Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Odpowiedziała obu krótkim skinieniem głowy i spokojnie podeszła do stołu. Szeroki, marmurowy blat podtrzymywało sześć posążków przedstawiających stające dęba konie. Przemknęło jej przez głowę, że artysta, który wyrzeźbił te zwierzęta, wart był swojej wagi w złocie.
— Gdzie Varala?
— Zaraz przyjdzie, pani. — Suchi przerwał rozkładanie mapy i skłonił głowę w geście teatralnego szacunku.
Zgrzytnęła zębami. Gdy byli sami, truciciel nazywał ją czasem dzikuską albo gdy się szczególnie zawzięcie kłócili, ciężarną tępą małpą. Za to w towarzystwie innych okazywał Deanie przesadny szacunek, akcentując jej pozycję Pani Płomieni i odgrywając całą tę komedię. Ależ ją tym irytował. A co najgorsze, najwyraźniej doskonale się przy tym bawił.
— Co wiemy?
Obaj af’gemidzi podeszli do stołu, pobrzękując zbrojami. Bawół pochylił się nad mapą niczym żelazna góra.
— Pani Płomieni, mogę mówić pierwszy?
— Tak.
— Wieści przyszły dziś rano. Kilka dni temu – tutaj informacje są sprzeczne i nie wiemy dokładnie, cztery czy pięć – armia Geghii Północnego pod dowództwem Hantara Sehrawina zaatakowała obóz Krwawego Kahelle. Mieli mnóstwo magów i spróbowali dosłownie wykurzyć niewolników z Wyżyny Halesyjskiej na równiny na wschodzie. Ogniem.
Deana skinęła głową. Zarówno Meekhańczycy, jak i Issaram cenili magię na polu bitwy, ale nigdy nie stawiali jej na pierwszym miejscu. Oparcie całej taktyki na czarach skutkowało tym, że gdy magowie się zmęczyli lub zginęli, zostawałeś z pustymi rękami naprzeciw wściekłego wroga.
Przyjrzała się mapie. Geghii Północne nie graniczyło z tą wyżyną, więc… Takie strategiczne myślenie, planowanie, przewidywanie reakcji wrogiej armii prawie jak pojedynek w ciemnym pokoju z przeciwnikiem, którego broni ani ulubionego stylu walki nie znasz. I dopiero gdy wykona ruch, gdy zaśpiewają klingi, uczysz się go i z każdym atakiem zwiększasz swoje szanse. Co książę Geghii chciał uczynić, gdyby jego plan się powiódł?
Deana postukała palcem we wschodnią część granicy między Konoweryn a Wahesi.
— Czy to znaczy, że reszta geghijskiej armii, zwłaszcza słonie, są gdzieś tutaj? U nas albo w Wahesi?
Kosse Oluwer skinął głową.
— Tak sądzimy, pani. Słonie i część konnicy oraz…
— Ile słoni?
— Pani? — Bawół zmarszczył brwi i przez chwilę widać było, jak dyscyplina walczy w nim ze zdumieniem. Jak to? Jakaś kobieta, niechby i wybranka samego Agara, wtrąca się i przerywa mu w pół zdania? Pytając o sprawy, których i tak nie zrozumie?
Drzwi otworzyły się i weszła Varala. Deana powitała ją skinieniem głowy.
— Zatrzymało cię coś ważnego?
Oluwer sapnął, teraz już wyraźnie poirytowany. W jego wyobrażeniach narady wojenne wyglądały zupełnie inaczej. Przede wszystkim nie uczestniczyły w nich baby. Żadne.
— Ta wiadomość może zaczekać. — Varala rzuciła okiem na stół i mapy. — Ominęło mnie coś?
— Pytałam, ile Geghii wystawiło słoni.
— Przez ostatnie lata utrzymywali setkę bojowych słoni — podjął z sapnięciem Bawół — ale nie sądzę, by ta wiadomość miała dla nas znaczenie, teraz, gdy reszta armii Sehrawina ledwo zipie pod Pomwe.
— Rozumiem. Jednak co te słonie i ta konnica robią w tym momencie?
Suchi obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Drań wiedział już, co znaczy ta subtelna zmiana w jej głosie. Ale dowódca Bawołów nie znał jej tak dobrze, więc pozwolił sobie na grymas irytacji i z wyraźnym zniecierpliwieniem zaczął tłumaczyć:
— Zapewne ruszyli naprzód w chwili ataku, gotowi zmiażdżyć uciekających z lasu buntowników, ale spotkało ich rozczarowanie. Po całonocnej bitwie główne siły Geghii zostały rozbite i zdziesiątkowane. A słonie i kawaleria zawróciły i zapadły w dżungli gdzieś tutaj. — Postukał palcem w miejsce, które wcześniej wskazała. — Przy granicy. Nie są w tej chwili ważni.
— Nieważni…
Tym razem i Varala, i Evikiat spojrzeli na nią uważnie. Suchi uśmiechał się tylko złośliwie.
— Nieważni, mówisz — powtórzyła, jeżdżąc palcem po mapie. — W naszej armii każdemu słoniowi towarzyszy od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu nuawachi. Osłaniają go przed atakami lekkiej piechoty, łuczników, oszczepników i procarzy. Dobrze mówię?
Wielki wojownik pochylił głowę. Chyba właśnie dotarło do niego, że ma kłopoty. Deana kontynuowała:
— Mówisz i myślisz jak żołnierz, Kosse Oluwerze. Jak dowódca, który ma przed sobą jedno główne zadanie i skupia się tylko na nim. Tak myślą niektórzy mężczyźni i nie ma w tym nic złego. Ale przestań na chwilę być af’gemidem Bawołów i spróbuj pomyśleć jak władca księstwa. Więc, wracając do liczenia, sto słoni to co najmniej pięć tysięcy lekkiej piechoty. A kawaleria? Jego wysokość Hantar Sehrawin nie zabrałby do ataku na obóz niewolników byle czego. Poszedł w te lasy z elitą, a za sobą zostawił oddziały mniej wartościowe. Do dorzynania uciekającego wroga wyznacza się zazwyczaj zawodowych rzeźników, prawda? Najemników, którzy lubią takie rzeczy bardziej niż walne bitwy i których nie żal, gdy wpadną w pułapkę. Ilu ich tam zostawił? Sądzę, że też niemało, w końcu spodziewał się tysięcy uciekających z lasu niewolników. Myślę zatem, że co najmniej tyle samo co nuawachi. A więc na naszej granicy czai się dziesięciotysięczna armia, której połowę stanowią najemnicy. Gdy usłyszą o klęsce swojego pana, jak szybko dojdą do wniosku, że można pohasać sobie po bezbronnym kraju? Bo przecież teraz nie dostaną żołdu. Więc oprócz buntu niewolników będziemy wkrótce mieli na głowie armię bandytów, którzy spustoszą nasze pogranicze, po czym uciekną do Wahesi albo Geghii. A ty mówisz, że oni są nieważni.