Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Numer pokładowy… – zerknąłem na panel sterowniczy. – K łamane przez sześćdziesiąt dwanaście. Na pokładzie jest imperator planety Tar. Schodzę do lądowania, proszę podać numer wolnego pasa.
Przez kilka chwil dyżurny kosmoportu milczał, jakby przetrawiając moje słowa. W końcu niepewnie zapytał:
– A cel wizyty?
Chcę wam pomóc, kretyni! – nie wytrzymałem. – Kto wysyła pytanie na sto kilometrów przed kosmoportem? Wrogi statek dawno zasypałby was rakietami! Pytanie zadaje się przy wejściu w atmosferę i wysyła grupę przejęcia!
– Wszystkie patrole dostały wolne, mamy wiosenne święta, Dzień Słońca – wymamrotał dyżurny. – Zaraz połączę się z tauryjskim korpusem ekspedycyjnym…
– Cymbały – wysyczałem. – Połącz mnie z doradcą wojskowym Lansem, szybko!
Zapadła cisza. Kuter przeleciał nad łańcuchem górskim i zaczął schodzić niżej. Syczenie w głośnikach ustało – łączyli się teraz przez normalny nadajnik.
– Siergiej? To ty?! – krzyknął w głośnikach Lans. – Gdzie jesteś?
Spojrzałem na ekran.
– Nad stolicą tej sennej planety. Cześć, Lans.
– Cześć… Włącz łączność wideo!
Na ekranie pojawiła się stropiona twarz Lansa. Przez kilka chwil przyglądał mi się, w końcu rozkwitł w uśmiechu.
– Siergiej… jak się wydostałeś?
– Potem. Poinformuj tego głupka na kosmodromie, że nie jestem wrogiem. Niech zwolnią pas… i niech nie strzelają do kutra z cekaemów, czy czego tam używają. Zajmowaliście się beze mnie czymś pożytecznym czy tylko permanentną stypą po imperatorze?
Lans pospiesznie odsunął od siebie butelkę z różowym płynem i powiedział przepraszająco:
– Planeta jest raczej… pokojowa. Nie można się do nikogo dostać. A my nie mamy oficjalnych pełnomocnictw.
– Zaraz wszystkim wydam pełnomocnictwa – obiecałem ponuro. – Zorganizuj lądowanie.
– Dobrze… podjadę do kosmoportu.
– Lepiej ja do ciebie. Poleć dyżurnemu przygotować maszynę. Jeśli nie wszyscy świętują te bachanalie, rzecz jasna.
Musiałem zrobić kilka okrążeń nad małym przytulnym kosmoportem, zanim z pasów startowych rozpełzły się starożytne czołgi, przedpotopowe ciężarówki i chyba nawet kilka wozów strażackich. Ale się rozruszali… Kuter może wylądować na małym placyku, to nie samolot.
Zajęcie Ar-Na-Tiana najwyraźniej nie sprawi Fangom większych problemów.
W kierowaniu samochodem z normalnym silnikiem spalinowym było coś nostalgicznego. Zwłaszcza gdy zrozumiałem, że jeździ się tu na spirytusie, którego zapach nie płynie od mojego przewodnika, piętnastoletniego chłopca, z ważną miną siedzącego na przednim siedzeniu obok mnie.
– Na prawu – rozpaczliwie kalecząc standardowy kierował mnie dzieciak. – A za tym pałycem na liewo.
„Pałycem” był trzypiętrowy budynek z dwoma kolumnami przed wejściem. Wyhamowałem.
– Nie mogliśmy przejechać główną ulicą?
– Mogliśmy – potwierdził chłopak po chwili namysłu. Odgarnął z czoła rude loki i beztrosko oznajmił: – Ale tak ciekawij. Obok zabytki.
– Czy nie wspominałem, że się spieszę?
– Tak. Ale tak…
– Ciekawij – dokończyłem łagodnie. – Przyjacielu, macie tu u was więzienia dla niepełnoletnich?
– Nie – odparł chłopak ze smutkiem. – Tylko dla dorosłych…
– Otworzymy. Specjalnie dla ciebie.
Mały otworzył szeroko oczy.
– Mówię poważnie, przyjacielu – powiedziałem serdecznie.
– Prosto i na liewo. Na głównej ulicy, pałyc z wieżą… Nacisnąłem gaz i chłopiec zamilkł. Chyba przygryzł sobie język. Ale obok „pałycu” z kolumnami znowu dał głos:
– A prezient?
