Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 135
Перейти на страницу:

Spojrzenie płynie zewsząd, trudno je zlokalizować. Zresztą nie ma na to czasu. Podejmuję decyzję. Statek i człowiek znajdują kompromis – nie z Fangami, ale między sobą.

Wróg potrzebuje człowieka, zostawi w spokoju statek, na którym człowieka nie ma. Statek nie ma się gdzie ukryć. Człowiek ma hiperkatapultę.

Wiadomość nowa dla mnie-człowieka, normalna dla mnie-statku. Urządzenie nieco bardziej skomplikowane od pierścienia, który człowiek nosi na palcu. Hiperkatapulta jest nakierowana na planetę, na której jest Świątynia. Cel jest zbyt mały i nieoczekiwany, żeby zostać stwierdzony przez statki Fanga. Mogą dowiedzieć się o mojej decyzji tylko od Obojętnych. Ale wtedy każda walka byłaby bez sensu.

Wybór planety do katapultowania – przez generator liczb losowych. Najpierw wyodrębnienie mobilnej części statku, odesłanie jej w przeszłość, znowu na losowy odcinek czasu. Następnie aktywacja katapulty. Ja-statek i ja-człowiek jesteśmy zadowoleni. Nasze świadomości rozłączają się, to nie jest przyjemne. Może się jeszcze spotkamy? Może.

Żegnaj. Daj im popalić.

Żegnaj. Wyrwij się.

Znowu mrok i ból. Na chwilę, gdy moja świadomość oddziela się od rozumu statku, znowu zdobyłem samodzielność. Mignął mostek, twarze Ernada i Lansa, którzy jeszcze nie zdążyli uświadomić sobie, co się stało. Walka z Fangami trwała zaledwie kilkanaście sekund…

Na razie - przypłynęło niczym szelest. Mostek znikł, zanim zdążyłem powiedzieć przyjaciołom choć słowo. Teraz mogą uciec, uratować się. Wrażenie bezcielesności, znajome, przypominające aktywizowanie granatu temporalnego. Statek odrzucił mnie w przeszłość. O ile?

Sto czterdzieści siedem godzin czasu ziemskiego. Odcinek jest przypadkowy.

Nie zdziwiła mnie ta odpowiedź. Razem ze mną przez czas wyruszyła część statku Siewców. Wystarczająco rozumna, żeby odpowiadać na pytania i chronić mnie.

Wyjście w kosmos rzeczywisty.

Wokół zapłonęły barwne iskry. Odłamki brylantów na czarnym aksamicie, zamieszkane i pozbawione życia światy, arena przyszłej rzezi. Jatki nie da się uniknąć, teraz jestem o tym przekonany. Wystarczył mi kontakt ze statkami-pilotami Fanga, żeby zrozumieć to, co dla wszystkich było oczywiste – nie zdołamy się porozumieć. Nigdy.

Fotel, w którym nadal siedziałem, był umieszczony w niewielkiej kuli ze świecących prętów. Przez szerokie otwory „klatki” widać było kosmos. Co zasłaniało te śmiertelne dziury – szkło? Plastik?

Pole siłowe. Uwaga, prowadzone jest dostrojenie do losowo wybranego punktu sygnalizacyjnego. Przygotować się do hiperkatapultowania.

Dokąd wyrzuci mnie ten skok w niewiadomą? Dlaczego nie miałbym podać współrzędnych Tara? Ile czasu będę potrzebował, żeby powiadomić Terry, gdzie jestem, dołączyć do chłopców? Po co te komplikacje, przecież uciekliśmy Fangom, uratowaliśmy się…

Zmiany są niecelowe. Katapulta została aktywizowana.

Przez chwilę wydawało mi się, że dziesięć metrów od kulistej „klatki” pojawiło się ogromne, spłaszczone wrzeciono – statek bojowy Fangów. Ale świat znowu znikał, ciało przeniknęła lekkość. Tunelowe hiperprzejście. Nie za dużo przygód jak na jeden dzień?

Euforia spłukiwała świadomość. Harmonia barw – lazur, złoto, szkarłat, akwamaryna… Szalona kakofonia dźwięków, brzmiąca niczym najpiękniejsza melodia. Zawrotna prędkość, tylko cudem nie budząca strachu…

Dziwne – zachowałem odrobinę krytycyzmu, żeby spojrzeć na siebie z boku. Zdumiewające – zachwyt nie zamienił się w abstrakcyjną euforię, pozostał przykuty do rzeczywistości. Oszukałem Fangów. Jestem wolny. Jestem w drodze.

Uchylasz się – doszedł mnie łagodny szept, płynący zewsząd.

