Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 173
Перейти на страницу:

Alt­sin umilkł, ma­jąc całą sce­nę jesz­cze raz przed ocza­mi.

– Na­gle na ścia­nach kom­na­ty za­pło­nę­ły kan­de­la­bry, wszyst­kie, roz­legł się dźwięk, jak­by za­wy­ło sto psów, a do środ­ka wpadł ja­kiś upu­dro­wa­ny fir­cyk z mie­czem w dło­ni. A San­wes... San­wes za­marł w miej­scu jak przy­ku­ty cza­rem. A wte­dy ten su­kin­syn uśmiech­nął się, pod­szedł do nie­go, wbił mu miecz w brzuch – wi­dzia­łem ostrze wy­cho­dzą­ce ple­ca­mi – i wy­pchnął go przez bal­kon. Na dole po­ja­wi­li się straż­ni­cy i... bili go pał­ka­mi, bili bez prze­rwy, gdy się ru­szał, bili, gdy znie­ru­cho­miał, bili, gdy prze­stał już wy­glą­dać jak czło­wiek. Skoń­czy­li do­pie­ro wte­dy, gdy ten mło­dy w to­wa­rzy­stwie ja­kie­goś szpa­ko­wa­te­go męż­czy­zny zszedł na dół i ich po­wstrzy­mał.

– A two­ja rana?

– Nie wiem, ja­kim cu­dem mnie do­strze­gli. Na­gle pod­nie­śli krzyk i za­czę­li na mnie po­ka­zy­wać.

– Wsta­łeś z da­chu – Ce­tron ra­czej stwier­dził, niż za­py­tał.

– Nie pa­mię­tam – skła­mał.

– Ja bym pew­nie ze­rwał się na rów­ne nogi. Czym do­sta­łeś?

– Beł­tem z ku­szy.

Brwi przy­wód­cy Ligi po­wę­dro­wa­ły w górę.

– Z ku­szy? Synu, gdy­byś do­stał z ku­szy z pięć­dzie­się­ciu kro­ków...

– Ry­ko­szet. Bełt zry­ko­sze­to­wał i ude­rzył mnie w bok. Upa­dłem, pew­nie my­śle­li, że nie żyję, bo nie spie­szy­li się z przyj­ściem na dach. Pa­mię­tam, że na­gle zro­bi­ło mi się sła­bo, le­d­wo do­wlo­kłem się do kra­wę­dzi, tam po­ni­żej jest ka­nał, wpa­dłem do wody... pły­ną­łem... nie­zu­peł­nie... da­łem się nieść nur­to­wi aż do rze­ki, tam wy­do­sta­łem się na brzeg.

– I tam cię zna­leź­li i przy­nie­śli do mnie. Mó­wi­łem, że ob­ser­wu­je­my Wy­so­kie Mia­sto. Gdy tyl­ko za­czę­ło się za­mie­sza­nie, po­sta­wi­łem lu­dzi na nogi. Masz wię­cej szczę­ścia, niż my­ślisz, ten bełt był za­tru­ty, ude­rzył bo­kiem, po­ła­mał ci że­bra i zdarł ka­wał skó­ry, ale nie­wie­le tru­ci­zny prze­do­sta­ło się do cia­ła. A woda w ka­na­le wy­płu­ka­ła więk­szość z rany. Ale to była na­praw­dę moc­na rzecz. Gdy­by nie ką­piel, ośle­pł­byś i spa­ra­li­żo­wa­ło­by cię, za­nim byś sko­nał. Le­ża­łeś nie­przy­tom­ny cały dzień. Je­śli te­raz za­śniesz, reszt­ki tru­ci­zny mogą za­dzia­łać. Mo­żesz się obu­dzić śle­py, spa­ra­li­żo­wa­ny albo nie obu­dzić się wca­le. – Ce­tron swo­bod­nie zmie­nił te­mat. – Wiesz, kim był ten, któ­ry za­bił San­we­sa?

– Nie, wi­dzia­łem go pierw­szy raz w ży­ciu.

