Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 253
Перейти на страницу:

Nowe doświadczenia extramuros nie ograniczały się do kasyn i szpilów. Nawet gdybym podróżował sam, unikał ludzi, nigdy nie widział centrum handlowego, nie słyszał ani słowa po fluksyjsku, i tak pozyskiwałbym nowe informacje, nie o Saeculum, lecz o świecie je poprzedzającym, podwalinach kultur i cywilizacji, które na nich wyrastały i na nich obracały się w gruzy; o pochodzeniu świata sekularnego — i matemowego. I o tym, jak przed siedmioma tysiącami lat te dwa światy się rozdzieliły.

Morze Mórz: Stosunkowo niewielki słony akwen o skomplikowanej linii brzegowej, w trzech punktach połączony poprzez cieśniny z wielkimi oceanami Arbre, uważany za kolebkę współczesnej cywilizacji.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Wspięliśmy się na przełęcz i zjechaliśmy do miasteczka Norslof. Byłem kompletnie zaskoczony. Zgoda, widziałem mapomat, ale na mojej prywatnej, wyimaginowanej mapie świata, którą nosiłem w głowie, góry ciągnęły się o wiele, wiele dalej.

Nie znaleźliśmy Orola, ale przynajmniej rozejrzeliśmy się po okolicy i zanotowałem w pamięci kilka miejsc, do których mógł się udać. Najbardziej obiecującym z nich był (moim zdaniem) mały, zdezelowany matem wybudowany przy wieży obserwacyjnej, która pierwotnie służyła do wypatrywania pożarów. Znajdował się kilka mil w bok od drogi i kilka tysięcy stóp nad jej poziomem; zauważyliśmy go krótko po pokonaniu przełęczy. Gdyby to był regularny, duży koncent, nikt nie chciałby tam rozmawiać z Orolem, ale niewielki matem na uboczu z otwartymi ramionami przyjąłby wędrowca, który zna orthyjski i może być źródłem nowych pomysłów.

Zatrzymaliśmy się na dużej stacji paliw kilka mil od centrum Norslofu, żeby coś zjeść i skorzystać z toalety. Można w niej było wynająć pokój, nikt też nie bronił kierowcom i pasażerom spać w pojazdach. Pomyślałem, że moglibyśmy założyć w tym miejscu bazę do eksploracji pobliskich gór w poszukiwaniu Orola, ale zmieniłem zdanie, kiedy weszliśmy do jadalni (zaparowanej i pachnącej smakowicie mięsem) i wszyscy kierowcy drumonów spojrzeli w naszą stronę. Było oczywiste, że rzadko widywali tu takich klientów jak my i że ten stan rzeczy bardzo im odpowiadał. Na pewno przeszkadzało im to, że podróżowaliśmy we czwórkę, a tu siedzieli sami kawalerowie, ale nawet gdybyśmy weszli pojedynczo, zwrócilibyśmy powszechną uwagę. Sammann miał na sobie normalne ubranie mieszkańca extramuros, lecz jego długie włosy i broda wykraczały daleko poza normę, a rysy twarzy zdradzały obce pochodzenie. Kierowcy drumonów nie rozpoznaliby w nim ity (nawet gdyby wiedzieli, kim są itowie), ale zorientowaliby się, że jest inny. Cord ubierała się i poruszała inaczej niż ich kobiety; jej repertuar gestów i min miał się nijak do oczekiwań kierowców. Ganelial — jako statysta — powinien móc się wtopić w tłum, ale jakoś mu się to nie udawało. Należał do społeczności religijnej, która za wszelką cenę starała się zachować swoją odrębność kulturalną, i dawał to do zrozumienia każdym swoim krokiem i każdym spojrzeniem. No i ja… Nie miałem pojęcia, jak wyglądam. Odkąd opuściłem koncent, większość czasu spędzałem wśród statystów, którzy wiedzieli, że jestem pielgrzymującym deklarantem. Tutaj zaś próbowałem udawać kogoś, kim nie byłem, i najbezpieczniej było zakładać, że jestem w tej roli beznadziejny.

