Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Ale coś jest nie tak.
Przykucnąłem i ukryłem twarz w dłoniach. Palce były zimne i sztywne. Jak u trupa… bzdura! Jestem cały i zdrowy. Wszystko w porządku.
Powtarzałem to jak zaklęcie. Ale magia słów nie działała na mówiącego.
– Wszystko w porządku – szeptałem, przekonując samego siebie. Ale wierzyć można tylko temu, kto cię nie zdradził.
A ja zdradziłem.
Siebie? Bzdura, gra słów… Terry? Nadal ją kocham. A swoich poddanych? Ernada, Lansa? Ale przecież uciekłem ze statku, odciągając od nich niebezpieczeństwo. Nie jestem zdrajcą. Nie ma powodu się denerwować.
No i właśnie się nie denerwuje.
– Słyszycie?! – krzyknąłem. – Ze mną wszystko w porządku!
Do kogo ja krzyczę? Do kamieni, do kawałków hiperkatapulty?
Do nieba?
Powietrze drgnęło i w oczy uderzyło mnie fioletowe lśnienie. Pękło niebo – przez akwamarynę chlusnęła ciemność i szybko znikła, pozostawiając w powietrzu, sto metrów nade mną, spłaszczoną sylwetkę statku bojowego Fangów. Wyjście z hiperprzestrzeni tak blisko powierzchni planety może być bardzo niebezpieczne. Stosuje się je wyjątkowo, aby przedrzeć się obok stacji obrony planetarnej. Chyba planeta, na której się znalazłem, jest nieźle wyposażona…
Myśli przelatywały przez głowę, a ja już dawałem nura w małe wyżłobienie. Pewnie, że to żadna kryjówka, ale stanie na widoku byłoby jeszcze głupsze. Przeklęci Fangowie! Jednak mnie wyśledzili…
Statek zniżał się tak szybko, jakby jego jedynym celem było rozbicie się o skały. A może czujniki już mnie zauważyły?
Wyrwałem pistolet z kabury i przesunąłem regulator. Jakby promień lasera mógł przebić pancerz statku… Nacisnąłem spust, biała igła wpiła się w spadający statek.
Statek bojowy Fangów zapłonął niczym kartka papieru przysunięta do lutownicy. Strzępy poszycia spadały w dół, czerniejąc i skręcając się niczym kawałki sadzy.
Popatrzyłem na pistolet, nie rozumiejąc, co się stało. Owszem, mógłbym nim spalić współczesny ziemski czołg… to znaczy, czołg XX wieku. Ale nie gwiazdolot!
Ze statku zaczęły wypadać „wnętrzności”. Syczały niebieskie płomienie, trzaskały ładunki elektryczne. Od powierzchni planety statek dzieliło najwyżej dwadzieścia metrów, gdy zrozumiałem, co się stało.
Z góry, z czystego zielonobłękitnego nieba w statek wbiły się igły pomarańczowego światła. Patrole orbitalne zarejestrowały jednostkę i zniszczyły ją w ciągu kilku sekund. Co to za planeta?!
Z rozpadających się mechanizmów statku wypłynęła mglista kula. Odsunęła się od ginącego kadłuba i miękko opadła na kamienistą równinę.
Statku już nie było, tylko lecący w dół ciemny obłok pyłu. Na rękawie mojego kombinezonu zapulsowało czerwone alarmowe światełko wskaźnika radiacji – w zniszczonym gwiazdolocie były źródła promieniowania jonowego.
Pobiegłem do miejsca, w którym wylądowała kulą czując, jak na włosy sypie się miękki pył. Wyciągnąłem kaptur z kołnierza, nasunąłem na głowę. Zadziałał kompresor, owiewając twarz przefiltrowanym powietrzem, zdmuchując z twarzy śmiercionośne drobinki.
Mglista kula rozpływała się, odsłaniając postać w środku. Białe strzępy poszycia z szelestem znikały, zmieniając się w gaz lub energię. Powietrze wyraźnie się ociepliło.
– Wstawaj, Fangu – powiedziałem ze złością. – Już się nawojowałeś.
Cień poruszył się, krusząc resztki mgielnej skorupy. Usłyszałem głos Fanga.
– Nazywam się Nes, Ziemianinie.
Fang był piękny. To była moja pierwsza myśl. Obserwowałem go z mimowolną wzgardliwą ciekawością. Nigdy nie widziałem nieludzi. Palijczycy czy mieszkańcy planety Kleń mimo wszystko byli ludźmi.
