Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Teraz – wyszeptał Lan.
Lord Agelmar także to dostrzegł. Zagrały rogi, a ku niebu poszybowało żółte pasmo. Lan zawrócił Mandarba. Koń zarżał. Był zmęczony, podobnie jak Lan. Obydwaj musieli poradzić sobie z kolejną bitwą. Musieli.
– Tai’shar Malkier! – zawył Lan, opuszczając miecz i prowadząc swoją armię z powrotem na pole walki. Wszystkie pięć armii Ziem Granicznych ruszyło na rozproszoną hordę Pomiotu Cienia. Trolloki zupełnie rozerwały szyki, by zająć się ciałami poległych.
Kiedy Lan z hukiem nadjeżdżał w ich stronę, słyszał wrzaski Myrddraali, które próbowały na powrót uformować szyki Trolloków. Było jednak na to za późno. Wiele z wygłodzonych bestii nawet nie podniosło oczu aż do chwili, gdy wojska były tuż-tuż.
Atak wojsk Lana tym razem przyniósł zupełnie inny efekt. Wcześniej ich szarża została spowolniona przez znajdujące się bliżej oddziały Trolloków i już po kilkunastu krokach ludzie Lana zmuszeni byli walczyć mieczami i siekierami. Tym razem stwory były rozproszone. Lan dał znak, by pierwsi uderzyli Shienaranie. Linia bojowa, którą uformowali, była tak ściśnięta, że ktoś musiałby mocno napierać, by znaleźć choćby niewielki odstęp pomiędzy końmi.
Nie zostawiono miejsca na to, by Trolloki mogły uciec lub zrobić unik. Jeźdźcy tratowali je z grzmotem kopyt i brzękiem metalowych zbroi, które osłaniały konie, przeszywając Trolloki lancami, strzelając z łuku i zadając ciosy oburęcznymi mieczami. Wydawało się, że noszących odkryte z przodu hełmy i zbroje zrobione z płaskich części Shienaran cechuje na polu walki szczególne okrucieństwo.
Za nimi podążał ze swą kawalerią Lan, przemierzający pole walki, by zabijać te Trolloki, które przetrwały początkowy szturm. Kiedy przeszli, Shienaranie zgromadzili się po prawej stronie, by ponownie ruszyć, a za ich plecami, wycinając Pomiot Cienia, walczyli Arafelianie, którzy usiłowali sformować szyk. Po nich nadeszli falą Saldaeanie, idący śladem Malkierczyków, zaś z drugiej strony wymiatali wroga Kandorczycy.
Lan, spocony, z bolącym od miecza ramieniem, przygotował się ponownie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że sztandar Malkieru dźwigał sam książę Kaisel. Chłopak był młody, ale miał serce pełne honoru. Choć był trochę zwariowany, jeśli chodzi o kobiety.
„Światłości, ale czyż wszyscy nie jesteśmy głupi, w taki czy inny sposób?” – pomyślał Lan. Dzięki więzi strażnika wyczuwał emocje znajdującej się daleko Nynaeve, i zadowalały go one. Ze względu na odległość nie mógł wyczuć wiele, lecz Nynaeve wydawała się stała w uczuciach.
Kiedy Lan rozpoczął kolejny atak, grunt pod stopami jego ludzi zaczął eksplodować. Władcy Strachu zdali sobie wreszcie sprawę, co się działo, i zaczęli powracać ku głównym liniom walki. Lan ominął na grzbiecie Mandarba krater, który powstał tuż przed nim, a ziemia rozprysnęła się, trafiając go w klatkę piersiową. Pojawienie się Władców Strachu było dla Lana sygnałem, by zaprzestać ataków. Jego plan polegał na szybkiej szarży, mocnym uderzeniu i wycofaniu się. Aby pokonać Władców Strachu, Lan musiałby zaangażować przenoszących, a nie chciał tego robić.
– Krew i krwawe popioły! – zaklął Deepe, kiedy Lan ominął następną eksplozję. – Lordzie Mandragoran!
Lan obejrzał się. Deepe spowolnił konia.
– Nie przystawaj – rzekł Lan, ściągając cugle Mandarba. Dał sygnał swoim żołnierzom, by jechali dalej, choć książę Kaisel i strażnik Lana zatrzymali się wraz nim.
– Światłości – powiedział Deepe, koncentrując się.
Lan obserwował scenę. Wokół nich leżały martwe lub umierające Trolloki, wyjąc albo jęcząc. Po lewej stronie duża grupa Pomiotu Cienia próbowała poniewczasie uformować szyk. Szybko udałoby im się to zrobić, a gdyby Lan i inni nie ruszyli się, Pomiot Cienia byłby na polu walki sam.
Deepe utkwił wzrok w figurze, która stała na szczycie czegoś, co wydawało się machiną oblężniczą. Miało płaską podstawę i około dwudziestu stóp wysokości. Machina miała ogromne drewniane koła i pchała ją do przodu grupa Trolloków. Tak, na szczycie ktoś stał, a nawet kilku. W kierunku nadjeżdżających Pograniczników potoczyły się ogniste kule, a z nieba spłynęła błyskawica. Lan poczuł się nagle jak cel na łuczniczym polu ćwiczebnym.
