Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 210
Перейти на страницу:

Mar­twi va­ihi­ro­wie.

Wszy­scy mar­twi.

Zła­pa­ła się na tym, że cofa się, krok za kro­kiem, krę­cąc gło­wą i mam­ro­cząc:

— Nie. Nie chcę. Nie pój­dę. Nie.

Dwa Pal­ce za­ło­żył ręce na pier­si, obie pary.

— Wi­dzę, że ci nie po­wie­dzia­ła — mruk­nął. — To do niej po­dob­ne. Nie bój się. Bę­dzie­my z tobą, ja, Ku­bek Wody i Czar­ny Bia­ły. No i on, twój ka­na­loo. Bę­dziesz bez­piecz­na.

Jak echo wró­ci­ły do niej sło­wa jed­ne­go z bra­ci – nie martw się, idzie cały wo­jen­ny obóz, ty­sią­ce wo­zów i ry­dwa­nów, na­sza ro­dzi­na… Nic ci się nie sta­nie.

Po­trzą­snę­ła gło­wą. Nie o to cho­dzi­ło. Nie bała się o sie­bie, nie bar­dziej niż kie­dyś.

— Wi­dzia­łeś woj­nę? — za­py­ta­ła szep­tem.

— Co?

— Py­tam, czy wi­dzia­łeś woj­nę.

— Wal­czy­łem już, Sła­ba Jed­na. Za­bi­ja­łem. Wi­dzia­łaś.

Tak. Po­tycz­ki na po­gra­ni­czu, krew ru­dzie­ją­ca na czar­nej ska­le. Tru­py wci­śnię­te w skal­ną szcze­li­nę i przy­sy­pa­ne odłam­ka­mi. Star­cia krót­sze niż ich po­je­dy­nek.

Gdzie im tam do pola śmier­ci cią­gną­ce­go się aż po ho­ry­zont.

— Więc nie. Nie wiesz, co to woj­na.

— Wal­czy­łem i za­bi­ja­łem — po­wtó­rzył.

— Ja nie. Ale wiem le­piej od cie­bie.

Chy­ba ubo­dła jego dumę. Ich spoj­rze­nia zde­rzy­ły się, za­iskrzy­ło.

— Co wiesz le­piej od nie­go, dziec­ko?

Usta Zie­mi po­de­szła do nich nie­mal bez­sze­lest­nie. Key’la otrzą­snę­ła się już i czu­ła gniew. Gniew, że znów ktoś de­cy­do­wał, co z nią bę­dzie, nie py­ta­jąc jej na­wet o zda­nie. Jak­by była czy­imś zwie­rząt­kiem. Albo ma­łym dziec­kiem.

— Co to woj­na.

Va­ihir­ska ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się zmę­czo­nym gry­ma­sem.

— Na­sza woj­na jest inna niż two­ja. We­dług two­jej mia­ry cza­su to­czy­my ją od ty­sią­ca lat. A od trzy­stu, od­kąd stra­ci­li­śmy boga, prze­gry­wa­my. — W tej chwi­li jej ka­mien­ne oko mia­ło w so­bie wię­cej ży­cia niż to dru­gie, zie­lo­no-zło­te. — Dla­te­go mu­si­my coś zro­bić, nim świat za­wa­li nam się na gło­wy. Nim wy­gi­nie­my.

— Wy­gi­nie­cie? — Key’la wska­za­ła na ota­cza­ją­ce ich zie­lo­ne ta­ra­sy, szu­mią­ce stru­mie­nie, wej­ścia do miesz­kal­nych ja­skiń. — Nie wy­glą­da­cie na ta­kich, co giną.

Gry­mas czwo­ro­rę­kiej ko­bie­ty po­głę­bił się, nie mia­ła już ust, tyl­ko szra­mę ciach­nię­tą no­żem.

— Trzy­dzie­ści Dło­ni to naj­sil­niej­sze ple­mię w tej czę­ści świa­ta. W pro­mie­niu wie­lu dni dro­gi nie ma sil­niej­sze­go. A prze­cież jest nas po­ło­wa z tego, co było sto lat temu, i ćwierć tego, co było, gdy bóg od­szedł spła­cić swój dług. Schwy­ta­no go w pu­łap­kę i nie mo­że­my już pić dusz z jego cia­ła, by dać je wszyst­kim na­szym dzie­ciom, aby ob­da­ro­wać je ro­zu­mem. Te­raz…

Dwa Pal­ce chrząk­nął.

— Va­na­he­ra…

Pierw­szy raz dziew­czyn­ka sły­sza­ła, jak ktoś tak na­zy­wa Usta Zie­mi. Nie brzmia­ło to jak imię czy prze­zwi­sko.

— Nie, nie… — Ol­brzym­ka po­krę­ci­ła gło­wą. — Nie za­bio­rę jej tam, nie po­ka­zu­jąc po co… Prze­mó­wi­ła na pla­cu sądu, ma czte­ry ręce. Niech wie.

— Wie­lu się to nie spodo­ba.

— Wie­lu nie chcia­ło nic zro­bić. Wie­lu mó­wi­ło: „Niech zo­sta­nie jak jest, może on sam się uwol­ni”. „Może pod­da­je pró­bie na­szą wia­rę”. „Może wszyst­ko bę­dzie jak kie­dyś”. — Ude­rzy­ła dłoń­mi o rę­ko­je­ści sza­bel. — Nie. Nie bę­dzie. I dla­te­go Pęki Snów, Pła­skie Twa­rze, Zła­ma­ne Włócz­nie i inni pój­dą z nami. Je­śli Tho­weth nie chce lub nie po­tra­fi się uwol­nić… Może my damy radę.

