Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 173
Перейти на страницу:

– Na­lej mi też – po­pro­sił.

– Nie ma mowy, je­śli wy­pi­jesz choć tro­chę, za­śniesz i mo­żesz już się nie obu­dzić. Przez naj­bliż­sze dwa dni bę­dziesz do­sta­wał tyl­ko na­par z ziół. Dużo na­pa­ru z ziół.

Zło­dziej pod­niósł się wy­żej na po­dusz­kach.

– Co za­mie­rzasz z tym zro­bić?

– Nic. – Ce­tron opróż­nił ku­bek jed­nym hau­stem, na­lał so­bie po­now­nie i usiadł. – Nic nie mogę zro­bić.

– Nic? – Alt­sin sta­rał się mó­wić ci­cho. – San­wes był jed­nym z nas. Pła­cił ci za ochro­nę.

– Pła­cił, a ja wy­peł­ni­łem swo­ją część. Wy­sła­łem cie­bie, że­byś za­brał go z mia­sta. Ża­den z was nie wy­peł­nił mo­je­go po­le­ce­nia.

– Ten skur­wy­syn wy­ko­rzy­stał go i za­bił.

– Pa­mię­tasz, co kie­dyś po­wie­dzia­łeś? Jak masz wię­cej niż dwa­na­ście lat i ktoś cię wy­ru­cha, to zna­czy, że sam nad­sta­wi­łeś tył­ka. Je­śli San­wes pod­jął się tego za­da­nia, mimo iż za­ba­wiał pod­sta­rza­łe da­mul­ki w Wy­so­kim Mie­ście i mu­siał wie­dzieć, co się tam dzie­je, to zna­czy, że na­praw­dę był głup­szy niż becz­ka ze­psu­tych śle­dzi.

– Je­steś nam... – Zło­dziej nie do­koń­czył.

– Milcz, gów­nia­rzu! – Ce­tron wal­nął kub­kiem o blat, aż wino chlu­snę­ło na wszyst­kie stro­ny. – Nic wam nie je­stem wi­nien! San­wes miał wy­je­chać z mia­sta i ko­niec. Zła­mał mój roz­kaz, bo nie wy­sła­łem cię do nie­go z uprzej­mą proś­bą, tyl­ko z roz­ka­zem, i zgi­nął. Gdy­by ja­kimś cu­dem prze­żył tę wy­pra­wę, po­wi­nie­nem oso­bi­ście wy­dać go w ręce rzeź­ni­ków. Dla przy­kła­du. Zro­zum wresz­cie, że to, co się dzie­je te­raz w Wy­so­kim Mie­ście, to nie jest za­ba­wa. Wła­dza w Pon­kee-Laa za­wsze opie­ra­ła się na rów­no­wa­dze mię­dzy trze­ma naj­po­tęż­niej­szy­mi stron­nic­twa­mi a gil­dia­mi i ce­cha­mi. Na czte­rech no­gach, jak w do­brym krze­śle. Te­raz to może zo­stać znisz­czo­ne. Liga Czap­ki od lat pa­trzy­ła z uwa­gą na Radę, ale te­raz Gry­ghas za­cho­wu­je się, jak­by to wszyst­ko nic go już nie ob­cho­dzi­ło. Je­śli ja­kieś stron­nic­two zdo­bę­dzie zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę, może za­gar­nąć wła­dzę dla sie­bie na dłu­żej. Może ją wy­szar­pać z rąk po­zo­sta­łych i na­rzu­cić wszyst­kim ta­kie pra­wa, ja­kie bę­dzie mia­ło ocho­tę. Te­raz prze­wa­gę zda­ją się uzy­ski­wać Wy­sse­ry­ni, bo oprócz stron­nic­twa hra­bie­go Ter­le­acha tak­że po­zo­sta­li przy ży­ciu przed­sta­wi­cie­le Ni­skie­go Mia­sta zda­ją się im sprzy­jać.

– Ale...

– Milcz! I słu­chaj! Te­raz, gdy Me­ekhan wy­co­fał się na wschód, Pon­kee-Laa to naj­po­tęż­niej­sze z nad­mor­skich miast. For­mal­nie jest czę­ścią księ­stwa Fii­lan­du, ale ksią­żę jest tu tak na­praw­dę go­ściem, a nie wład­cą. Rzą­dzi Rada. A Wy­sse­ry­ni mają sny o po­tę­dze. O stwo­rze­niu unii nad­mor­skich por­tów, kon­tro­lu­ją­cej han­del wzdłuż ca­łe­go wy­brze­ża. O chwy­ce­niu za gar­dło me­ekhań­skich kup­ców, któ­rzy za­cho­wu­ją się, jak­by Im­pe­rium cią­gle wła­da­ło wy­brze­żem. O stwo­rze­niu no­we­go im­pe­rium, mor­skiej po­tę­gi, kon­tro­lu­ją­cej za­chod­ni kra­niec kon­ty­nen­tu. Ga­da­ją o tym od lat i je­śli zdo­bę­dą prze­wa­gę w Ra­dzie, mogą spró­bo­wać zre­ali­zo­wać te pla­ny. A wiesz, od cze­go za­czną? Od woj­ny z Ar-Mit­tar. To nasi naj­więk­si kon­ku­ren­ci, ich port przy­cią­ga nie­mal tyle samo stat­ków co nasz, mają bli­żej do ko­palń i hut za­chod­nie­go Glehs, więc że­la­zo i broń są u nich tań­sze, i po­wo­li od­bie­ra­ją na­szym kup­com ryn­ki. Eeeech. – Zi­ry­to­wa­ny przy­wód­ca gil­dii mach­nął ręką. – Po co ja ci to mó­wię? To nie są spra­wy na gów­niar­ski łeb. Leż. Leż, mó­wię! I nie waż się za­snąć, bo nie będę wię­cej wy­da­wał pie­nię­dzy na uzdro­wi­cie­li.

