Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
(Na szpilu: stary dom wylatuje w powietrze; ludzie wiwatują).
— Skoro już o tym mowa… Fraa Jaad dopilnował, żeby trafiły w moje ręce — przyznałem.
Z kieszeni na piersi wyjąłem poskładane fototypy przedstawiające wielką dziurę w ziemi i rozłożyłem je na stole. Trzy głowy pochyliły się nad nimi. Nawet Ganelial Crade, który debatując przez piszczek, spacerował w tę i z powrotem, zwolnił na chwilę i zerknął z zaciekawieniem.
— Wygląda jak kopalnia — stwierdził, żeby zaznaczyć swoją obecność. Nie sprawiał wrażenia, jakby rozpoznawał miejsce przedstawione na fototypach. — Gdzieś w tundrze.
— Słońce świeci prawie pionowo w dół — zauważyłem.
— Co z tego?
— To nie może być zbyt daleko od równika.
Teraz to Crade się zawstydził. Odwrócił się do nas plecami, udając bez reszty pochłoniętego rozmową przez piszczek.
(Na szpilu: fototypy uprowadzonego dziecka, niewyraźne ujęcia przedstawiające moment wyprowadzenia dzieciaka z kasyna przez mężczyznę w kapeluszu z szerokim rondem).
— Tak się zastanawiałem… — Zwróciłem się do Sammanna. — Czy mógłbyś rozejrzeć się po świecie za pomocą swojego piszczka i poszukać podobnego miejsca? Wiem, że to jak szukanie igły w stogu siana, ale gdybyśmy podeszli do sprawy systematycznie, pracowali w systemie zmianowym i poświęcili dostatecznie dużo czasu…
Ita zareagował na moją propozycję z podobnym entuzjazmem, jak ja na sugestię Crade’a, że dziura w ziemi znajduje się w tundrze. Przeniósł piszczek nad leżący na stole obraz i zrobił fototyp fototypu. Przez chwilę bawił się piszczkiem, a potem pokazał mi, co urządzenie wyświetliło: inny obraz tej samej dziury w ziemi, z tą tylko różnicą, że przekazywany na żywo przez Retikulum.
— Znalazłeś… — stwierdziłem.
Zależało mi na tym, żeby się nie spieszyć i dobrze zrozumieć, co się właściwie dzieje.
— Nie ja, tylko dostępny w Retikulum program syntaktyczny — poprawił mnie Sammann. — To daleko stąd. Na wyspie na Morzu Mórz.
— Możesz mi powiedzieć, jak nazywa się ta wyspa?
— Ecba.
— Ecba?! — wykrzyknąłem.
— A można się zorientować, co to właściwie jest? — zainteresowała się Cord.
Sammann zrobił zbliżenie, ale ja go właściwie nie potrzebowałem. Wiedząc, że chodzi o Ecbę, przestałem widzieć na fototypach kopalnię odkrywkową. Nie dało się wprawdzie ukryć, że jest to wykop, otoczony wałem usypanym z wybranej ze środka ziemi, że spiralna rampa schodzi po jego ścianie na samo dno, okolica jednak był zbyt schludna jak na kopalnię. W dodatku płaskie dno wykopu było pocięte równą siatką prostopadłych linii.
— Stanowisko archeologiczne — odparłem. — Bardzo duże.
— Czego można szukać na Ecbie? — spytała Cord.
— Mogę sprawdzić — zaproponował Sammann.
— Nie, zaczekaj… — poprosiłem. — Cofnij. Zmniejsz powiększenie. Jeszcze…
Stanowisko rysowało się jasną blizną kilka mil na południowy wschód od ogromnej samotnej góry wyrastającej wprost z pomarszczonego morza. W jej górnych partiach zalegały płaty śniegu, ale na samym wierzchołku ziało wgłębienie, jakby ktoś wybrał szczyt wielką łychą. Kaldera.
— Orithena — stwierdziłem.
— Ta góra? — spytała Cord.
— Nie, wykopaliska. Ktoś chce odkopać Orithenę, świątynię pogrzebaną przez wybuch wulkanu w minus dwa tysiące sześćset dwudziestym pierwszym.
— Kto i po co miałby to robić?
Sammann powiększył obraz. Wiedziałem, czego szukać, więc tym razem bez trudu rozpoznałem otaczający stanowisko mur, w którym w jednym miejscu znajdowała się brama. Za murem przy prostokątnym dziedzińcu — klauzurze — stało kilkanaście budynków. Jeden z nich był zwieńczony wieżą.
