Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 153
Перейти на страницу:

Niesamowite zniknięcie papirusu i równie niewiarygodne jego odnalezienie było największą niedorzecznością w całej sprawie. Dwa zbiegi okoliczności akurat w chwili, gdy oryginał był tak potrzebny?

No cóż, być może.

Być może.

W starożytnym aramejskim zdumiewające było to, że milimetrowej wielkości kreseczka, umieszczona tu czy tam, mogła aż do tego stopnia stanowić o różnicy między oszustwem a boską prawdą. Taki drobiazg mógł zadecydować o całej przyszłości i fortunie pięciu wydawców.

Najbardziej nie dawała mu spokoju sprawa fotografii. Skoro opat nie mógł odczytać liter na zdjęciu, powinien mieć jeszcze większe problemy z oryginałem. Randall był przekonany, że fotografia w podczerwieni wydobywa szczegóły, których nie można dostrzec na oryginale. A jednak znaki na fotografii były o wiele mniej wyraźne niż te, które widział przed chwilą na papirusie.

To przecież kompletnie nie miało sensu. A może przeciwnie, może właśnie jest w tym sens aż nadto głęboki?

Randall otworzył ogniotrwałą szarkę na akta i wyciągnął szufladę, do której schował zdjęcie papirusu numer dziewięć. Segregator ze zdjęciami Edlunda leżał na wierzchu. Wyjął pierwszą odbitkę. Widniała na niej nie dziewiątka, lecz jedynka, chociaż był pewny, że położył fotografię na wierzchu. Przerzucił pozostałe zdjęcia i znalazł oznaczone numerem dziewięć na samym spodzie.

Postanowił przejść nad tym do porządku dziennego, ponieważ nieraz już zdarzało mu się źle odłożyć dokumenty. Najpewniej wsunął do segregatora dziewiątkę, nie patrząc gdzie.

Położył połyskliwą odbitkę formatu dwadzieścia na trzydzieści na biurku i usiadł, żeby ponownie się jej przyjrzeć.

Odnalazł wers czwarty i piąty i zaczął je studiować. Były takie same jak przedtem, a jednak wydały mu się jakieś inne.

Przetarł oczy. Tekst był wyraźniejszy, bardziej czytelny niż wówczas, gdy go oglądał w klasztorze na górze Athos. A może tak mu się tylko zdawało. Ale, u diabła, te znaki rzeczywiście były czytelniejsze, a nawet wyraźniejsze niż litery na oryginale, który dopiero co oglądał w sejfie. Jeśli to była fotografia, którą pokazał opatowi, ten nie powinien mieć trudności z odczytaniem tekstu, co więcej, powinien go odczytać bez trudu.

Randall odłożył zdjęcie na blat i zamknął oczy.

Czy wzrok go oszukiwał? Czy zdjęcie było to samo? A może to znowu cynizm jego postępowania, cecha, której tak bardzo nienawidziła Barbara, nienawidził jego ojciec i on sam także, autodestrukcyjny brak wiary we wszystko, co wartościowe, rozrastający się w nim na powrót, jak tkanka rakowata?

Czy rzeczywiście miał powód do podejrzeń, czy tylko nurzał się w znajomym, żałosnym i bezpodstawnym sceptycyzmie?

Mógł to sprawdzić w jeden sposób.

Zerwał się z krzesła, włożył marynarkę i wziął do ręki fotografię. Tylko jeden człowiek mógł znać odpowiedź. Autor zdjęcia, Oscar Edlund, fotograf w zespole Drugiego Zmartwychwstania.

Pół godziny później Randall wysiadł z taksówki przed domem, w którym mieszkał Edlund, dziewiętnastowieczną trzypiętrową kamienicą przy nabrzeżu Nassaukade.

Wynajęto ten dom na mieszkania dla kilku ludzi związanych z projektem. Byli wśród nich redaktor Albert Kremer, publicyści Paddy O'Neal i Elwin Alexander i właśnie Edlund, który miał tutaj swoją pracownię i ciemnię.

Taksówkarz nie zatrzymał się w zatoczce przed wejściem do budynku, zajmował ją bowiem czerwony sedan z kierowcą w uniformie. Randall podszedł bliżej, próbując się domyślić, co oznacza złoty pióropusz na drzwiach wozu i napis: Heldhaftig, Vastberaden, Barmhartig.

Kierowca jakby czytał w jego myślach, nachylił się bowiem do okna i spytał dobrodusznie:

– Pan pewnie Amerykanin? Te słowa oznaczają „Bohaterscy, zdecydowani, pomocni". To motto amsterdamskiej straży pożarnej, a ten samochód należy do komendanta.

