Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Nalej mi też – poprosił.
– Nie ma mowy, jeśli wypijesz choć trochę, zaśniesz i możesz już się nie obudzić. Przez najbliższe dwa dni będziesz dostawał tylko napar z ziół. Dużo naparu z ziół.
Złodziej podniósł się wyżej na poduszkach.
– Co zamierzasz z tym zrobić?
– Nic. – Cetron opróżnił kubek jednym haustem, nalał sobie ponownie i usiadł. – Nic nie mogę zrobić.
– Nic? – Altsin starał się mówić cicho. – Sanwes był jednym z nas. Płacił ci za ochronę.
– Płacił, a ja wypełniłem swoją część. Wysłałem ciebie, żebyś zabrał go z miasta. Żaden z was nie wypełnił mojego polecenia.
– Ten skurwysyn wykorzystał go i zabił.
– Pamiętasz, co kiedyś powiedziałeś? Jak masz więcej niż dwanaście lat i ktoś cię wyrucha, to znaczy, że sam nadstawiłeś tyłka. Jeśli Sanwes podjął się tego zadania, mimo iż zabawiał podstarzałe damulki w Wysokim Mieście i musiał wiedzieć, co się tam dzieje, to znaczy, że naprawdę był głupszy niż beczka zepsutych śledzi.
– Jesteś nam... – Złodziej nie dokończył.
– Milcz, gówniarzu! – Cetron walnął kubkiem o blat, aż wino chlusnęło na wszystkie strony. – Nic wam nie jestem winien! Sanwes miał wyjechać z miasta i koniec. Złamał mój rozkaz, bo nie wysłałem cię do niego z uprzejmą prośbą, tylko z rozkazem, i zginął. Gdyby jakimś cudem przeżył tę wyprawę, powinienem osobiście wydać go w ręce rzeźników. Dla przykładu. Zrozum wreszcie, że to, co się dzieje teraz w Wysokim Mieście, to nie jest zabawa. Władza w Ponkee-Laa zawsze opierała się na równowadze między trzema najpotężniejszymi stronnictwami a gildiami i cechami. Na czterech nogach, jak w dobrym krześle. Teraz to może zostać zniszczone. Liga Czapki od lat patrzyła z uwagą na Radę, ale teraz Gryghas zachowuje się, jakby to wszystko nic go już nie obchodziło. Jeśli jakieś stronnictwo zdobędzie zdecydowaną przewagę, może zagarnąć władzę dla siebie na dłużej. Może ją wyszarpać z rąk pozostałych i narzucić wszystkim takie prawa, jakie będzie miało ochotę. Teraz przewagę zdają się uzyskiwać Wysseryni, bo oprócz stronnictwa hrabiego Terleacha także pozostali przy życiu przedstawiciele Niskiego Miasta zdają się im sprzyjać.
– Ale...
– Milcz! I słuchaj! Teraz, gdy Meekhan wycofał się na wschód, Ponkee-Laa to najpotężniejsze z nadmorskich miast. Formalnie jest częścią księstwa Fiilandu, ale książę jest tu tak naprawdę gościem, a nie władcą. Rządzi Rada. A Wysseryni mają sny o potędze. O stworzeniu unii nadmorskich portów, kontrolującej handel wzdłuż całego wybrzeża. O chwyceniu za gardło meekhańskich kupców, którzy zachowują się, jakby Imperium ciągle władało wybrzeżem. O stworzeniu nowego imperium, morskiej potęgi, kontrolującej zachodni kraniec kontynentu. Gadają o tym od lat i jeśli zdobędą przewagę w Radzie, mogą spróbować zrealizować te plany. A wiesz, od czego zaczną? Od wojny z Ar-Mittar. To nasi najwięksi konkurenci, ich port przyciąga niemal tyle samo statków co nasz, mają bliżej do kopalń i hut zachodniego Glehs, więc żelazo i broń są u nich tańsze, i powoli odbierają naszym kupcom rynki. Eeeech. – Zirytowany przywódca gildii machnął ręką. – Po co ja ci to mówię? To nie są sprawy na gówniarski łeb. Leż. Leż, mówię! I nie waż się zasnąć, bo nie będę więcej wydawał pieniędzy na uzdrowicieli.