– Raczej tracę rozum – zaśmiałem się. – Rozmawiam sam ze sobą. Rozdwojenie osobowości. Byłem człowiekiem-statkiem… stałem się schizofrenikiem…

Jesteś zdrowy - powiedział zatroskany głos. – Ale uchylasz się od drogi. Sprowokowaliśmy atak na Somat… a ty wybaczyłeś nawet to. Niepotrzebnie. Musisz działać, rozmawiać z Fangami. Niewola byłaby świetną okazją. Powstrzymał cię strach.

– Nie boję się – wyszeptałem. Jakie to śmiesznie, że uważają mnie za tchórza!

O siebie – nie. O tych, którzy są ci bliscy – tak. To twoja rola – bronić. Przedtem prawidłowo ustawiałeś priorytety: ojczyzna, przyjaźń, miłość. Teraz się przesunęły. Nie poddałeś się Fangom z powodu Terry.

– Tak. I co z tego? Wybieram to, co jest dla mnie ważniejsze. To moje prawo. Sam stawiam cele i zmieniam priorytety. Gwiżdżę na cudze prawa, tworzę własne. Kim jesteś?

Euforia rozwiała się, ale nadal znajdowałem się w bezcielesnej lekkości hiperprzejścia. Coś się to wszystko za bardzo przeciąga…

Ingerencja. Wpływ z zewnątrz – głos towarzyszącej mi części statku był cieniem szeptu. Pewnie słyszałem go tylko dlatego, że minutę temu byliśmy jednością.

– Obojętni – powiedziałem niemal spokojnie. – Kim jesteście? Czego chcecie od nas… ode mnie?

Tego, czego nie chcesz ty. Pomożemy ci… usuniemy to, co zbędne.

Głos rozpłynął się, pozostał tylko bezkresny błękit, wirujący, zwracający się do mnie krawędzią. Nie płaszczyzna – raczej taśma, wstęga… klinga. Ostrze gigantycznego miecza, na który spadałem, już czując wagę własnego ciała, już zaczynając wierzyć w nieprawdopodobną realność wydarzeń. Lazurowa pustka i szara nić wycelowanego we mnie ostrza. I nawet białe rozbłyski na nim, jak na zwykłym mieczu płaszczyznowym… dotknąłem ostrza i świat wokół mnie znikł.

7. Dar wroga

Kula-klatka zmieniła się w lekkie metalowe rurki, które przysypały mnie jak połamane gałęzie. Fotel – w poduszkę nieokreślonego koloru. Wydostałem się spod odłamków hiperkatapulty metal rurek przy dotknięciu rozsypywał się w drobny, kłujący pył i rozejrzałem się.

Blade, błękitne, a może zielonkawe niebo. Mała, oślepiająco jasna gwiazda – miejscowe słońce. Kamienista równina z łańcuchem górskim na horyzoncie. Ani śladu człowieka.

Powietrze było dość chłodne, oddychało się łatwo. Odległe zapachy nie pozostawiały wątpliwości co do rosnących gdzieś niedaleko roślin. Po mieszkaniu na Somacie z łatwością wyczuwam ten nieuchwytny zapach życia.

Daremnie grzebiąc w odłamkach – żadnego zestawu awaryjnego nie było – zapytałem:

– Coś tu jeszcze działa? Odpowiadaj!

Ale nie było już komu – a raczej czemu – odpowiadać. Kopnąłem bezużyteczny chłam katapulty. Siewcy… żeby ich… Nawet statku wojskowego nie umieją wyposażyć jak należy.

Gdzie ja jestem, do cholery?!

Planeta najwyraźniej nadawała się do życia. Możliwe, że nawet była zaludniona. To tylko ja miałem pecha, lądując na pustyni. Na Tarze, gdy przybyłem księżniczce z pomocą, też tak było.

Sprawdziłem laserowy pistolet i miecz atomowy, siłowe i medyczne układy kombinezonu. Wszystko działało. To najważniejsze.

Najważniejsze…

Coś było nie tak. Wyczuwałem fałsz. Nie w otoczeniu, w sobie samym. Ale przecież ze mną wszystko było w porządku.

Nazywam się Siergiej. Jestem imperatorem z planety Tar. Mamy XXII wiek. Mój statek zaatakowali Fangowie, musiałem uciekać. Moi poddani, Ernado i Lans, zostali na statku. Muszę dostać się na planetę Ar-Na-Tin, żeby walczyć z Fangami. Żyję, jestem cały i zdrowy, mogę walczyć z wrogiem. Jestem zadowolony ze swojego losu.

1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)