Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 163
Перейти на страницу:

– Na co pan czeka? Dość tego, gdzie jest łóżko, które panu służy do ściągania należności z szantażowanych osób? – powiedziała kobieta. – Myśli pan, że jeżeli więcej wypiję, to mniej się będę brzydzić?

– O, jest Hortensja – powiedział. – Nie, niech pani nie wstaje, nie trzeba. Cześć, kochana. Przedstawiam ci panią bezimienną. A to właśnie Hortensja, proszę pani. Troszeczkę wlana, ale jak pani widzi, całkiem nieźle wygląda.

– Troszeczkę? Przecież j a lecę z nóg – zaśmiała się Hortensja. – Bardzo mi miło, pani bezimienna, bardzo mi miło. Dawnoście przyjechali?

– Przed chwilą – powiedział. – Siadaj, dam ci coś do picia.

– Nie wyobrażaj sobie, że pytam przez zazdrość, moja pani bezimienna, to tylko’ ciekawość – śmiała się Hortensja. – Nigdy nie jestem zazdrosna o piękne kobiety. Oj, lecę z nóg. Zapalisz?

– Masz, to cię podreperuje – powiedział podając jej szklankę. – Gdzie byłaś?

– Na przyjęciu u Lucy – powiedziała Hortensja. – Powiedziałam Quecie, żeby mnie przywiozła, bo tam już wszyscy chodzili na rzęsach. Ta wariatka Lucy zrobiła kompletny striptease, mówię ci. No to pijmy, pani bezimienna.

– Jak nasz przyjaciel Ferro się dowie, Lucy dostanie po tyłku – powiedział z uśmiechem. – Lucy to przyjaciółka Hortensji, proszę pani, kochanka jednego takiego nazwiskiem Ferro.

– Gdzie tam, nic jej nie zrobi, na odwrót – powiedziała Hortensja rechocząc głośno i zwracając się ku kobiecie. – On jest zachwycony, kiedy Lucy tak szaleje, to rozpustnik. A pamiętasz, skarbie, jak Ferro kazał Lucy tańczyć na golasa, tutaj, na stole w jadalni? Ale ty ciągniesz jak gąbka, moja pani bezimienna. Dolej twojemu gościowi, nie bądź taki skąpy.

– Sympatyczny facet z tego naszego Ferro – powiedział. – A jak chodzi o to, żeby się zabawić, to wręcz niezmordowany.

– Zwłaszcza z babkami – powiedziała Hortensja. – Nie był na przyjęciu, Lucy się wściekała i mówiła, że jeżeli się nie zjawi do dwunastej, zadzwoni do niego do domu i dopiero będzie skandal. Nie, to już nudne, puśćmy jakąś płytę.

– Muszę iść – wybąkała kobieta nie podnosząc się z fotela, nie patrząc na żadne z nich. – Proszę mi wezwać taksówkę.

– O tej porze? Sama? Taksówką? – powiedziała Hortensja. – Nie boisz się? Kierowcy to bandyci.

– Chwileczkę, tylko załatwię jeden telefon – powiedział. – Halo, Lozano? O siódmej zwolnisz doktora Ferro. Tak, niech pan się tym zajmie osobiście. Punktualnie o siódmej rano. To wszystko, Lozano, dobranoc. Ferro, Perrito? – powiedziała Hortensja. – Aresztowali Ferrita?

– Wezwij taksówkę dla pani bezimiennej i zamknij buzię, Hortensjo – powiedział. – Może się pani nie bać kierowcy. Każę policjantowi, żeby panią odwiózł. Jesteśmy kwita.

III

Czy pani kochała pana Cayo? Nie za bardzo. Płakała nie za nim, tylko dlatego, że wyjechał i zostawił ją bez grosza: nędznik, pies. To twoja wina, mówiła panienka Queta, ona jej to tyle razy powtarzała, niech ci chociaż kupi samochód, niechbyś chociaż miała ten domek na własność. Ale przez pierwsze tygodnie wszystko było w San Miguel prawie bez zmian; spiżarnia i lodówka jak zwykle pełne zapasów, Simula po staremu dawała pani rachunki, pod koniec miesiąca dostały pensję, caluteńką, nie okrojoną. W tamtą niedzielę, jak tylko się spotkali na Berteloto, zaraz zaczęli mówić o pani. Co ona teraz zrobi, mówiła Amalia, kto jej pomoże. A on: to cwana babka, zanim się obejrzysz, już sobie znajdzie następnego nadzianego faceta. Nie mów tak o niej, powiedziała Amalia, nie lubię, kiedy tak mówisz. Poszli do kina na argentyński film, a po filmie, jak wychodzili, Ambrosio mówił „che” i inne argentyńskie słowa i tak wymawiał jak Argentyńczyk; ty wariacie, śmiała się Amalia, i nagle zobaczyła twarz Trinidada. Byli w pokoiku na ulicy Chiclayo i już się rozbierali, kiedy przyszła jakaś może czterdziestoletnia kobieta ze sztucznymi rzęsami i dalej rozpytywać o Ludovica. Mina jej się wydłużyła, kiedy Ambrosio powiedział wyjechał do Arequipy i jeszcze nie wrócił. Kobieta wyszła, a Amalia zaczęła się podśmiewać z jej sztucznych rzęs, i Ambrosio mówił ona szuka okazji, żeby sobie łyknąć. Aha, właśnie, a co się stało z Ludovikiem? Oby nic się nie stało, biedaczysko tak nie chciał jechać. Zjedli obiad w śródmieściu i spacerowali aż do zmroku. Potem usiedli na ławce w alei República, rozmawiali i patrzyli na przejeżdżające samochody. Powiał wietrzyk, Amalia przytuliła się do Ambrosia, a on ją objął ramieniem: chciałabyś mieć własny domek i żebym ja był twoim mężem, Amalio? Popatrzyła na niego zdziwiona. Już niedługo będą mogli się pobrać i mieć dzieci, Amalio, on na to odkłada pieniądze. Naprawdę? Będą mieli dom i dzieci? Wydawało się to tak odległe, tak trudne do osiągnięcia, i Amalia, leżąc na plecach na jego łóżku, usiłowała sobie wyobrazić, że mieszka razem z nim, gotuje mu obiady i pierze bieliznę. Nie mogła. Ale dlaczego, głupia? Przecież tyle ludzi co dzień się żeni, więc i wy też możecie się pobrać.

