Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Widzicie? — powiedział. — Powinienem był jednak zostać minstrelem. Nevrata prychnęła tylko, dając w ten sposób do zrozumienia, co o tym myśli.
— Schowaj pieniądze do sakiewki — powiedziała. — Będziesz potrzebował czapki, bo znowu zaczęło padać.
— A kiedy tu w ogóle przestaje padać?
Senpat wysypał pieniądze na stół. Kilka monet stoczyło się na podłogę.
— Zostaw — powiedział, kiedy Nevrata zaczęła je zbierać. — Ci od sprzątania będą mieli niespodziankę.
Schował pandourę do pokrowca z miękko wyprawionej skóry i spojrzał na Marka.
— Będzie jej bardziej sucho niż tobie bez czapki.
— Bardziej niż komukolwiek z nas.
Zdawało mu się, że ta odpowiedź zabrzmiała jakoś płasko, ale wystarczyła. Niekiedy lakoniczność bywa najlepszym wyjściem.
— Czasami wydaje mi się, że bardziej dbasz o tę swoją zabawkę niż o mnie — powiedziała Nevrata, żartując sobie z niego jak zawsze.
— Czemu nie? — odgryzał się Senpat. — Ty możesz zadbać o siebie sama.
— Cieszę się, że tak myślisz.
Odpowiedź Nevraty była na tyle zgryźliwa, że Marek odwrócił się do niej, zastanawiając się, czy może była też przeznaczona dla niego. Senpat tylko zachichotał, mówiąc:
— A to języczek, istna żmijka.
Zaczął bić dokoła rękoma, jakby odganiając węża. Nevrata udała, że rzuca w niego talerzem, ale śmiała się głośno. Marek też nie mógł powstrzymać uśmiechu — Senpat był niepoprawny.
Vaspurakaner przerzucił pandourę przez ramię i naciągnął na głowę czapkę, najmocniej jak potrafił. Ruszył do drzwi, zaraz za nim Nevrata. Skaurus trzymał się nieco bardziej z tyłu. Przez moment zastanawiał się, czy nie zostać w tawernie dopóki nie przestanie padać, ale to mogłoby zająć kilka dni. Poza tym, jak powiedział Nevracie, po pewnym czasie pił tylko dla upicia się, nie dla przyjemności. Za dobrze siebie znał, by udawać, że tego nie widzi.
Jakiś Videssańczyk próbował przyciągnąć do siebie Nevratę. Wyśliznęła się, wyrwała mu z ręki kubek z winem i wylała mu je na głowę.
— Daj spokój — powiedziała, kiedy Senpat obrócił się gwałtownie sięgając po nóż. — Potrafię sama o siebie zadbać.
— Widzę właśnie.
Pozostał jednak czujny, obawiając się, że facet może nie poprzestać na tym. Marek przepchał się przez tłum, żeby im pomóc w razie potrzeby.
Videssańczyk krztusił się i przeklinał, ale jego kumpel stojący obok burknął: — Uspokój się, durniu. Należało ci się. Nie będziesz się więcej dobierał do czyjejś kobiety.
Przemoczony mężczyzna rozejrzał się dokoła szukając poparcia, ale nikt nie kwapił się z pomocą. Dzięki swojej muzyce, Senpat był bohaterem tego wieczora, mimo że i on, i jego żona i byli cudzoziemcami.
Marek wciągnął w płuca zimne, wilgotne powietrze i od razu pożałował, że wyszedł z tawerny. Postawił kołnierz płaszcza, by choć trochę osłonić się przed deszczem i schował głowę w ramiona, spuszczając wzrok na czyhające w dole kałuże. Deszcz i tak bezlitośnie siekł go po twarzy.
Senpat i Nevrata z chlupotem maszerowali obok niego. Oni też mieli spuszczone głowy. Skaurus co chwila spoglądał na Nevratę. Przeklął sam siebie pod nosem i pomyślał, że mężczyzna w tawernie, który zrugał pechowego podrywacza, mógł równie dobrze mówić do niego.
Z drugiej strony, Nevrata nie wylała na niego wina. Nagle zdał sobie sprawę, w jakim stanie musi się znajdować, skoro tak niewielka rzecz wzbudzała w nim jakieś nadzieje.
Deszcz zamienił się w mokry śnieg. Ociekający wodą posłaniec przyniósł wiadomość do biura trybuna.
— Trochę tu ładniej niż w Garsavrze — powiedział, wręczając Skaurusowi pergamin.
— Hmm? Och, tak.
Marek nie zauważył, że był to ten sam człowiek, który przywiózł mu od Thorisina rozkaz powrotu do stolicy.
