Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Martwi vaihirowie.
Wszyscy martwi.
Złapała się na tym, że cofa się, krok za krokiem, kręcąc głową i mamrocząc:
— Nie. Nie chcę. Nie pójdę. Nie.
Dwa Palce założył ręce na piersi, obie pary.
— Widzę, że ci nie powiedziała — mruknął. — To do niej podobne. Nie bój się. Będziemy z tobą, ja, Kubek Wody i Czarny Biały. No i on, twój kanaloo. Będziesz bezpieczna.
Jak echo wróciły do niej słowa jednego z braci – nie martw się, idzie cały wojenny obóz, tysiące wozów i rydwanów, nasza rodzina… Nic ci się nie stanie.
Potrząsnęła głową. Nie o to chodziło. Nie bała się o siebie, nie bardziej niż kiedyś.
— Widziałeś wojnę? — zapytała szeptem.
— Co?
— Pytam, czy widziałeś wojnę.
— Walczyłem już, Słaba Jedna. Zabijałem. Widziałaś.
Tak. Potyczki na pograniczu, krew rudziejąca na czarnej skale. Trupy wciśnięte w skalną szczelinę i przysypane odłamkami. Starcia krótsze niż ich pojedynek.
Gdzie im tam do pola śmierci ciągnącego się aż po horyzont.
— Więc nie. Nie wiesz, co to wojna.
— Walczyłem i zabijałem — powtórzył.
— Ja nie. Ale wiem lepiej od ciebie.
Chyba ubodła jego dumę. Ich spojrzenia zderzyły się, zaiskrzyło.
— Co wiesz lepiej od niego, dziecko?
Usta Ziemi podeszła do nich niemal bezszelestnie. Key’la otrząsnęła się już i czuła gniew. Gniew, że znów ktoś decydował, co z nią będzie, nie pytając jej nawet o zdanie. Jakby była czyimś zwierzątkiem. Albo małym dzieckiem.
— Co to wojna.
Vaihirska kobieta uśmiechnęła się zmęczonym grymasem.
— Nasza wojna jest inna niż twoja. Według twojej miary czasu toczymy ją od tysiąca lat. A od trzystu, odkąd straciliśmy boga, przegrywamy. — W tej chwili jej kamienne oko miało w sobie więcej życia niż to drugie, zielono-złote. — Dlatego musimy coś zrobić, nim świat zawali nam się na głowy. Nim wyginiemy.
— Wyginiecie? — Key’la wskazała na otaczające ich zielone tarasy, szumiące strumienie, wejścia do mieszkalnych jaskiń. — Nie wyglądacie na takich, co giną.
Grymas czwororękiej kobiety pogłębił się, nie miała już ust, tylko szramę ciachniętą nożem.
— Trzydzieści Dłoni to najsilniejsze plemię w tej części świata. W promieniu wielu dni drogi nie ma silniejszego. A przecież jest nas połowa z tego, co było sto lat temu, i ćwierć tego, co było, gdy bóg odszedł spłacić swój dług. Schwytano go w pułapkę i nie możemy już pić dusz z jego ciała, by dać je wszystkim naszym dzieciom, aby obdarować je rozumem. Teraz…
Dwa Palce chrząknął.
— Vanahera…
Pierwszy raz dziewczynka słyszała, jak ktoś tak nazywa Usta Ziemi. Nie brzmiało to jak imię czy przezwisko.
— Nie, nie… — Olbrzymka pokręciła głową. — Nie zabiorę jej tam, nie pokazując po co… Przemówiła na placu sądu, ma cztery ręce. Niech wie.
— Wielu się to nie spodoba.
— Wielu nie chciało nic zrobić. Wielu mówiło: „Niech zostanie jak jest, może on sam się uwolni”. „Może poddaje próbie naszą wiarę”. „Może wszystko będzie jak kiedyś”. — Uderzyła dłońmi o rękojeści szabel. — Nie. Nie będzie. I dlatego Pęki Snów, Płaskie Twarze, Złamane Włócznie i inni pójdą z nami. Jeśli Thoweth nie chce lub nie potrafi się uwolnić… Może my damy radę.
