Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Jak ci się zdaje, którego wybierze? szeptała Carlota. No bo pewnie, pani miała w czym wybierać: ciągle dzwonili, często przysyłali kwiaty z liścikami, które pani czytała przez telefon panience Quede. Wybrała sobie jednego, który przychodził jeszcze za czasów pana, Amalia kiedyś myślała, że on podrywa panienkę Quete. Szkoda, taki stary, mówiła Carlota. No ale bogaty, wysoki i dobrze się prezentował. Ta jego czerwona twarz i białe włosy, chciałoby się do niego mówić tatusiu, dziadziu, a nie señor Urioste, śmiała się Carlota. Bardzo grzeczny, wychowany, ale jak wypił, to mu uderzało do głowy, wytrzeszczał oczy i rzucał się na kobiety. Raz, drugi i trzeci został na noc i odtąd już często świt go zastawał w willi w San Miguel, a odjeżdżał koło dziesiątej, swoim wozem ceglastego koloru. Staruszek rzucił cię dla mnie, mówiła pani ze śmiechem, a panienka Queta też ze śmiechem: daj mu szkołę, kochana. Wyśmiewały się z niego, tak, jak to one zawsze. Jeszcze ci się podoba, kochana? Nie, ale to lepiej, w ten sposób mniej cię zdradzam, Quetita. Tak, to pewne, była z nim tylko dla pieniędzy. Pan Urioste nie wzbudzał takiej niechęci i strachu jak don Cayo, raczej szacunek, a nawet rozczulenie, kiedy zstępował po schodach, a oczy miał zmęczone i wypieki na policzkach, i wrzucał Amalii do fartuszka kilka solów. Był hojniejszy niż don Cayo, przyzwoity gość. Więc kiedy po kilku miesiącach przestał przychodzić, Amalia przyznawała mu rację myśląc: dlatego że taki stary, to już ma pozwolić, żeby go zdradzała? Dowiedział się o tej historii w Pichón, dostał ataku zazdrości i poszedł, opowiadała pani panience, to nic, wróci pokorny jak baranek. Ale nie wrócił. Czy pani ciągle taka smutna? spytał ją Ambrosio którejś niedzieli, Amalia powiedziała mu prawdę: pani już się pocieszyła, pani miała kochanka, pokłóciła się z nim, a teraz sypia z różnymi mężczyznami. Pomyślała, że on jej powie a widzisz, nie mówiłem? i może będzie chciał, żeby przestała tam pracować. Ale on tylko wzruszył ramionami: no cóż, zarabia na życie, a zresztą co mi do tego. Miała ochotę mu odpowiedzieć: a jakbym ja tak robiła, to też by cię nie obchodziło? ale się powstrzymała. Widywali się co niedziela, szli do pokoju Ludovica, czasem się z nim spotykali i zapraszał ich na obiad albo na piwo. Czy miał jaki wypadek? zapytała go Amalia za pierwszym razem, kiedy go zobaczyła z obandażowaną głową. Tak, wypadek z tymi z Arequipy, roześmiał się, ale teraz to już nic, było gorzej. Tak jakby się z tego cieszył, powiedziała Amalia do Ambrosia, a on na to: bo dzięki temu mordobiciu wzięli go na etat, Amalio, teraz jest na stałe w policji, więcej zarabia i coś znaczy.
Pani ledwo się pokazywała w domu, więc żyły sobie tak swobodnie i lekko jak nigdy. Po południu razem z Carlota i Simula słuchały radia i puszczały płyty. Któregoś ranka zaniosła śniadanie do pokoju pani i w przejściu zobaczyła takiego mężczyznę, że aż ją zatkało. Carlota, zbiegła po schodach okropnie rozgorączkowana, Carlota, jaki młody, jaki piękny chłopak, a Carlota jak go zobaczyła, trzymaj mnie, bo się zakocham. Pani razem ze swoim gościem zeszła na dół bardzo późno, Amalia i Carlota patrzyły na nich ogłupiałe, z zapartym tchem, miał taki pieprzyk, że można było dostać szału. Nawet pani wyglądała jak zahipnotyzowana. Łagodna i czuła, robiła pieszczotliwe minki, karmiła go swoim widelcem, szczebiotała jak mała dziewczynka, targała mu włosy, szeptała do ucha mój najdroższy, mój skarbie, moje życie. Amalia jej nie poznawała, taka słodka, i te spojrzenia, i ten głosik.
Pan Lucas był taki młody, że nawet pani wyglądała przy nim staro, i cały był jak obrazek, Amalii aż się robiło gorąco, kiedy na niego patrzyła. Czarne włosy, zęby bieluteńkie, ogromne oczy, ruchy książątka. Z nim to już nie dla pieniędzy, opowiadała Amalia Ambrosiowi. Pan Lucas nie ma sobie równego. Był Hiszpanem, śpiewał w tym samym lokalu co pani. Poznaliśmy się i to jest miłość, zwierzyła się pani rozmawiając z Amalia i spuściła oczy. Ona go pokochała, ona go kocha. Czasami pan i pani dla zabawy śpiewali razem, a Amalia i Carlota: niechby się pobrali, niechby mieli dzieci, pani była taka szczęśliwa.
