreszcie nic nie mówiąc wyszła z pokoju. Zamówiła taksówkę, wyniosła walizkę, do widzenia, Amalio, do poniedziałku. Weszła z powrotem do domu i rozgorączkowana usiadła w salonie. Gdyby to chociaż były Simula i Carlota, kiedy będzie powtarzać pani tę wiadomość. Przez cały dzień nic nie mogła robić, tylko patrzyła na zegar i myślała. O piątej przed furtką zatrzymał się wóz panienki Quety. Zza firanki patrzyła, jak idą w stronę domu, odświeżone, odmłodniałe, jakby w tureckiej łaźni ubyło im lat, a nie kilogramów, otworzyła im drzwi i wtedy nogi się pod nią ugięły. Wejdź, kochana, powiedziała pani, napijesz się kawki, i weszły, i rzuciły torby na kanapę. No, jak tam było, Amalio. Pan wyjechał w podróż, proszę pani, i serce zaczęło jej walić, zostawił dla pani list na górze. Nie zbladła, nawet nie drgnęła. Patrzyła na nią bardzo spokojnie, bardzo poważnie, wreszcie odrobinę zadrżały jej usta. Wyjechał? Lucas wyjechał? i zanim Amalia zdążyła coś powiedzieć, odwróciła się i wbiegła na schody, a panienka Queta za nią. Amalia nadstawiła uszu. Nie płakała albo płakała całkiem cicho. Amalia usłyszała hałas, bieganinę, głos panienki: Amalio! Ubikacja była na roścież otwarta, pani siedziała na łóżku. Przecież mówił, że wróci, prawda, Amalio? i panienka piorunowała ją wzrokiem. Tak, proszę panienki, i nie śmiała spojrzeć na panią, w poniedziałek wraca, i zdała sobie sprawę, że się zająknęła. Po prostu taki skok w bok, powiedziała panienka, ma dość twoich ataków zazdrości, kochana, wróci w poniedziałek i będzie cię przepraszał. Przestań, Queta, powiedziała pani, nie udawaj idiotki. To lepiej, to świetnie, że się wyniósł, krzyknęła panienka, pozbyłaś się wampira, a pani uciszyła ją ruchem ręki: Quetita, komoda, ona sama nie śmiała spojrzeć. Zatkała, przykryła sobie usta ręką, a panienka Queta już biega i otwierała szuflady, szukała, wyrzucała na podłogę listy, buteleczki i kluczyki, Amalio, widziałaś, jak brał czerwone pudełeczko? a Amalia na czworakach zbierała to wszystko, o Jezu, ach panienko, nie widziałaś, że zabrał biżuterię pani? Nie, nie widziała, zawołają policję, nie daj mu się okradać, kochana, wsadzą go do aresztu, wszystko ci zwróci. Pani płakała i krzyczała, a panienka kazała Amalii zrobić gorącej kawy. Kiedy cała drżąca wróciła z tacką, panienka rozmawiała przez telefon: pani zna tych ludzi, madame Ivonne, niech go odnajdą, niech go złapią. Pani siedziała przez cały czas w swoim pokoju i rozmawiała z panienką, a pod wieczór przyszła madame Ivonne. Następnego dnia zjawiło się dwóch z policji, a jednym z nich był Ludovico. Udał, że nie poznaje Amalii. Obaj bez końca ją wypytywali o pana Lucasa i wreszcie uspokoili panią: odzyska swoją biżuterię, to kwestia kilku dni.

Były to smutne dni. Już przedtem sprawy nie wyglądały najlepiej, ale od tego momentu wszystko zaczęło iść coraz gorzej, tak potem myślała Amalia. Pani leżała w łóżku, blada, nieuczesana, i jadła tylko lekkie zupki. Na trzeci dzień panienka Queta odjechała. A może ja bym przyniosła mój materac do pani pokoju? Nie, Amalio, śpij u siebie, nie ma potrzeby. Ale Amalia usiadła na kanapie w salonie i owinęła się kocem. W ciemnościach czuła, jak twarz jej wilgotnieje. Nienawidziła Trinidada, Ambrosia, wszystkich. Głowa się jej kiwała i coraz to się budziła, było jej smutno, bała się i w pewnej chwili zobaczyła światło w korytarzyku. Wbiegła na górę, przyłożyła ucho do drzwi, nic nie słyszała i otworzyła. Pani, niczym nie przykryta, leżała na łóżku, oczy miała otwarte: czy pani mnie wołała? Podeszła bliżej, zobaczyła przewróconą szklankę, a pani miała oczy białkami do góry. Z krzykiem wybiegła na ulicę. Zabiła się, i nacisnęła dzwonek w sąsiednim domu, zabiła się, i waliła nogą w drzwi. Przyszedł jakiś mężczyzna w szlafroku, jakaś kobieta, policzkowali panią, uciskali jej żołądek, chcieli, żeby zwymiotowała, telefonowali. Karetka przyjechała już prawie za dnia.