Minął może miesiąc od wyjazdu pana, kiedy pewnego dnia pani wpadła do domu jak burza: załatwione, Quetita, od przyszłego tygodnia u tego grubasa, od dziś zaczynam próby. Musi zadbać o linię, więc gimnastyka, turecka łaźnia. Naprawdę? Pani będzie występowała w lokalu? Jasne, tak jak kiedyś. Kiedyś była sławna, Amalio, tylko rzuciłam karierę dla tego niewdzięcznika, a teraz zacznie na nowo. Chodź, to ci pokażę, wzięła ją za ramię, pobiegły obie na górę i pani wyjęła z biurka album z wycinkami, nareszcie to, co tak chciałaś zobaczyć, pomyślała Amalia, o popatrz, popatrz. Pokazywała jej z dumą: w długiej sukni, w płaszczu kąpielowym, z rozpuszczonymi długimi włosami, na estradzie, jako Królowa, rozdająca pocałunki. I posłuchaj, Amalio, co pisały gazety: była piękna, miała piękny głos, odnosiła sukcesy. W domu wszystko wywróciło się do góry nogami, pani o niczym nie mówiła, tylko o swoich próbach, i musiała przestrzegać diety, w południe grejpfrutowy sok i befsztyk z rusztu, wieczorem sałata bez przyprawy, konam z głodu, ale trudno, pozamykajcie okna i drzwi, jak się zaziębię przed pierwszym występem, to koniec, miała rzucić palenie, dla artystki papieros to trucizna. Któregoś dnia Amalia usłyszała, jak pani się skarży panience: nie wziął mnie nawet na ryczałt, ten grubas to skąpiec. A zresztą, Quetita, najważniejsze, że ma okazję występować, jak znów pozyska publiczność, będzie stawiać warunki.

Wychodziła do grubasa o dziewiątej, w spodniach i zawoju na głowie, z walizeczką, a wracała o świcie, mocno wymalowana. Teraz najbardziej jej chodziło o to, żeby schudnąć, to było nawet ważniejsze niż czystość w domu. Rzucała się na gazety, popatrz, Amalio, co o mnie piszą! A jak mówili dobrze o innej, wpadała w złość: ta im na pewno zapłaciła, ta ich przekupiła.

Wkrótce znowu zaczęły się przyjęcia. Czasem Amalia widywała na nich tych samych eleganckich starszych panów, co przychodzili jeszcze za pana Cayo, ale przeważnie było to zupełnie inne towarzystwo: młodsi, nie tak dobrze ubrani, bez samochodów, za to jacy weseli, i jakie kolory, jakie krawaty, to artyści, brzęczała jej nad uchem Carlota. Pani bawiła się do ostatniego tchu, dzisiaj kreolski bal, Amalio! Kazała Simuli przyrządzać kurę w papryce albo kaczkę z ryżem, na przystawkę rybną sałatkę i zamawiała w sklepiku piwo. Już nie zamykała drzwi spiżarni, nie kazała im iść spać. Amalia widziała, jak stara się bawić i szaleć, pani przechodziła z objęć jednego gościa do drugiego podobnie jak jej przyjaciółki, pozwalała się całować i piła więcej niż inne. Ale mimo to, kiedy Amalia zobaczyła, że rano po przyjęciu z łazienki wychodzi jakiś pan, zrobiło jej się wstyd i była trochę zła. Cwana babka, Ambrosio miał rację. Nie minął miesiąc, a już złapała następnego. Cwaniara, tak, ale dla niej zawsze taka dobra, i kiedy podczas wychodnego Ambrosio pytał no co tam u pani, ona mu kłamała pani bardzo smutna, odkąd pan wyjechał, wszystko po to, żeby Ambrosio nie myślał źle o pani.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)