Ale pan Lucas zamieszkał w San Miguel i pokazał pazury. Prawie nigdy nie wychodził z domu przed wieczorem i leżąc na kanapie kazał sobie ciągle coś podawać, a to drinka, a to kawę. Nic mu nie smakowało, na wszystko kręcił nosem i pani gniewała się na Simule. Żądał najbardziej wyszukanych dań, masz tu twoje cholerne gazpacho, zrzędziła Simula i to było pierwsze mocniejsze słowo, jakie Amalia od niej słyszała. Wrażenia z pierwszego dnia szybko się zatarły i nawet Carlota zaczęła go nie cierpieć. Był nie tylko grymaśny, ale jeszcze do tego okażą) się bezczelny. Beztrosko wydawał pieniądze pani, kazał sobie kupować różne rzeczy i mówił poproś Hortensję, to zapłaci. Hortensja to mój bank. Poza tym nie było tygodnia, żeby nie urządzał przyjęcia, strasznie to lubił. Pewnego wieczoru Amalia zobaczyła, jak całował w usta panienkę Quete. Jak ona mogła, przecież tak się przyjaźniła z panią, i co by pani zrobiła, gdyby ich na tym złapała. Nic, pewnie by przebaczyła. Była tak strasznie zakochana, wszystko od niego znosiła, jedno jego czułe słówko rozpraszało jej zły humor, odmładzało ją. A on to umiał wykorzystać. Dostawcy przynosili rachunki za różne rzeczy, które sobie kupował, a pani płaciła albo opowiadała im niestworzone historie, żeby tylko przyszli innym razem. Właśnie wtedy Amalia pierwszy raz zdała sobie sprawę, że pani ciągle brak pieniędzy. Ale pan Lucas nic jej nie dawał, tylko co dzień żądał więcej. Nosił się bardzo elegancko, kolorowe krawaty, świetnie skrojone garnitury, giemzowe buciki. Życie jest krótkie, skarbie, śmiał się, trzeba je dobrze przeżyć, skarbie, i otwierał ramiona. Dzieciak z ciebie, kochany, mówiła pani. Jak się zmieniła myślała Amalia, pan Lucas zrobił z niej łagodną koteczkę. Patrzyła, jak pani podchodzi do niego z pieszczotliwą minką, jak klęka u jego nóg, opiera mu głowę na kolanach, i nie wierzyła własnym oczom. Słyszała, jak pani mówi no spójrz na mnie, najdroższy, jak cichutko go błaga no popieść swoją staruszkę, która cię tak kocha, i nie wierzyła, nie wierzyła.
W sześć miesięcy potem, jak pan Lucas wprowadził się do San Miguel, skończyły się luksusy. Spiżarnia świeciła pustkami, w lodówce było już tylko mleko i trochę jarzyn, przestało się zamawiać cokolwiek w sklepie. Whisky przeszło do historii i teraz na przyjęciach goście pili pisco z gingerale, a do tego były maleńkie zakąski, już nie kreolskie dania. Amalia opowiadała o tym Ambrosiowi, a on się uśmiechał: niezły alfons z tego Lucasa. Po raz pierwszy pani zaczęła sprawdzać rachunki, Amalia śmiała się w duchu patrząc na twarz Slmuli, kiedy pani kazała jej zwracać resztę. I pewnego pięknego dnia Simula oświadczyła, że ona i Carlota odchodzą. Do Huacho, proszę pani, otworzą tam sklepik. Ale ostatniego wieczora przed odejściem, kiedy Amalia była taka zmartwiona, Carlota ją pocieszyła: nieprawda, nie wyjadą do Huacho, będziemy się widywać. Simula znalazła jeden dom w śródmieściu, ona będzie kucharką, a Carlota pokojówką. Ty też powinnaś odejść, Amalita, mama mówi, że tutaj wszystko się wali. No co, czy odejdzie? Nie, pani była taka dobra. Została i jeszcze dała się namówić na kucharzenie, za co dostawała pięćdziesiąt solów więcej. Od tego czasu państwo już prawie się nie stołowali w domu, lepiej chodźmy coś zjeść na mieście, skarbie. Bo ja nie umiem gotować i moje potrawy stają w gardle, opowiadała Amalia Ambrosiowi. Ale pracy miała trzy razy tyle: sprzątanie, trzepanie, słanie łóżek, i jeszcze pozmywać, pozamiatać, i to pitraszenie. Dom już tak nie lśnił czystością. Amalia widziała, jak pani cierpi, że przez cały tydzień patio nie sprzątane, że przez trzy, cztery dni nawet nie ruszyła miotełką w salonie. Pani zwolniła ogrodnika i geranie powiędły, a trawa uschła. Odkąd mieszkał tu pan Lucas, panienka Queta już nigdy nie zostawała na noc, ale przychodziła jak dawniej, czasami z tą gringa, z panią Ivonne, która podkpiwała z pani i pana: no i jak tam, moje turkaweczki, moi narzeczem. Pewnego dnia, kiedy pan wyszedł, Amalia słyszała, jak panienka Queta krzyczy na panią: on cię rujnuje, to darmozjad, musisz go rzucić. Pobiegła do spiżarni: pani słuchała skulona w fotelu i nagle podniosła twarz i płakała. Tak, wszystko prawda, ja wiem, Quetita, i Amalia też o mało się nie popłakała, ale co ona ma robić, Quetita, ona go kocha, pierwszy raz w życiu naprawdę kocha. Amalia wyszła ze spiżarni, pobiegła do swojego pokoju i przekręciła klucz. Widziała twarz Trinidada, kiedy był chory, kiedy go wsadzili do więzienia, kiedy umarł. Nigdy nie odejdzie, zawsze będzie z panią.