Złamał pieczęć, czując jednocześnie dotkliwą samotność i radość, gdy jego oczom ukazały się kanciaste łacińskie litery, a nie wężowate pismo Videssańczyków. Jak zawsze, wiadomości od Gaju-sza Filipusa były samą esencją rzeczy — pisanie było dla niego zbyt dużym wysiłkiem, by marnować wiele słów: „Miejscowi spłaceni, mało nie umarli ze zdziwienia. Gdzie nasze pieniądze?”.
Trybun zapisał to w widocznym miejscu, by zaraz nie zapomnieć. Kiedy podniósł wzrok, kurier wciąż tam stał.
— Tak?
Mężczyzna drobił w zakłopotaniu nogami. W butach chlupotała mu woda.
— Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, poczęstowałeś mnie gorącym winem.
— O przepraszam.
Marek się zaczerwienił. Zajął się teraz jeźdźcem, jeszcze raz przepraszając go za tę nieuprzej-mość. Wcale nie zrobił tego ze względu na jakąś niechęć do tego człowieka, który wysłał go w tę katastrofalną podróż. Po prostu nie pomyślał, co w pewnym sensie było jeszcze gorsze.
Udobruchany kurier pozdrowił go, jeszcze zanim ruszył w dalszą drogę. Skaurus, którego wciąż dręczyły lekkie wyrzuty sumienia, wykorzystał inną szansę, by wykazać się dobrymi manierami.
— Dowiedziałem się właśnie, że wysłałeś Garsvranom pieniądze, które był im winien skarb — powiedział do Iatzoulinosa. — Chciałbym ci podziękować, że tak szybko to załatwiłeś.
— Kiedy tylko zaznaczyłeś, jak pilna jest to sprawa, uczyniłem wszystko co w mojej mocy, by zadośćuczynić twojej prośbie, panie — powiedział biurokrata.
„A co miałem robić, kiedy stałeś mi nad głową?”, mówiły jego oczy z lekką pogardą. Marek ściągnął usta, rozzłoszczony tym, że jego uprzejmość została wzięta za oznakę słabości. Głos trybuna stwardniał.
— Mam nadzieję, że będziesz równie skrupulatny w dopilnowaniu tego, by pieniądze dla garnizonu w Garsavrze, garnizonu moich rodaków, zostały wypłacone w porę.
— Dokumenty związane z wydatkami na wojsko znajdują się w zupełnie innym dziale — ostrzegł go Iatzoulinos. — W wyniku polityki prowadzonej przez obecny rząd, dokonano tak wielu transferów funduszy, że nie mogę do końca zapewnić, czy ta prośba zostanie zrealizowana równie szybko jak poprzednia.
Inspekcje, które trybun przeprowadzał w kancelarii, szczególnie ta obecna, pozwoliły mu zrozumieć, jak dla urzędników spędzających tu niemal całe swoje życie, księgi stawały się bardziej realne od ludzi, których czyny i potrzeby w tychże spisywali. Gajusz Filipus miałby na ten temat inne zdanie — pomyślał. Głośno zaś powiedział:
— Garsavra jest bardzo ważnym punktem, ze względu na zagrożenie atakiem Yezda. Imperator nie byłby zadowolony, słysząc o jakimś poruszeniu wśród tamtejszych żołnierzy. Jak ci już mówiłem, jestem jednym z nich i znam ich bardzo dobrze. Obecny dowódca tego garnizonu to człowiek, z którym nie warto zadzierać.
— Zastosuję wszelkie dostępne mi środki — powiedział Iatzoulinos posępnie.
— Cieszę się. Jeśli będziesz pracował nad tym z takim zapałem, jak w sprawie Garsavran, to jestem pewien, że Rzymianie wkrótce otrzymają swoje pieniądze.
Marek pożegnał biurokratę przyjacielskim skinieniem głowy i powrócił do swojego biurka. Lekki uśmiech przemknął po szczupłej twarzy Iatzoulinosa, co pozwoliło trybunowi wierzyć, że jego ostrzeżenie dotarło gdzie trzeba, nie wywołując jednocześnie niepotrzebnych urazów.
Pomimo przygnębienia, nagle sam się uśmiechnął. Iatzoulinos może uważać go za upierdliwego natręta, ale przy pierwszym spotkaniu z Gajuszem Filipusem uciekłby z krzykiem.
— Trzy sztuki srebra? — Sprzedawca spojrzał na niego z oburzeniem. — To świetny pas, cudzoziemcze. Widzisz, jakie I wykończenie? Jaka świetna skóra? Jaki jest silny? — Szarpnął nim mocno.