Ściągnęlibyśmy pewnie na siebie jeszcze więcej zaciekawionych spojrzeń, gdyby nie fakt, że wszędzie znajdowały się ekrany — przymocowane do sufitu i pochylone w dół, żeby dało się oglądać szpile, siedząc przy stolikach. Wszystkie odtwarzały to samo nagranie, idealnie zsynchronizowane. Kiedy przeszliśmy przez próg, wyświetlały akurat obraz domu płonącego w ciemnościach. Otaczali go pracownicy służb ratowniczych. Na zbliżeniu pokazano kobietę wychyloną z okna na piętrze, z którego buchały kłęby czarnego dymu. Twarz miała owiniętą ręcznikiem. Upuściła trzymane na rękach dziecko. Nie odrywałem wzroku od ekranu, zaciekawiony, co będzie dalej, ale szpil cofnął się i pokazał upadek dziecka jeszcze dwa razy, w zwolnionym tempie. Potem scena się urwała i na ekranie pojawił się sportowiec robiący sztuczki z piłką, a chwilę później ten sam piłkarz łamiący sobie nogę podczas meczu. Tę scenę również powtórzono kilkakrotnie w zwolnionym tempie, żebyśmy mogli wyraźnie zobaczyć, jak noga się wygina i kość pęka z trzaskiem. Kiedy siadaliśmy przy stoliku, miejsce piłkarza zajął niezwykle urodziwy i elegancki mężczyzna, na oczach widzów aresztowany przez policję. Moi towarzysze zerkali na ekrany od czasu do czasu, ale szybko tracili zainteresowanie nimi; najwidoczniej wykształcili jakiś rodzaj odporności na ruchome obrazy. Ja nie mogłem oderwać od nich wzroku, postarałem się więc zająć takie miejsce przy stole, żeby nie mieć bezpośredniego widoku na żaden ekran — ale i tak, kiedy obraz na szpilu zmieniał się gwałtownie, moje oczy uciekały w bok. Czułem się jak nadrzewna małpa, która reaguje na każdy szybko poruszający się obiekt.

Usiedliśmy w kącie, zamówiliśmy jedzenie i rozmawialiśmy przyciszonymi głosami. Jadalnia, która po naszym wejściu ucichła, powoli tajała i znów dał się słyszeć szmer rozmów. Przyszło mi do głowy, że niepotrzebnie wybraliśmy stolik w kącie, bo w razie kłopotów nie uda nam się szybko wyjść.

Okropnie brakowało mi Lio. Fachowym okiem oceniłby sytuację, wykrył ewentualne zagrożenie i podjął kroki zapobiegawcze. Całkiem możliwe, że pomyliłby się przy tym dramatycznie, tak jak to miało miejsce z Estemardem, ale przynajmniej ja miałbym tę sprawę z głowy i mógłbym zająć się czymś innym.

Taki Sammann, na przykład. Kiedy się do nas przyłączył, ucieszyłem się, bo zna się na wielu rzeczach, o których ja nie mam pojęcia. I wszystko było w porządku, dopóki obozowaliśmy w górach nad jeziorem. Teraz jednak, gdy zagłębiliśmy się w świat sekularny, przypomniałem sobie obowiązujący deklarantów i itów odwieczny zakaz kontaktów; nie można go chyba było złamać w sposób bardziej ewidentny, niż my to zrobiliśmy. Czy otaczający nas ludzie wiedzieli o tym zakazie? A jeżeli tak, to czy wiedzieli, po co został wprowadzony? I czy przebywając wśród nich, nie budziliśmy czasem jakichś starych lęków? Przykrych wspomnień? Czy ich policja ochroniłaby nas przed linczem, czy raczej przyłączyła się do tłuszczy?

Ganelial Crade zaczął obdzwaniać znajomych w okolicy. Drażniło nas to, więc kiedy się zorientował, że wszyscy spoglądamy na niego wilkiem, wstał i przesiadł się do innego stolika. Poprosiłem Sammanna, żeby poszukał informacji na temat matemu przy wieży obserwacyjnej. Zaczął przeglądać na piszczku mapy i zdjęcia satelitarne, znacznie lepsze i dokładniejsze niż te zapisane w mapomacie. Rzadko zdarzało mi się oglądać takie obrazy — a pewnie tak właśnie widzieli Arbre Kuzyni ze swojego statku na orbicie. To naprowadziło mnie na odpowiedź na pytanie, które od poprzedniego ranka kołatało mi się po głowie.

— Zaraz! — odezwałem się. — Orolo też oglądał takie zdjęcia. Nawet niektóre powiesił sobie na ścianie w celi.

— Szkoda, że wcześniej mi nie powiedziałeś — stwierdził oschle Sammann.

Nie pierwszy raz odniosłem wrażenie, że my, deklaranci, jesteśmy tylko dziećmi, a itowie wcale nie należą do niższej kasty, lecz pełnią rolę naszych opiekunów. W pierwszym odruchu chciałem go przeprosić, ale w porę zdałem sobie sprawę, że jeśli raz zacznę przepraszać, nie będę umiał przestać. Jakimś cudem udało mi się opanować ogarniające mnie zakłopotanie, zanim weszło w fazę błota pod włosami.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)