Pani była tydzień w szpitalu im. biskupa Loayza. Kiedy Amalia poszła ją odwiedzić, zastała tam panienkę Quete, panienkę Lucy i panią Ivonne. Pani była blada i wychudzona, ale już spokojniejsza. O, jest moja wybawicielka, zażartowała. Jak jej powiem, że już nie mam nawet na jedzenie? myślała Amalia. Na szczęście pani sobie przypomniała: Quetita, daj jej trochę pieniędzy na życie. Tej niedzieli poszła po Ambrosia na przystanek i przyprowadziła go do domu. Już wiedział, że pani chciała się zabić, Amalio. A skąd wiedział? Bo don Fermín jej opłacił szpital. Don Fermín? Tak, dzwoniła do niego, a on, jaki szlachetny, jak się dowiedział, w jakim jest położeniu, bardzo jej współczuł i teraz jej pomaga. Położyli się w pokoju pani i Amalia dostała ataku niepohamowanego śmiechu. Więc na to były lustra, więc na to, ach, co za szelmowskie pomysły miała pani, i Ambrosio musiał ją potrząsać za ramiona, i gniewał się na nią, bardzo zły, że tak się śmieje. Już więcej nie mówił o tym, że będą mieli własny domek i że się pobiorą, ale dobrze ze sobą żyli i nigdy się nie sprzeczali. Spotkania były zawsze takie same: tramwaj, pokoik Ludovica, kino, czasem tańce. Którejś niedzieli Ambrosio wywołał awanturę w kreolskiej restauracji, w Barrios Altos, bo weszło kilku pijaków krzycząc: Niech żyje Apra! a on na to: Precz! Zbliżały się wybory i na placu San Martin były manifestacje. W śródmieściu nawywieszali pełno afiszów, jeździły wozy z głośnikami, głosuj na Prado, znasz go dobrze! mówiło radio, rozrzucano ulotki, śpiewano: Lavalle to człowiek, który kocha Peru! na melodię walca, wszędzie fotografie, a do Amalii przyczepiła się polka Naprzód, razem z Belaúnde! Apnsci wrócili, w pismach były zdjęcia Haya de la Torre, a jej się przypomniał Trinidad. Czy kochała Ambrosia? Tak, ale z nim nie było tak jak z tamtym, nie było tych cierpień ani tej radości, ani tej gorączki. Dlaczego chcesz, żeby wygrał Lavalle? pytała go, a on dlatego, że don Fermín jest za nim. Z Ambrosiem wszystko przebiegało spokojnie, jesteśmy parą przyjaciół, którzy do tego jeszcze ze sobą żyją, pomyślała kiedyś. Przez całe miesiące nie odwiedzała pani Rosario, przez całe miesiące nie widziała Gertrudis Lama ani swojej ciotki. W ciągu tygodnia skrzętnie zapamiętywała wszystko, co się zdarzało, a w niedzielę opowiadała Ambrosiowi, ale on był na to tak obojętny, że aż czasem się złościła. Co słychać u panienki Teté? A dobrze. A u pani Zoili? Dobrze. A panicz Santiago wrócił do domu? Nie. Bardzo za nim tęsknią? Tak, zwłaszcza don Fermín. No i co, i co jeszcze? A nic. Czasem, dla żartu, straszyła go: a to pójdę do pani Zoili, a to opowiem pani Hortensji o naszych sprawach. On się pienił: bo pożałujesz, bo się nigdy nie zobaczymy, jeżeli opowiesz. Po co tak ukradkiem, po co te tajemnice, czemu się tak wstydzi? Taki już z niego dziwak, taki wariat, ma swoje widzimisię. Gdyby Ambrosio umarł, tak samo byś go żałowała jak Trinidada? spytała ją kiedyś Gertrudis. Nie, płakałabym po nim, ale nie miałaby wrażenia, że świat się kończy, Gertrudis. To pewnie dlatego, że nie mieszkamy razem, myślała. Może byłoby inaczej, gdyby mu prała bieliznę, gotowała i pielęgnowała w chorobie.

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)