Chwycił mnie nerwowy śmiech. Wyszedłem z samochodu na brudną asfaltową drogę. Przez dziury w pokrywie chmur widać było żółte niebo. Słońce, mimo swojego święta, było nieobecne. Z daleka dobiegał hałas tysiąca głosów, przypominający chóralne pienia pacjentów kliniki leczenia uzależnień – ochrypłe i wesołe. Zdaje się, że mieszkańcy Ar-Na-Tina wraz z dzielnymi obrońcami planety właśnie przeprowadzali seans przeganiania chmur i przywracania dobrej pogody.
– W tym pałycu, na trzecim piętrze – podpowiedział cichutko przewodnik. – Prezient?
Poczułem znużenie. Poklepałem chłopaczka po ramieniu. Przycichł i zerknął na swoje ramiona, jakby spodziewając się, że wyrosną mu ogromne pagony, jak u dyżurnego kosmoportu.
– Zjeżdżaj ze stolicy, przyjacielu – poradziłem. – I to jak najszybciej.
Lans powitał mnie na schodach – pewnie słyszał, jak podjeżdża ta starożytna pyrkawka.
– Siergiej! – zawołał radośnie. – Chwała Siewcom, udało ci się…
– Milcz, pętaku! – Ledwie powstrzymałem się przed użyciem siły. – Planeta podana jak na talerzu, tylko brać! Gdzie nasza eskadra? Gdzie statki sprzymierzone, gdzie Siewcy?
Las pobladł i powiedział cicho:
– Imperatorze, jesteśmy winni, ale…
– Usprawiedliwiasz się? Pijany głupcze!
Po przesączonym spirytusem wnętrzu samochodu nie odróżniłbym zapachu alkoholu od smrodu benzyny, ale to mnie nie martwiło.
Lans padł na kolana w rytualnym geście poddania i powiedział cicho:
– Imperatorze, moja krew należy do ciebie. Pozwolisz, że przedstawię sytuację?
Skinąłem głową.
– Dożywotni prezydent planety… w dosłownym przekładzie Wielki i Wieczny Pastuch, wyznaczył nam audiencję na trzeci dzień od przybycia. Tego wymaga ich etykieta. Ernado jest teraz na Święcie Słońca, próbuje spotkać się z prezydentem w warunkach nieoficjalnych. Ja jestem gościem Djini, miejscowego przemysłowca, próbuję dostać się do prezydenta przez niego. Jedyne, co osiągnęliśmy, to wprowadzenie stanu wojennego. Ale to czysta formalność…
– Czystszej jeszcze nie widziałem!
– Mały krążownik i trzy lekkie statki patrolowe Tara otrzymały pozwolenie stacjonowania na planecie. To dzięki Djiniemu…
– Dlaczego jest tak mało statków? Gdzie Korpus Desantowy?
– Ziemia oznajmiła, że nie ma wystarczających podstaw do wysłania eskadry. A nasze statki… Terry wysłała je na poszukiwania, gdy dowiedziała się, że użyłeś katapulty.
– Idiotka! – zakląłem ze złością.
Lans szarpnął się jak od uderzenia. Powiedział cicho, jakby sam nie wierząc w to, co mówi:
– Ty nie jesteś Siergiej… Jesteś inny. Podróbka.
Jakby mnie oblał wrzątkiem. W milczeniu patrzyłem, jak Lans wyjmuje pistolet. Powiedziałem cicho:
– Ale nadal jestem twoim imperatorem, Lans.
Zamarł. A ja usiadłem na drewnianym progu brudnej klatki schodowej ceglanego pałacu na planecie Ar-Na-Tin.
– Posłuchaj, Lans… Zanim pójdziemy do twojego przemysłowca i zanim schowasz broń, opowiem ci, co się ze mną stało.
Siedzieliśmy pod słabą, zakurzoną żarówką, której jedyną zaleta było to, że jest elektryczna. Opowiedziałem o wszystkim. Pominąłem tylko rytuał wstąpienia do rodziny Aler.
– Co będziemy teraz robić, kapitanie? – zapytał nieoczekiwanie Lans.
– Żyć. Szykować się do walki. A ze swoimi uczuciami jakoś sobie poradzę.
– Kim są Obojętni?
– Potomkami Fangów. Nie sądzę, żeby Nes kłamał.
– W takim razie nie mamy żadnych szans, Siergiej.
– Oni nie mogą aktywnie ingerować w wydarzenia. Mogą tylko oddziaływać na psychikę ludzi podróżujących hipertunelem. Dlatego właśnie nie użyłem pierścienia na Klenie.
Lans skinął głową, przyznając mi słuszność albo godząc się z tym, co nieuniknione.
– Chodźmy do twojego przemysłowca. Na tej planecie cała władza nie może należeć do dożywotniego prezydenta. Nie pachnie tu dyktaturą, a to znaczy, że Wieczny Pastuch to podstawiona figura. Pewnie rządzą pieniądze.