Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Nes uśmiechnął się. Bez wątpienia naśladował ludzki uśmiech, ale robił to bardzo dobrze.
– Wszyscy coś wiedzą, nikt nie wie wszystkiego. Interesuje cię moje zdanie?
– Tak. – Nacisnąłem sensor, włączając tryb medyczny kombinezonu: skóra na rękach i twarzy nieznośnie swędziała.
– Obojętni to rasa, która osiągnęła granicę. To cywilizacja przyszłości, stojąca poza czasem i przestrzenią. To potomkowie Fangów.
– Nie – powiedziałem. – Nie, Fangu. Kłamiesz.
Nes mówił niczym w transie.
– Obojętni nie mają stałego ciała i go nie potrzebują. Są przede wszystkim obserwatorami. Nie niepokoi ich to, co dzieje się w naszym świecie, dla nich to przeszłość, która już się dokonała.
Tak jak dla Siewców w XX wieku, mignęła nieproszona myśl. On nie kłamie.
– Dla Obojętnych nie ma tajemnic. Czerpią informacje bezpośrednio z continuum. Nie ma dla nich przeszkód, bo korzystają z całej energii wszechświata. To prawdziwi bogowie.
– Straszysz mnie, Fangu – wysyczałem. – Ty śmierdzący draniu…
Nes znowu się uśmiechnął i zapytał spokojnie:
– Czy mój zapach ci przeszkadza? Zmieniliśmy chemiczny skład sierści, osiągając zapach, który byłby przyjemny dla ludzi.
– Po cholerę?
– Żeby było wam milej kontaktować się z nami.
Poczułem, jak kręci mi się w głowie. Mój prawie nagi jeniec zachowywał się tak, jakby był panem sytuacji.
– Dlaczego walczycie? Dlaczego jesteście tacy okrutni? Chcieliśmy zawrzeć z wami pokój!
Fang spoważniał. Sierść na jego twarzy stanęła dęba. Bladożółte tęczówki oczu pociemniały. W słabym świetle słońca nie umiałem dostrzec wyrazu jego twarzy, zresztą raczej nie pomogłoby mi to pojąć emocji Fanga.
– Ziemianinie Siergieju, który przybyłeś z przeszłości, odpowiem ci częściowo. Tylko dlatego, że przybyłeś z minionych wieków. Tylko dlatego, że masz dla historii dużo większe znaczenie, niż myślisz. Obojętni wtrącili się do twojego losu. Nigdy tego nie robią… a wyjątki od reguł zawsze są cenne.
Zamilkł – zbyt gwałtownie. Blaster pląsał w moich rękach z gracją pijanego marynarza. Fangu Nes, łajdaku… kłamiesz. Usypiasz moją czujność, ale ja się nie poddam. Jestem gotów cię zabić. Kłamiesz. Nie macie tak potężnych sprzymierzeńców. Kłamiesz.
Skłamię i ja.
– Siergiej, słuchaj i zapamiętaj. Chcieliśmy być normalni jak wszyscy Fangowie minionych stuleci. Poznaliśmy was i nie zostawiliście nam wyboru. Wy mieliście rację… zawsze. My się myliliśmy. Pozostała nam tylko jedna droga: zniszczyć ludzi albo zginąć. Weszliśmy na tę drogę. Idziemy tak, jak każe nam nasza natura, ludzi i Fangów. Zachwycamy się wami. Fangowie robią to, co jest piękne dla ludzi. Ludzie odkryli Fangom nową prawdę.
– O czym ty mówisz? – stropiłem się. – Co ty pleciesz? Robicie to, co podoba się ludziom?
– Tak – potwierdził spokojnie Fang.
– Oszalałeś! To, co robicie, jest ohydne! Jesteście okrutni i podli! Ludzie nienawidzą was!
Fang milczał dłużej niż zwykle. Potem powiedział bardzo cicho:
– Słowa mogą kłamać. Słowa mogą być ohydne. Myśl jest prawdziwa. Myśl jest piękna… Siergiej, powiedziałem to samo różnymi słowami. Żebyś zrozumiał. Teraz żądam wolności, i to jest słuszne. Wrócę na Fang, bo mam to, co ludzie nazywają hiperkatapultą…
– Idź do diabła! – krzyknąłem i nacisnąłem spust.
Promień lasera przebił powietrze tam, gdzie dopiero co stał Nes. Fang uskoczył – nieprawdopodobnie szybko. Chwilę później wybił mi pistolet z ręki, a ja znalazłem się pod ciężkim ciałem, pachnącym imbirem – a może cynamonem? Tak, zapach Fanga jest przyjemny dla człowieka.
– Czy wszystko było uczciwie, Siergiej? – zapytał Fang. Moje obie dłonie bez wysiłku przyciskał do ziemi jedną ręką. Ogromną, pięciopalczastą, włochatą… nawet ziemskie małpy nie mają sierści na łapach.
