Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Kim? – Teraz z kolei ja się zdziwiłem.
– Widziałeś nasze domy?
– Tak. – Próbowałem przypomnieć sobie nagranie wideo. – Wieże, bardzo smukłe i wysokie. Pokazywano je przelotnie.
– Słusznie. Są zbyt piękne… tylko dekoncentrowałyby żołnierzy. My też staramy się nie patrzeć na wasze obrazy i miasta… staramy się.
Uśmiechnąłem się ironicznie. Ale Nes nie zauważył mojego uśmiechu.
– Mój brat… tak, to najlepsze określenie… stworzył program dla rakiet, które zniszczyłyby Ermitaż, Luwr, katedrę w Barcelonie, Watykan, Mekkę, galerię Prado…
Fang ze szlochem wciągnął powietrze. Puściłem go, usiadłem z boku. Coś się działo. Coś nieprawdopodobnego.
– Stworzył program i skończył ze sobą. Konflikt prawd. Rozumiesz?
– Chyba tak… Dlaczego walczycie?
– Mówiłem o grawerce. – Nes chyba doszedł do siebie. – Wybacz, wrogu, to była dygresja. Jesteś dobrym wrogiem, umiesz walczyć, umiesz mówić i słuchać. Mogę nazywać cię księciem? To bardziej odpowiedni tytuł.
Skinąłem głową. Może byłem bliżej rozwiązania zagadki niż którykolwiek z ludzi. Fang mi tłumaczył! Nic dziwnego, że Obojętni się denerwowali.
– Książę, każdy Fang, gdy dorośnie, dostaje dom. Najpierw jest to mały domek, parterowy, potem buduje się go coraz wyżej. Niektórzy mają domy dwu – albo trzypiętrowe. Inni dwunastopiętrowe, a nawet wyższe pałace. Na zewnętrznych ścianach ryje się spiralny wzór. Rozumiesz? Od dnia narodzin aż do śmierci. Wzór niesie słowa, niesie pamięć. Rozumiesz, książę? Całe życie, od narodzin do śmierci, na ścianach domów. Całe życie na oczach obcych. Dowolny
czyn, dobry czy zły, na widoku. To, co było ważne, znaczące, piękne, bardzo piękne – widzą wszyscy. Ideał to równa linia biegnąca z dołu do góry. Tak się nie zdarza. Twoja wieża, twój dom, mogą być wysokie i brzydkie albo niskie i piękne. Bardzo rzadko, co jest bardzo chwalebne, zdarzają się wysokie z prawidłowym wzorem. Wzór robi grawer. Musi mieć dokładne ruchy, zręczne palce, dobrą pamięć dla tysięcy wzorów… Być grawerem to nie praca, lecz dar. Ja go miałem. Ale okazało się, że jestem lepszym żołnierzem niż grawerem. Świetny refleks, siła, umiejętność przystosowania się. Dobrze rozumiem obcych, zwłaszcza ludzi. Bardzo podobają mi się obrazy Ziemi… Atomowy krzyż. Widziałeś?
Odruchowo skinąłem głową. Muzyka jego słów hipnotyzowała.
– Co to był za malarz… Atomowy krzyż, Ukrzyżowanie, Bitwa Tetuanu, Oko czasu, Madonna Port Ligate… On był wszystkim, człowiekiem i Fangiem.
– Dali – wyszeptałem. Nie lubię surrealistów. Nienawidzę Malewicza. Ale sztuka Dalego to coś wyjątkowego, szalonego, coś, co przerosło rozum.
– Chciałem być grawerem – powtórzył Fang – ale zostałem żołnierzem. Udowodniliście nam coś. Mieliście słuszność. Wasza prawda jest nieśmiertelna. Odpowiedziałem na twoje pytania, wrogu Siergieju. Zabij mnie, przegrałem.
– Wyjaśniaj dalej – powiedziałem, nie wiedząc, że teraz już błagam. – Nie zrozumiałem cię, Fangu! Powiedz, na czym polega nasze nieszczęście! Nie chcę, żebyśmy się zabijali!
– Nie mogę nic wyjaśnić – powiedział cicho Nes. – Wiedza, która jest ofiarowana, przemienia się w kłamstwo. Twoi potomkowie oduczyli się rozumieć. Domyśl się. Zrozum.
– Nie umiem – odparłem. – Jestem tylko człowiekiem… Wyjaśnij.
– Domyśl się. – Nes zamknął oczy. – Zabij mnie, człowieku. Jeśli Obojętni mają rację, a nie może być inaczej, zwyciężysz. I Fangowie wygrają.
– Odejdź.
Nes zamilkł.
Bierz katapultę i spadaj. Dopóki ci pozwalam. No, jazda! Fang podszedł do miejsca, w którym rozpadła się jego kapsuła ratunkowa. Pogrzebał wśród białych płytek, które topniały jak suchy lód w gorący dzień. Wyjął cienki srebrzysty sznur, potrząsnął… Sznur stwardniał, zmienił się w obręcz. Powietrze w środku obręczy zmętniało, jakby zaciągnięte matowym szkłem.
