Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
* * *
Jawynder mieszkał w małej chatce, zbudowanej z tego, co woda wyrzuciła na brzeg jego wysepki. Wysepka tkwiła poza linią brzegową, dobre pół mili w głąb morza, jednak tak naprawdę ciągle znajdowała się pośrodku rzeki, bo Elharan wdzierała się w słone wody na odległość ponad dziesięciu mil, a czasem, po wiosennych roztopach, może i na dwadzieścia. Rzeka była prawdziwą potęgą, żywiła i poiła Ponkee-Laa, dostarczała towarów z głębi kontynentu i zabierała te, które przypłynęły morzem. Setki barek dzień w dzień sunęły w górę i w dół nurtu, przewożąc każdego roku bogactwo warte miliony orgów. Bez Elharan Ponkee-Laa byłoby co najwyżej małym portem wojennym albo przerośniętą wioską rybacką.
A jasnowidz zamieszkał w miejscu, gdzie rzeka była najpotężniejsza.
Altsin przywiązał łódkę do brzegu i wdrapał się kilkanaście stopni w górę. Wysepka była skalną ostrogą ze szczytem sięgającym dobrych trzydzieści stóp ponad poziom wody. Na górze znajdował się kawałek płaskiego, porośniętego ostrą trawą terenu i chatka. Z pociemniałych od wody desek, kawałków beczek, pali ze zniszczonego molo, fragmentów łodzi, barek i skrzyń, w których przewożono towary. Całość zadaszono płótnem żaglowym. Domostwo wyglądało tak, że Altsin zawsze miał ochotę otworzyć sakiewkę i wcisnąć Jawynderowi kilka monet w rękę.
Potem jednak przypominał sobie, ile jasnowidz brał za swoje usługi. Mieszkanie w czymś takim było raczej fanaberią niż koniecznością.
– Będziesz tak stał i gapił się, czy wejdziesz?
Złodziej nawet nie drgnął. Jawynder zawsze to robił, pozwalał gościowi gapić się na swój szałas, by nagle huknąć mu coś nad uchem. Altsin wreszcie odwrócił się i zmierzył go wzrokiem. Workowate łachmany, siwe włosy, związane kawałkiem sznurka z sieci w niechlujny kucyk, opalona na ciemny brąz twarz z dwoma jasnymi plamami zamiast tęczówek.
– Wymowne patrzenie na ślepca jest przejawem wyjątkowej głupoty albo niesamowitej uprzejmości, Altsin... – Zakryte bielmem oczy zmrużyły się kpiąco.- Próbujesz dać mi do zrozumienia, że moja prosta zabawa cię nudzi, czy też chcesz, żebym się poczuł jak ktoś normalny?
Altsin wzruszył ramionami.
– A teraz wzruszasz ramionami i unosisz oczy w górę, prawda? – Właściwie w głosie Jawyndera nie było sarkazmu, tylko coś na kształt znudzenia. W pewien sposób to jeszcze bardziej irytowało, lecz Altsin zdążył już poznać większość sztuczek starca.
– Wzruszam i unoszę – przyznał. – Mógłbym też zatańczyć, ale...
– Ale mógłbyś zemdleć z wysiłku. Po tej truciźnie, którą czuję w twoim pocie, mało kto dałby radę tak szybko stanąć na nogi. Wynająłeś dobrego uzdrowiciela.
– Nie ja. Gruby.
– Cetron? Aha. Podziękuj mu przy najbliższej okazji. Najpewniej dzięki niemu nie dołączyłeś do zacnej kompanii ślepców i kalek. Co cię do mnie sprowadza? Tylko – uniósł sękaty paluch – bez głupich gadek, że jestem jasnowidzem i mam zgadnąć.
– Sanwes nie żyje.
– Słyszałem. Wieści szybko się rozchodzą.
– Chcę się dowiedzieć czegoś o tym, kto go zabił.
– To nie będzie łatwe. Masz jakąś rzecz należącą do tego człowieka?
Altsin zabrzęczał sakiewką.
– Złoto? – Jeśli chodziło o rozpoznawanie koloru kruszcu, Jawynder także nie potrzebował wzroku.
– Ile?