Cetron wstał.
– Jak wypoczniesz, wynoś się stąd – rzucił, idąc w stronę drzwi. – I nie pokazuj mi się na oczy przez najbliższe dni. Ja spróbuję się dowiedzieć, ile tak naprawdę narobiliście szkód.
Zatrzymał się w progu.
– I oczywiście masz całkowity zakaz zbliżania się do Wysokiego Miasta, Alt. Żadnych szczeniackich honorowych zemst i innych głupot, sprawdzę. Sanwes sam był sobie winien, zapamiętaj.
Wyszedł.
Altsin nie trudził się z odpowiedzią, bo od dłuższego czasu było jasne, że Cetron nie tyle go do czegoś przekonuje, ile próbuje uspokoić własne obawy. Gwałtowne zmiany w Radzie zawsze zwiastowały kłopoty, a kłopoty to nie było coś, na czym zależałoby szefowi jakiejkolwiek gildii. Zwłaszcza kiedy jego dzielnica sąsiadowała z Wysokim Miastem.
Lecz teraz najważniejsze było, że Sanwes nie żył. Przebity mieczem i zatłuczony na śmierć jak dzikie zwierzę.
Od samego początku nie miał szans, jego los przypieczętował się już w chwili, gdy młody baron wypatrzył go i uznał, że będzie doskonałym narzędziem do realizacji jego planów. Nie gra się z kimś w kości o cesarskie orgi przypadkowo, jeśli potem wyciągasz podrobione dokumenty i proponujesz inną spłatę zaciągniętego długu. Sanwes był głupcem, tak.
Mimo wszystko.
Zabili go jak psa.
Altsin zacisnął zęby.
* * *
Nie zasnął przez następne dziesięć godzin, pił dużo gorzkawego wywaru i wypacał truciznę. Cetron dotrzymał słowa, gdy tylko przekonał się, że młody złodziej przeżyje, kazał mu się wynosić i nie pokazywać na oczy. Altsin powlókł się do kamienicy, gdzie wynajmował mały pokoik. Właścicielkę niewiele obchodziło, co robił i kim był, nie pytała o to żadnego ze swoich lokatorów, dopóki czynsz był płacony na czas. Bardzo mu to odpowiadało.
Ledwo wszedł do pokoju, rzucił się na łóżko i zasnął. Spał długo, gdy zamykał oczy, słońce zbliżało się do zenitu, gdy je otworzył, właśnie wschodziło. Przebrał się w czyste rzeczy, zjadł potężne śniadanie, ignorując ostrzegawcze skurcze żołądka i zupełnie nie czując smaku kalmarów zapiekanych w cieście i małych wędzonych rybek. Potem siadł przed najbliższą winiarnią i zagapił się w niebo, mnąc w dłoniach małą sakiewkę. Opróżnił ją wcześniej, pięć cesarskich orgów to nie była suma, którą można przy sobie nosić na co dzień. W zasadzie mógł za nią pić wiele dni, topiąc pamięć o Sanwesie w winie, aż gniew i wściekłość zbledną. W zasadzie taki jest sens każdej stypy, nieprawdaż? Zbudować pomost między śmiercią kogoś bliskiego a resztą naszych dni, oswoić nieodwracalne, a potem o tym zapomnieć. Lecz wino, którego od rana wypił już dwie flaszki, nie miało smaku ani mocy. Pięć cesarskich to mogło być za mało.
Obejrzał się przez ramię. Wysokie Miasto błyszczało w promieniach słońca marmurem, alabastrem i kolorowymi dachami. Jeszcze tam nie pójdzie. Przynajmniej nie bez sprawdzenia kilku rzeczy.