– Deepe!
– To M’Hael! – wyjaśnił Deepe.
Taima z wrogą armią nie było przez ostatni tydzień, ale teraz wyglądało na to, że powrócił. Nie można było stwierdzić tego na pewno z powodu odległości, ale po sposobie, w jaki ciskał splotami, znać było, że jest na coś zły.
– Ruszajmy! – wrzasnął Lan.
– Mógłbym go dostać – powiedział Deepe. – Mógłbym…
Lan ujrzał błysk światła, a Mandarb nagle zarżał. Lan zaklął, próbując mrugnięciem zlikwidować powidok. Coś złego działo się z jego oczami.
Mandarb podskoczył i wierzgnął, trzęsąc się. Potrzeba było wiele, by go przestraszyć, lecz grom w takiej bliskości przeraziłby każdego konia. Drugi rozbłysk pioruna zrzucił Lana na ziemię. Upadł, charcząc, ale w głębi duszy wiedział, co powinien czynić. Kiedy się pozbierał, od razu powstał na nogi z mieczem w dłoni. Czuł zawroty głowy. Jęknął, zataczając się. Pochwyciły go czyjeś ręce i z powrotem znalazł się w siodle.
Książę Kaisel z zakrwawioną twarzą trzymał cugle Mandarba. Strażnik upewnił się, że Lan siedzi pewnie w siodle i ruszyli.
Kiedy uciekali, Lan dostrzegł na ziemi rozszarpane ciało Deepe.
17
Starszy, bardziej zmęczony.
– Okazało się to bezowocne, Wasza Wysokość. – Głos mówiący te słowa wyrwał Mata z drzemki. Coś kłuło go w twarz. Ten materac był absolutnie najgorszy, na jakim Mat kiedykolwiek spał. Postanowił wyrzucić oberżystę, jak tylko dostanie z powrotem swoje pieniądze.
– Bardzo trudno jest wytropić zamachowca – kontynuował ten sam denerwujący głos. – Ludzie, których mijał, nie pamiętają go. Jeśli Książę Kruków wie, jak to zrobić, bardzo chciałbym tego posłuchać.
Dlaczego oberżysta pozwolił, by ci ludzie znaleźli się w jego pokoju? Pomału odzyskiwał świadomość, pozostawiając cudowny sen o Tuon i braku zmartwień. Otworzył zapuchnięte oko i popatrzył na zachmurzone niebo. W żadnym razie nie było ono sufitem w karczmie.
„Krwawe popioły” – pomyślał Mat, jęknąwszy. On i Tuon zasnęli w pałacowych ogrodach. Wstał i zorientował się, że nie ma na sobie nic poza chustką zawiązaną wokół szyi. Ubrania jego i Tuon leżały porozrzucane na ziemi. Mat spał zaś z twarzą w grządkach chwastów.
Tuon siedziała obok niego, ignorując fakt, iż jest kompletnie naga. Rozmawiała z członkiem Straży Skazańców. Musenge klęczał na jednym kolanie z pochyloną głową i twarzą skierowaną ku ziemi. Zupełnie nieruchomo!
– Światłości! – rzucił Mat, sięgając po swe odzienie. Tuon siedziała na jego koszuli i posłała mu niezadowolone spojrzenie, gdy usiłował wyszarpać spod niej odzienie.
– Wielmożny – rzekł strażnik, wciąż nie podnosząc wzroku. – Bądź pozdrowiony po przebudzeniu.
– Tuon, dlaczego tutaj siedzisz? – chciał wiedzieć Mat, wydobywając w końcu koszulę spod jej kuszącego tyłeczka.
– Jako mój małżonek – rzekła surowo Tuon – możesz zwracać się do mnie Fortuona albo Jej Wysokość. Nie chciałabym skrócić cię o głowę, zanim dasz mi potomka, ponieważ zaczynam cię lubić. Jeśli zaś chodzi o tego żołnierza, należy do Straży Skazańców. Ich zadaniem jest strzeżenie mnie przez cały czas. Towarzyszą mi nawet podczas kąpieli. To ich obowiązek, a ich wzrok jest odwrócony.
Mat zaczął się pośpiesznie ubierać.
Tuon także zaczęła wkładać odzienie, ale niezbyt pośpiesznie, jak na gust Mata. Nie myślał o strażniku pożerającym wzrokiem jego żonę. Miejsce, gdzie spali, było otoczone małymi, błękitnymi jodłami – tutaj, na południu, była to rzadkość. Jodły sadzono prawdopodobnie ze względu na to, że były egzotyczne. Choć igły już brązowiały, drzewa oferowały nieco prywatności. Za jodłami znajdował się rząd posadzonych kołem innych drzew – brzoskwiń, jak sądził Mat, ale trudno było to stwierdzić, nie popatrzywszy na liście.