– Dziękuję – odparł Randall, zastanawiając się, co też mógł tutaj robić komendant straży.

Kiedy podchodził do drzwi wejściowych, te się otworzyły i wyszedł z nich Oscar Edlund z mężczyzną w mundurze ze złotymi insygniami i w czapce z daszkiem, zapewne właśnie szefem strażaków. Ospowata twarz fotografa była jeszcze smutniejsza niż zwykle. Zobaczył Randalla i dał mu znak, żeby zaczekał. Po chwili Edlund pożegnał się z oficerem, który wsiadł do auta i odjechał.

– Powinienem był najpierw zadzwonić i zapytać, czy nie jesteś zajęty – rzekł przepraszająco Randall, podchodząc do Szweda. – Co tu się dzieje? – Wskazał na odjeżdżający samochód.

Edlund przeczesał palcami zmierzwioną marchewkową czuprynę.

– To ty nic nie wiesz? – zapytał zdziwiony. – W nocy wybuchł pożar na tyłach domu.

– Czy komuś coś się stało?

– Na szczęście nie. Dom był pusty, wszyscy poszli na zebranie do Krasa.

– Zebranie w Krasie? W jakiej sprawie? – zdziwił się z kolei Randall.

– Miało być ze wszystkimi wydawcami, ale przyszli tylko Deichhardt i panna Dunn. Mówili, że musimy pracować wydajniej, i takie tam bzdety. Kompletna strata czasu.

– I wtedy właśnie wybuchł pożar?

– Tak – odparł ponuro Edlund. – Sąsiad zobaczył dym i wezwał strażaków. Kiedy Paddy, Elwin i ja wróciliśmy, ogień już był ugaszony. Potem musiałem czekać przez pół nocy, aż wszystko zbadają, żeby ustalić przyczynę.

Randall przyjrzał się budynkowi.

– Dom wydaje się nietknięty – zauważył.

– Dlatego że ogień się nie rozprzestrzenił – wyjaśnił Edlund. – Ugasili go tam, gdzie wybuchł, czyli w mojej pracowni. Niestety poczynił spore zniszczenia.

– Spaliła się tylko twoja pracownia i nic więcej? – dopytywał się Randall.

– Tak jest. Pół ciemni poszło z dymem – rzekł przygnębiony fotograf. – Chodź, pokażę ci.

Przeszli przez wąski hol i znaleźli się przed drzwiami pomieszczenia na tyłach budynku. Czuło się tutaj wyraźną woń spalenizny. Ciężkie dębowe drzwi z szyfrowym zamkiem, podobnym do tego, który chronił sejf w Krasnapolskym, zostały rozbite strażackimi toporkami. Drugie, wewnętrzne drzwi były poczerniałe i nadpalone.

– Moja pracownia i ciemnia, a raczej to, co z nich zostało – powiedział Edlund. – Niewiele tu widać, bo nie ma jeszcze prądu. W tej części wywołuję odbitki i suszę je. Widzisz, tam po prawej? Spalony sprzęt, spalona kotara, za którą jest reszta pomieszczeń. Wejdźmy dalej.

Przeszli przez cuchnące swądem pomieszczenie do następnego, w którym obrazu zniszczenia dopełniały szczątki aparatów fotograficznych i reflektorów oraz rozbita szafka kartotekowa.

Edlund rozejrzał się bezradnie po pokoju.

– Ogień prawdopodobnie wybuchł tutaj – powiedział. – Co za bajzel. Teraz będę musiał pracować po dwadzieścia pięć godzin na dobę, żeby nadrobić straty.

– A przyczyna pożaru?

– Strażacy najpierw uważali, że to akt wandalizmu – odparł Szwed. – Ale udowodniłem im, że to niemożliwe. Te pomieszczenia zostały specjalnie przebudowane ze względów bezpieczeństwa. Nie ma tu jak się dostać… otwory wentylacyjne są za małe, a drzwi widziałeś. Ciężkie, dębowe, ognioodporne, musieli je rozbijać toporami. Żaden podpalacz nie mógł znać kombinacji szyfru.

– A ile osób ją znało? – zapytał Randall.

– Myślę, że oprócz mnie kilku ludzi – odrzekł fotograf. – To przecież oni kazali zbudować tę ciemnię. Przypuszczam, że szyfr znał Heldering, może też Deichhardt i inni wydawcy. W końcu przekonałem strażaków, że nie mógł się tu wedrzeć zwyczajny wandal, bo nie miał po prostu takiej możliwości.

– A jeśli pomógłby mu ktoś z naszego zespołu? Edlund spojrzał mu w oczy.

– Też o tym myślałem, ale to nielogiczne. Dlaczego ktoś z zespołu miałby niszczyć naszą własną pracę?

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)