– Wyrzuci cię w próżnię w połowie drogi – przypomniałem.
Nes zaczął naciągać kombinezon.
– Dlaczego złamałeś swoje słowo i próbowałeś mnie zabić? Dlaczego teraz mnie wypuszczasz?
– Jesteś wrogiem. Wy też nie dotrzymujecie obietnic. Podniosłem pistolet i miecz. Wpatrzony w ubierającego się Nesa ciągnąłem:
– A wypuszczam cię na przekór Obojętnym.
– Nienawiść. Zło czyni dobro… – Fang trzymał obręcz w uniesionych nad głową rękach. Wokół jego głowy tworzył się obłoczek mgły, hełm siłowy. – Już zrozumiałem, co się w tobie zmieniło, Siergiej. Pozbawiono cię miłości.
– Co takiego?
– Twoja psychika jest okaleczona. Została w niej tylko nienawiść. Wcześniej tego nie było, studiowałem twoje profile psychiczne. Teraz są niepełne. Nie wiem, kto mógłby to zrobić… Może Obojętni. Ale oni nie zniżają się do bezpośredniej ingerencji, istnieją w naszym świecie w sposób pasywny… – Zamilkł. Po chwili odezwał się znowu, a jego głos brzmiał głucho i prawie niezrozumiale: – Książę, Obojętni zdolni są do działania poza czasem. W hiperprzestrzeni. Przypomnij sobie…
Rozłożył ręce – obręcz przesunęła się w dół, wzdłuż jego ciała – i nagle tam, gdzie stał Fang, była już tylko rzednąca mgła.
– Mądrala – powiedziałem cicho. – Pozer. Żeby tak cię znalazły nasze patrole i też pozbawiły miłości… poza czasem.
Zamilkłem. Patrząc na strzępy mgły hiperprzejścia, przypomniałem sobie swój skok na Kleń. I migotliwe ostrze, na które spadałem. Żałosna próba zobaczenia czegoś niewyobrażalnego.
„Pomożemy ci… Zabierzemy to, co zbędne”.
8. Dar przyjaciela
Diabelskiej Gwiazdy nie sposób było teraz odróżnić od innych gwiazd na nieboskłonie Klena. Ciepła też nie dawała zbyt dużo. Powietrze stygło szybko, jak herbata z termosu nocą w górach…
Dziwne. Zabieg wykonany przez Obojętnych miał zabawny efekt uboczny – poprawa pamięci. Wróciło to, czego nie pamiętałem już od wielu lat. Zabawne dziecinne walki, bójki na ulicach nocnej Ałma Aty, ponure koszary uczelni, Kaukaz, Mołdawia, transportery opancerzone z pospiesznie namalowanymi napisami Pokojowe siły WNP…
Przypominałem sobie XX wiek. Idąc po kamienistej, pokrytej szronem równinie, myślałem o swojej młodości. Śmieszne, zawsze uważałem się za młodego, aż do dzisiejszego dnia. Teraz zrozumiałem, że się postarzałem.
Młodość odeszła razem z miłością.
Obojętni pomogli mi dorosnąć – albo zestarzeć się, co w sumie na jedno wychodzi. Człowiek ma tylko dwa stany: młodość i starość. Jak w tych chemicznych związkach, które bezpośrednio ze stanu stałego przechodzą w gazowy, omijając ciekły.
Czasem pasuje tylko głupie porównanie.
Gdy zimno stało się nie do zniesienia, włączyłem termoregulator kombinezonu. Nie wiadomo, na jak długo wystarczy baterii ani jak długo tu będę. A nie miałem zamiaru użyć pierścienia, żeby wrócić na Tar.
Tunelowe hiperprzejście to podróż poza czasem. W świecie Obojętnych. W ten sposób mieliby kolejną sposobność pomocy. Lepiej umrzeć, niż pozwolić wszechpotężnym nieludziom grzebać w mojej świadomości, przerabiać mój umysł.
Żeby wrócić do domu, potrzebuję statku. Hipergwiazdolot wychodzi z rzeczywistego świata w pięciowymiarową przestrzeń, ale nie przecina granicy czasu. Jestem chroniony przed troską Obojętnych. Ale co mnie chroni?
Może ich wszechpotęga i wszechwiedza? Obojętni nie przejawiają aktywności w naszym świecie, bo dla nich to nie ma sensu. Wszystko już się wydarzyło i ingerowanie w bieg wydarzeń to to samo co rozgrywanie na nowo dawno wygranej partii szachów. Ale w ich świecie, w świecie bez czasu i przestrzeni, jeszcze nic nie jest jasne. Wydarzenia jeszcze się nie wydarzyły, gra nie jest skończona. Trudno powstrzymać się przed pokusą zrobienia swojego ruchu.