Ce­tron wstał.

– Jak wy­pocz­niesz, wy­noś się stąd – rzu­cił, idąc w stro­nę drzwi. – I nie po­ka­zuj mi się na oczy przez naj­bliż­sze dni. Ja spró­bu­ję się do­wie­dzieć, ile tak na­praw­dę na­ro­bi­li­ście szkód.

Za­trzy­mał się w pro­gu.

– I oczy­wi­ście masz cał­ko­wi­ty za­kaz zbli­ża­nia się do Wy­so­kie­go Mia­sta, Alt. Żad­nych szcze­niac­kich ho­no­ro­wych zemst i in­nych głu­pot, spraw­dzę. San­wes sam był so­bie wi­nien, za­pa­mię­taj.

Wy­szedł.

Alt­sin nie tru­dził się z od­po­wie­dzią, bo od dłuż­sze­go cza­su było ja­sne, że Ce­tron nie tyle go do cze­goś prze­ko­nu­je, ile pró­bu­je uspo­ko­ić wła­sne oba­wy. Gwał­tow­ne zmia­ny w Ra­dzie za­wsze zwia­sto­wa­ły kło­po­ty, a kło­po­ty to nie było coś, na czym za­le­ża­ło­by sze­fo­wi ja­kiej­kol­wiek gil­dii. Zwłasz­cza kie­dy jego dziel­ni­ca są­sia­do­wa­ła z Wy­so­kim Mia­stem.

Lecz te­raz naj­waż­niej­sze było, że San­wes nie żył. Prze­bi­ty mie­czem i za­tłu­czo­ny na śmierć jak dzi­kie zwie­rzę.

Od sa­me­go po­cząt­ku nie miał szans, jego los przy­pie­czę­to­wał się już w chwi­li, gdy mło­dy ba­ron wy­pa­trzył go i uznał, że bę­dzie do­sko­na­łym na­rzę­dziem do re­ali­za­cji jego pla­nów. Nie gra się z kimś w ko­ści o ce­sar­skie orgi przy­pad­ko­wo, je­śli po­tem wy­cią­gasz pod­ro­bio­ne do­ku­men­ty i pro­po­nu­jesz inną spła­tę za­cią­gnię­te­go dłu­gu. San­wes był głup­cem, tak.

Mimo wszyst­ko.

Za­bi­li go jak psa.

Alt­sin za­ci­snął zęby.

* * *

Nie za­snął przez na­stęp­ne dzie­sięć go­dzin, pił dużo gorz­ka­we­go wy­wa­ru i wy­pa­cał tru­ci­znę. Ce­tron do­trzy­mał sło­wa, gdy tyl­ko prze­ko­nał się, że mło­dy zło­dziej prze­ży­je, ka­zał mu się wy­no­sić i nie po­ka­zy­wać na oczy. Alt­sin po­wlókł się do ka­mie­ni­cy, gdzie wy­naj­mo­wał mały po­ko­ik. Wła­ści­ciel­kę nie­wie­le ob­cho­dzi­ło, co ro­bił i kim był, nie py­ta­ła o to żad­ne­go ze swo­ich lo­ka­to­rów, do­pó­ki czynsz był pła­co­ny na czas. Bar­dzo mu to od­po­wia­da­ło.

Le­d­wo wszedł do po­ko­ju, rzu­cił się na łóż­ko i za­snął. Spał dłu­go, gdy za­my­kał oczy, słoń­ce zbli­ża­ło się do ze­ni­tu, gdy je otwo­rzył, wła­śnie wscho­dzi­ło. Prze­brał się w czy­ste rze­czy, zjadł po­tęż­ne śnia­da­nie, igno­ru­jąc ostrze­gaw­cze skur­cze żo­łąd­ka i zu­peł­nie nie czu­jąc sma­ku kal­ma­rów za­pie­ka­nych w cie­ście i ma­łych wę­dzo­nych ry­bek. Po­tem siadł przed naj­bliż­szą wi­niar­nią i za­ga­pił się w nie­bo, mnąc w dło­niach małą sa­kiew­kę. Opróż­nił ją wcze­śniej, pięć ce­sar­skich or­gów to nie była suma, któ­rą moż­na przy so­bie no­sić na co dzień. W za­sa­dzie mógł za nią pić wie­le dni, to­piąc pa­mięć o San­we­sie w wi­nie, aż gniew i wście­kłość zbled­ną. W za­sa­dzie taki jest sens każ­dej sty­py, nie­praw­daż? Zbu­do­wać po­most mię­dzy śmier­cią ko­goś bli­skie­go a resz­tą na­szych dni, oswo­ić nie­od­wra­cal­ne, a po­tem o tym za­po­mnieć. Lecz wino, któ­re­go od rana wy­pił już dwie flasz­ki, nie mia­ło sma­ku ani mocy. Pięć ce­sar­skich to mo­gło być za mało.

Obej­rzał się przez ra­mię. Wy­so­kie Mia­sto błysz­cza­ło w pro­mie­niach słoń­ca mar­mu­rem, ala­ba­strem i ko­lo­ro­wy­mi da­cha­mi. Jesz­cze tam nie pój­dzie. Przy­naj­mniej nie bez spraw­dze­nia kil­ku rze­czy.

1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)