— Ja nie jestem z tych, którzy mówią nie — Dwa Palce powiedział to ledwo słyszalnym szeptem. — Nie musisz mnie przekonywać.
Key’la zaśmiała się, przyciągając oba spojrzenia, żółte i zielono-złote.
— Ona nie mówi do ciebie, Dwa Palce. Ani do mnie. Mówi do siebie. To siebie chce przekonać, że robi dobrze, prawda?
Wzrok Ust Ziemi zmiękł.
— Mądra dziewczynka. Tak. Siebie. Dziwi cię to, dziecko?
— Nie, vanahera, nie dziwi.
— Wiesz, co to znaczy? Vanahera?
— Nie. A muszę wiedzieć?
— Nie da się tego przetłumaczyć jednym słowem. Twój język jest zbyt ubogi, za… logiczny. Najbliżej temu będzie „kopiąca głęboko, gdy inni stoją i kpią”.
Dwa Palce żachnął się wyraźnie.
— Nie mam racji, wojowniku? — Usta Ziemi zmrużyła zieloną jaskinię tryskającą ogniem, w jaką nagle zmieniło się jej prawdziwe oko. — Przecież ty też ośmielasz się mówić mi, co mogę, a czego nie mogę zrobić. Wielu się to nie spodoba, mówisz? Od kiedy jesteś głosem wielu?
Vahir cofnął się o pół kroku, unosząc ręce w obronnym geście, mimo iż Usta Ziemi nie wykonała żadnego ruchu w jego stronę.
— Kona weihi bloss. Sauri-noi trew komnre.
Tym razem to Key’la prychnęła, rozzłoszczona.
— Może powiesz to w meekhu, co? Nie mów o mnie, jeśli nie rozumiem, o co chodzi.
— Powiedział, że wielu często się myli. A ty możesz poznać prawdę. Chcesz tego, dziecko?
Prawda. Znała się już z nią. To ta gryząca w serce, odzierająca ze złudzeń, złośliwa wiedźma.
Dlaczego nie?
Rozdział 23
W Sali Koni Evikiat i Suchi rozkładali właśnie mapy na stole, płachty szeleściły i śmierdziały stęchlizną. Najwyraźniej księstwo dawno nie toczyło wojny na swoim terenie. Na widok Deany ukłonili się sztywno i wrócili do pracy.
Kosse Oluwer i Wuar Sampore stawili się już na miejscu, obaj w bojowym rynsztunku, jakby wprost z pałacu mieli ruszać na bitwę. Dobrze przynajmniej, że nowy af’gemid Bawołów nie przytaszczył do sali narad wielkiej pawęży i dziesięciostopowej włóczni. Ale miał krótki, prosty miecz, sztylet w szerokiej pochwie, lamelkową zbroję do kolan i wysoki szyszak, który na szczęście ściągnął i odłożył. Dowódca Słowików na kawaleryjską kolczugę narzucił żółtą jakę z wyhaftowanym na plecach i piersi symbolem Rodu Słowika, łukiem i szablą. Gdy weszła, Wuar ukłonił się nisko, krzyżując ręce na piersi, ale nie oderwał wzroku od jej ekchaaru. Jakby próbował swoimi niebieskimi ślepiami wypalić w nim dziurę.
Za to Oluwer ograniczył się do krótkiego salutu, a jego ogorzała twarz błysnęła oszczędnym uśmiechem. Zawsze zapominała, jaki jest wielki, Bawoły od lat wybierały do swoich ahyr chłopców, którzy wyróżniali się wzrostem i siłą. Chyba tylko legendarni czarnoskórzy olbrzymi z Uawari Nahs byli od nich potężniejsi, zresztą, jak słyszała, wielu spośród Bawołów było spokrewnionych z tym plemieniem. Na polu bitwy tworzyli potężną, nieruchawą i mało zwrotną formację. Ale za to jak stanęli w miejscu, to tylko szarża słoni mogła złamać ich szeregi. Choć ponoć i to nie zawsze się udawało.