– Pięć cesarskich. Są twoje, jeśli będę zadowolony. Złodziej wytrząsł monety na dłoń i podał jasnowidzowi. Ten zacisnął pięść, otworzył i pieniędzy nie było.
– Sakiewka – zażądał.
Woreczek zmienił właściciela. Jawynder wskazał chatkę.
– Wejdźmy do środka, tu jest za gorąco.
Wnętrze było chłodne i zacienione, całkiem przyjemne, choć jego wyposażenie należało określić jako więcej niż skromne. Sterta foczych futer, służąca za posłanie, i dziura w ziemi wypełniona popiołem. Przez szpary w ścianach wpadało dość światła, by nie trzeba było palić lampki. Usiedli wprost na klepisku. Jasnowidz przez chwilę obracał sakiewkę w ręku. Milczał.
– Złoto – mruknął wreszcie. – Nie do wiary, co robi z ludźmi. Chcesz wiedzieć, kim jest ten Ewennet-sek-Gres?
– Tak.
– Bzdura, chłopcze. Tego mogłeś się dowiedzieć, posłuchawszy kilku plotek w mieście. Bo on stał się ostatnio ich bardzo popularnym tematem. Młody, przystojny, odważny. Wrogowie go nienawidzą i boją się, sojusznicy dziękują bogom, że jest po ich stronie. Świetny szermierz. Pokonał Daresa Baonrego, pierwszy miecz gur-Doresów. Poeta. Jego wykpiwające przeciwników limeryki zna już pół miasta. Kochanek. Kobiety opowiadają sobie legendy o jego wyczynach w alkowie. Bogacz. Wynajmuje mały pałacyk w Wysokim Mieście, siada do gry w kości tylko wtedy, gdy na blacie leży złoto. Ubiera się u najlepszych krawców, używa najlepszej broni. Bohater. Gołymi rękami zabił mordercę nasłanego na hrabiego Terleacha. Nie powiem ci o nim nic, czego nie dowiedziałbyś się przy dzbanie wina w pierwszej lepszej karczmie.
– A ile w tym jest prawdy?
– Wszystko w tym jest prawdą. Młody baron pojawił się kilka miesięcy temu i zaczął popierać Wysserynów, z którymi ponoć jest spokrewniony. Nikt tego nie udowodni, a raczej nikt nie udowodni, że jest inaczej, bo gdy Imperium wycofywało się na wschód, wiele archiwów zostało zabranych wraz z meekhańskimi urzędnikami albo zwyczajnie spłonęło. Wysseryni jednak uznają go za swojego, a to wystarczający dowód. Jest bogaty, wykształcony, mówi kilkoma językami, zna literaturę, poezję, taniec, szermierkę. Wypisz, wymaluj syn ze starego, szlacheckiego rodu, wychowywany od dziecka przez guwernerów, uczony walki przez fechmistrzów, wytresowany do zabawy w politykę. Dokładnie kogoś takiego Wysseryni szukali.
Zakryte mlecznym oparem źrenice błądziły po twarzy złodzieja.
– Mów dalej.
– Nic więcej ci nie powiem, Altsin, bo nic więcej nie widzę. Jasnowidzenie to nie czytanie w księdze, a Mały Kamień bywa kapryśnym aspektem. A poza tym ten twój baron jest też najpewniej biegły w magii. Nic nie mów. Stracę myśl. Wiem, że nigdy nie przyłapano go na czarach, na niczym więcej niż noszenie jakiegoś talizmanu przynoszącego szczęście w miłości i takich tam bzdurach. Ale – Jawynder potrząsnął atłasowym woreczkiem – ta sakiewka została zakupiona kilka dni temu i to najpewniej przez jego sługę, monety opuściły skarbiec tuż przed tym, jak znalazły się w posiadaniu Sanwesa. On starał się nie dotykać ani sakiewki, ani złota. Nikt, kto nie zna podstawowych zasad działania aspektów odpowiadających za jasnowidzenie, nie podjąłby takich... środków zabezpieczających. Sanwes miał zginąć i baron musiał się spodziewać, że ktoś zechce zatrudnić jasnowidza, by sprawdzić ciało włamywacza i mordercy, oraz wszystko, co mogłoby zostać przy nim znalezione, także i tę sakiewkę.