A Fang był piękny. Krótka, gęsta sierść przypominała plusz, wywołując wrażenie miękkości i bezbronności. Na bursztynowej twarzy oczy ciemnożółte, w kolorze gryczanego miodu – nie wypukłe, po prostu duże. Pokręciłem głową, odpychając skojarzenia i wycelowałem w pierś Fanga lufę pistoletu.
– Nie interesuje mnie twoje imię, Fangu – to słowo zabrzmiało jak przekleństwo. – Odczep miecz. I nie próbuj stawiać oporu, mam w ręku potężną broń.
Nes patrzył na mnie uważnie ludzkim, badawczym spojrzeniem. Był ubrany w kombinezon podobny do mojego – nic dziwnego, jednakowe zadania bardzo często generują identyczne rozwiązania. Ciemnopurpurowa tkanina, wybrzuszona od ukrytych pod nią przyrządów, połyskiwała oleiście.
– Nazywam się Nes. Zapamiętaj to – powtórzył Fang. Jego standardowy był bez zarzutu. – Mimo że masz w rękach potężną broń, wojskowy blaster z na wpół wyładowanym magazynkiem.
Zerknąłem na wskaźnik ładunku, był w połowie pusty. Fang o imieniu Nes miał dobry wzrok.
– Rzuć broń, Fangu – powtórzyłem. – Na ciebie wystarczy nawet tej połówki.
Fang nie spierał się. Odczepił od pasa pochwę z mieczem płaszczyznowym i umocowaną na łydce kaburę z pistoletem.
– Posłuchałem – powiedział. Wydawał się uosobieniem pokory.
– Zdejmij kombinezon – poleciłem.
– To sprzeczne z moimi normami etycznymi – rzekł Nes spokojnie.
– Nie szkodzi. Nagi Fang w moich oczach nie jest bardziej nieprzyzwoity od siedzącego w klatce szakala. Zdejmuj kombinezon, to też broń.
Nes ściągnął kombinezon. Obserwowałem go, gotów w każdej chwili nacisnąć spust blastera.
Fang nie próbował żadnych sztuczek. Zdjął wszystko i został w czymś w rodzaju satynowych kąpielówek. Uśmiechnąłem się.
– Doskonale, Fangu. Czy wiesz, gdzie się znajdujemy?
Po chwili milczenia Fang powiedział uprzejmie:
– Wiem bardzo dużo, Siergieju z planety Ziemia, przybyszu z przeszłości, imperatorze planety Tar. Wrogu Obojętnych.
– Co o nich wiesz? – spytałem ostro. – Gdzie jesteśmy? Jak mnie wyśledziliście?
– Tak, jesteś Siergiej z planety Ziemia – powtórzył Nes. – Najpierw ciekawość, potem bezpieczeństwo. Ale jesteś inny, coś się z tobą stało…
– Gdzie jesteśmy?
– Informacja w zamian za wolność.
– W zamian za życie – rzuciłem ze złością. – Jasne?
– Życie to głupstwo. Potrzebuję wolności.
Przez sekundę walczyłem z pragnieniem przecięcia go promieniem na pół. Ale…
– Powiesz wszystko. Gdzie jesteśmy, jak mnie wyśledziłeś, kim są Obojętni.
– W zamian za wolność.
Stał przede mną – dziwna, na wpół ludzka postać. Pies z twarzą człowieka. Hybryda człowieka i zwierzęcia. Urokliwe połączenie elfa i wilkołaka. Fang. Sympatyczny wróg.
Oszukam go…
– Przyrzekam na planetę Tar.
Milczał.
– Klnę się na Tar, na Ziemię, na moją żoną Terry. Otrzymasz wolność.
– Kłamiesz – odpowiedział Nes. – I to się odbije na twoim losie. Ale powiem. Gwiazda, która wisi nad tą planetą, zwana jest Diabelską Gwiazdą.
– Kleń? Nie wierzę, Fangu. Dla zwykłego człowieka jej promieniowanie…
– Popatrz na swoje ręce, człowieku.
Spojrzałem. Skóra była czerwona i swędząca. Poparzenie, zwykłe poparzenie… Chwała Siewcom, że mam kaptur… Wyciągnąłem z mankietów czarne rękawiczki, włożyłem je, nadal trzymając Fanga na muszce.
– Mów dalej.
Po krótkiej przerwie – jakby szukając właściwych słów, chociaż standardowy raczej nie sprawiał mu problemów – Nes ciągnął:
– Nie wyśledziłem cię, Siergiej. Twój kurs podali mi Obojętni.
– Kim są Obojętni?