— Ja nie je­stem z tych, któ­rzy mó­wią nie — Dwa Pal­ce po­wie­dział to le­d­wo sły­szal­nym szep­tem. — Nie mu­sisz mnie prze­ko­ny­wać.

Key’la za­śmia­ła się, przy­cią­ga­jąc oba spoj­rze­nia, żół­te i zie­lo­no-zło­te.

— Ona nie mówi do cie­bie, Dwa Pal­ce. Ani do mnie. Mówi do sie­bie. To sie­bie chce prze­ko­nać, że robi do­brze, praw­da?

Wzrok Ust Zie­mi zmiękł.

— Mą­dra dziew­czyn­ka. Tak. Sie­bie. Dzi­wi cię to, dziec­ko?

— Nie, va­na­he­ra, nie dzi­wi.

— Wiesz, co to zna­czy? Va­na­he­ra?

— Nie. A mu­szę wie­dzieć?

— Nie da się tego prze­tłu­ma­czyć jed­nym sło­wem. Twój ję­zyk jest zbyt ubo­gi, za… lo­gicz­ny. Naj­bli­żej temu bę­dzie „ko­pią­ca głę­bo­ko, gdy inni sto­ją i kpią”.

Dwa Pal­ce żach­nął się wy­raź­nie.

— Nie mam ra­cji, wo­jow­ni­ku? — Usta Zie­mi zmru­ży­ła zie­lo­ną ja­ski­nię try­ska­ją­cą ogniem, w jaką na­gle zmie­ni­ło się jej praw­dzi­we oko. — Prze­cież ty też ośmie­lasz się mó­wić mi, co mogę, a cze­go nie mogę zro­bić. Wie­lu się to nie spodo­ba, mó­wisz? Od kie­dy je­steś gło­sem wie­lu?

Va­hir cof­nął się o pół kro­ku, uno­sząc ręce w obron­nym ge­ście, mimo iż Usta Zie­mi nie wy­ko­na­ła żad­ne­go ru­chu w jego stro­nę.

— Kona we­ihi bloss. Sau­ri-noi trew komn­re.

Tym ra­zem to Key’la prych­nę­ła, roz­złosz­czo­na.

— Może po­wiesz to w me­ekhu, co? Nie mów o mnie, je­śli nie ro­zu­miem, o co cho­dzi.

— Po­wie­dział, że wie­lu czę­sto się myli. A ty mo­żesz po­znać praw­dę. Chcesz tego, dziec­ko?

Praw­da. Zna­ła się już z nią. To ta gry­zą­ca w ser­ce, odzie­ra­ją­ca ze złu­dzeń, zło­śli­wa wiedź­ma.

Dla­cze­go nie?

Rozdział 23

W Sali Koni Evi­kiat i Su­chi roz­kła­da­li wła­śnie mapy na sto­le, płach­ty sze­le­ści­ły i śmier­dzia­ły stę­chli­zną. Naj­wy­raź­niej księ­stwo daw­no nie to­czy­ło woj­ny na swo­im te­re­nie. Na wi­dok De­any ukło­ni­li się sztyw­no i wró­ci­li do pra­cy.

Kos­se Olu­wer i Wuar Sam­po­re sta­wi­li się już na miej­scu, obaj w bo­jo­wym rynsz­tun­ku, jak­by wprost z pa­ła­cu mie­li ru­szać na bi­twę. Do­brze przy­naj­mniej, że nowy af’ge­mid Ba­wo­łów nie przy­tasz­czył do sali na­rad wiel­kiej pa­wę­ży i dzie­się­cio­sto­po­wej włócz­ni. Ale miał krót­ki, pro­sty miecz, szty­let w sze­ro­kiej po­chwie, la­mel­ko­wą zbro­ję do ko­lan i wy­so­ki szy­szak, któ­ry na szczę­ście ścią­gnął i odło­żył. Do­wód­ca Sło­wi­ków na ka­wa­le­ryj­ską kol­czu­gę na­rzu­cił żół­tą jakę z wy­ha­fto­wa­nym na ple­cach i pier­si sym­bo­lem Rodu Sło­wi­ka, łu­kiem i sza­blą. Gdy we­szła, Wuar ukło­nił się ni­sko, krzy­żu­jąc ręce na pier­si, ale nie ode­rwał wzro­ku od jej ek­cha­aru. Jak­by pró­bo­wał swo­imi nie­bie­ski­mi śle­pia­mi wy­pa­lić w nim dziu­rę.

Za to Olu­wer ogra­ni­czył się do krót­kie­go sa­lu­tu, a jego ogo­rza­ła twarz bły­snę­ła oszczęd­nym uśmie­chem. Za­wsze za­po­mi­na­ła, jaki jest wiel­ki, Ba­wo­ły od lat wy­bie­ra­ły do swo­ich ahyr chłop­ców, któ­rzy wy­róż­nia­li się wzro­stem i siłą. Chy­ba tyl­ko le­gen­dar­ni czar­no­skó­rzy ol­brzy­mi z Uawa­ri Nahs byli od nich po­tęż­niej­si, zresz­tą, jak sły­sza­ła, wie­lu spo­śród Ba­wo­łów było spo­krew­nio­nych z tym ple­mie­niem. Na polu bi­twy two­rzy­li po­tęż­ną, nie­ru­cha­wą i mało zwrot­ną for­ma­cję. Ale za to jak sta­nę­li w miej­scu, to tyl­ko szar­ża sło­ni mo­gła zła­mać ich sze­re­gi. Choć po­noć i to nie za­wsze się uda­wa­ło.

1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)