– Nie. Byłem nieuczciwy – wyszeptałem, daremnie próbując się uwolnić. – I wcale tego nie żałuję, Fangu. To… to było słuszne. Moje kłamstwo było konieczne.
– Twoje słowa są absurdalne – powiedział cicho Nes. – Tego nie można sobie wyobrazić. Czarne nie jest białe, prawda?
– Prawda – zgodziłem się. – Szkoda, że cię nie zabiłem. To byłoby piękne. Chociaż podłe.
Nes puścił mnie i odskoczył do tyłu. Oślepiające światło Diabelskiej Gwiazdy raziło oczy. Malutki punkt na niebie prawie nie grzał i nie rozpraszał półmroku. Ale patrzenie na niego sprawiało ból.
Sięgnąłem do miecza. Ha! Atomowego miecza nie było – Nes zerwał go, gdy powalił mnie na ziemię.
– Jesteś dziwny, Siergiej. – Był spokojny, tylko ogromne oczy błyszczały niezdrowym blaskiem. – Nic dziwnego, że Obojętni odstąpili od swoich praw. Ty możesz zmienić bieg historii, prawda?
Nie wiem. – Podniosłem się na łokciach, osłaniając oczy przed śmiercionośnym światłem Diabelskiej Gwiazdy i nie próbując już rzucić się na Fanga. To bez sensu, Fangowie są znacznie silniejsi od ludzi. Odczułem jego siłę w całej pełni. W walce wręcz nie da się wygrać z Fangiem. A gdyby kombinezon był włączony na wzmocnienie mięśni? Żywe tkanki nie poradzą sobie z pseudomuskułami…
– Zapewne możesz. – Fang siedział przed mną w kucki, niczym zamyślony pies. – Dziwne. Obojętni nie mogą całkowicie zrezygnować ze swoich reguł. Nie mogą zabić cię sami, chociaż to byłoby najprostsze. Muszą prosić o to nas… Nie mylą się. My rozumiemy ich racje. Ale…
Moja ręka zamarła w pół drogi do sensora wzmocnienia mięśni. Jeśli Fang zrozumie, co robię, zabije mnie gołymi rękami. Z jego refleksem…
– Ale powiedziałeś coś dziwnego, Siergiej. I chyba w to wierzysz. Zostawię cię przy życiu i odejdę.
Dotknąłem sensora i poczułem, jak tkanina kombinezonu opina moje ciało. Tryb wzmocnienia działał.
– Nigdzie nie odejdziesz, Fangu!
Skoczyłem do niego. Nogi wyprostowały się same, napięte twardym jak stal kombinezonem, gdy tylko pomyślałem o skoku. Ręce rwały się do gardła Nesa, gdy tylko wyobraziłem sobie chwyt. Fang uderzył mnie w pierś – mocno, szybko, ale mój kombinezon pod jego pięścią stwardniał, powstrzymał cios.
Przez kilka chwil Nes próbował się uwolnić, potem uspokoił się, ze świstem wciągając powietrze.
– Nadal wybierasz się do domu, Fangu?
Jego powieki lekko drgnęły – być może miało to oznaczać „tak”. Zwolniłem chwyt, ale nie zabrałem palców z gardła wroga. Nes zrobił kilka głębokich wdechów.
– Tak. Chciałbym wrócić na Fang, nawet martwy… Jeśli mnie zabijesz, aktywizuj katapultę, to nie jest trudne. Może ciało…
– Do Fanga nie dotrzesz – przerwałem mu. – Zapomniałeś o hiperbarierze? Twój trup będzie wiecznie wędrował w kosmosie.
– Zabiorą go. Ludzie albo Fangowie. Szansę są niemal równe.
Patrzył z absolutnym spokojem i to mnie złościło. Fang jest skazany, zabiję go, żeby nie wiem co… Ale tam, w przeszłości, setki lat temu, w przeklętych górach przeklętej wojny, nam też nie było wszystko jedno, na czyjej ziemi pozostaną nasze ciała…
– Nes… – po raz pierwszy nazwałem go po imieniu. – Powiedz mi, kim chciałeś zostać, jak byłeś dzieckiem?
– Co? – zdumiał się Fang.
– Kim chciałeś zostać? – powtórzyłem. – Jesteście dwupłciowymi ssakami… tak bardzo podobnymi do ludzi. Nawet długość życia, nawet tempo starzenia jest porównywalne. Oddychamy jednakowym powietrzem i jemy podobne pożywienie. Możliwe, że to właśnie czyni nas wrogami. Ale przecież nasza psychika jest podobna, nie zaprzeczaj! Kim chciałeś zostać?
– Myślisz, że kluczem do wszystkiego jest dzieciństwo – stwierdził Fang. – I u ludzi, i u nas… Może masz rację. Chciałem zostać grawerem.