— To matem — powiedziałem. — Teraz sobie przypominam… Ktoś mi kiedyś opowiadał, pewnie Arsibalt, że jakiś zakon przeniósł się na Ecbę i postanowił dokopać się do Oritheny. Wtedy myślałem, że chodzi o grupkę nieszkodliwych dziwaków z łopatami i taczkami.
— Nie widzę tam ciężkiego sprzętu — zauważył Crade. — Ale nawet paru zapaleńców ze szpadlami mogłoby coś takiego wykopać. To tylko kwestia czasu.
Rozdrażnił mnie, bo sam powinienem był na to wpaść: jakkolwiek by na to patrzeć, nasz tum został zbudowany w taki właśnie sposób. Crade miał rację, a mnie nie pozostało nic innego, jak z zapałem mu przytaknąć, żeby nie wdawał się w dalsze wyjaśnienia.
— Bardzo to wszystko interesujące… — przyznał Sammann. — Ale to najpewniej ślepy zaułek.
— Zgadzam się — przytaknąłem.
Ecba znajdowała się na innym kontynencie — a dokładniej na wyspie na Morzu Mórz, otoczonym przez cztery kontynenty i położonym na drugim końcu świata.
— Orola nie ma w tych górach — obwieścił Ganelial Crade, chowając piszczek do kieszeni. — Był tutaj, ale się nie zatrzymał.
(Na szpilu: dwoje pięknych ludzi bierze ślub).
— Skąd wiesz? — zapytał Sammann.
Ucieszyłem się. Crade był tak pewny siebie, że zadawanie mu nawet najprostszych pytań kosztowało mnie wiele wysiłku. Co innego Sammann: on zdaje się czerpał z tego perwersyjną przyjemność.
Crade połknął haczyk.
— Ktoś z Sambie podrzucił go tutaj. Przedostatnią noc Orolo spędził w aporcie mojego kuzyna, parę mil stąd.
— W aporcie? — zdziwił się Sammann. — Twój kuzyn nie ma wolnego łóżka?
— Yulassetar dużo podróżuje. Aport ma przytulniejszy niż dom.
— Powiedziałeś, że to było dwie noce temu? — upewniłem się. — Nie wiedziałem, że depczemy mu po piętach!
— Ale ucieka nam z każdą chwilą… Wczoraj rano Yulassetar pomógł mu zrobić zakupy, a potem Orolo złapał jakiś jadący na północ drumon.
— Jakie zakupy? — wtrąciła Cord.
— Ciepłe ubrania. Jak najcieplejsze. A na tym Yul świetnie się zna, bo z tego żyje. Jestem pewien, że właśnie dlatego Orolo odszukał go w Norslofie.
— Ale dlaczego pojechał na północ? — Nie rozumiałem. — Przecież tam nic nie ma, prawda?
Sammann zabrał mi mapomat (miał większy ekran niż jego piszczek), zmniejszył powiększenie i przesunął obraz na północ i wschód.
— Prawie nic… Tajga, tundra, a dalej lód aż do samego bieguna. Gospodarka… Plantacje drzew paliwowych przez pierwsze dwieście mil, a dalej już tylko nieliczne placówki ekstrakcji zasobów.
Obraz na wyświetlaczu mapomatu przeczył jego słowom: okolice podbiegunowe pokrywała gęsta sieć dróg zbiegających się w nazwanych węzłach, z których wiele było okolonych koncentrycznymi kręgami obwodnic. Wszystko to jednak narysowano bladobrązowym kolorem, zarezerwowanym na mapach dla ruin.
(Na szpilu: wystrzelenie rakiety, która w chmurze ognia wzbija się nad równikowym bagnem).
— Orolo wybiera się na Ecbę! — stwierdziła Cord.
— Co ty wygadujesz? — zdziwił się Crade.
— Ecba to inny kontynent — zawtórowałem mu. — Musiałby polecieć.
— Chce przejechać przez biegun — wyjaśniła Cord. — Jedzie do portu kolei lodowej w Osiemdziesiątym Trzecim Północnym.
Przyzwyczailiśmy się myśleć o państwie sekularnym w taki sposób, jakby na przestrzeni dziejów nie ulegało żadnym zmianom. Niektórym statystom mogłoby się to wydać nadmiernym uproszczeniem, może nawet uwłaczającym ich inteligencji, chociaż postępowali dokładnie tak samo, kiedy mówili o „Najwyższych”. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego uproszczenia, ale było dla nas wygodne i użyteczne. Bez względu na to, jakie cesarstwo, republika, tyrania, papiestwo, anarchia czy wyludnione pustkowie rozciągało się w danym momencie za murami matemu, nadawaliśmy mu etykietkę i mogliśmy o nim dyskutować.