– Nic dziw­ne­go, po­ja­wił się w mie­ście nie da­lej niż czte­ry mie­sią­ce temu. Ba­ron Ewen­net-sek-Gres, czwar­ty syn ba­ro­na sek-Gre­sa, nie wia­do­mo, czy może w ogó­le uży­wać ty­tu­łu, ale ja­koś nikt o to gło­śno nie pyta. Ten fir­cyk, jak go na­zwa­łeś, ma opi­nię naj­lep­sze­go szer­mie­rza w mie­ście i wierz mi, nie jest prze­sa­dzo­na. Szyb­ko wkradł się w ła­ski Wy­sse­ry­nów. Praw­dę mó­wiąc, po tym, jak wy­zwał na po­je­dy­nek i po­ka­le­czył kil­ku zwo­len­ni­ków gur-Do­re­sów, zo­stał pra­wą ręką Arol­ha Wy­sse­ry­na. W jego imie­niu sta­rał się uzy­skać po­par­cie hra­bie­go Ter­le­acha, aż do wczo­raj, nie­sku­tecz­nie.

Alt­sin otwo­rzył sze­rzej oczy.

– Chcesz po­wie­dzieć, że hra­bia prze­szedł na stro­nę Wy­sse­ry­nów?

– Ha! Więc jed­nak to, co dzie­je się w mie­ście, in­te­re­su­je choć tro­chę two­ją dur­ną pałę. Tym bar­dziej dzi­wi mnie, że sły­sząc od San­we­sa, gdzie ma­cie iść, nie da­łeś mu w łeb i nie za­cią­gną­łeś do bra­my mia­sta. Leż, nie wsta­waj, bo ze­mdle­jesz albo za­rzy­gasz łóż­ko. Coś ci po­wiem o tych do­ku­men­tach, któ­re mie­li­ście pod­rzu­cić. Mu­sia­łem prze­ku­pić za­stęp­cę ko­men­dan­ta Stra­ży, żeby się tego do­wie­dzieć. Wy­ni­ka­ło z nich, że hra­bia zde­cy­do­wał się po­przeć Wy­sse­ry­nów w za­mian za jed­no miej­sce w Ra­dzie, na­le­żą­ce do tej pory do przed­sta­wi­cie­li gil­dii, któ­rych za­mie­rza­no stam­tąd w ogó­le usu­nąć. Do tego miał do­stać wła­dzę nad Stra­żą Miej­ską i po­łu­dnio­wy­mi do­ka­mi.

Alt­sin prze­rwał mu ge­stem.

– Nie ro­zu­miem, co to ma do rze­czy.

– Po­głów­kuj chwi­lę. Po­ca­łu­nek Kleh. Hra­bia jest prze­ko­na­ny, że San­wes miał naj­pierw pod­rzu­cić mu kom­pro­mi­tu­ją­ce do­ku­men­ty, a po­tem za­mor­do­wać. Po śmier­ci tak waż­nej oso­by do­szło­by do szcze­gó­ło­we­go śledz­twa wraz z prze­szu­ka­niem do­mo­stwa i ktoś by te do­ku­men­ty od­na­lazł. Wy­bu­chł­by skan­dal, o ja­kim nie sły­sza­no od daw­na. Ród Ter­le­achów stra­cił­by więk­szość do­tych­cza­so­wych zwo­len­ni­ków, a w kon­se­kwen­cji mógł­by stra­cić i miej­sca w Ra­dzie Mia­sta. Hra­bia zaś był­by mar­twy, a mar­twi nie mogą się bro­nić. Do­ku­men­ty te skom­pro­mi­to­wa­ły­by rów­nież Wy­sse­ry­nów, a je­dy­ną li­czą­cą się siłą z czy­sty­mi rę­ka­mi po­zo­sta­li­by gur-Do­re­so­wie, i to wo­kół nich zgro­ma­dzi­li­by się za­rów­no so­jusz­ni­cy hra­bie­go, jak i prze­ra­że­ni re­pre­zen­tan­ci ludu. W naj­gor­szym przy­pad­ku by­ło­by trzy plus czte­ry, choć pew­nie sta­ry Fer­les urwał­by i coś z gło­sów na­le­żą­cych do rodu Ter­le­achów. Roz­wią­za­nie do­sko­na­łe.

Ce­tron prze­rwał na chwi­lę, wpa­tru­jąc się w nie­go uważ­nie.

– Te­raz ro­zu­miesz? Po­nie­waż in­try­ga wy­da­wa­ła się w rów­nym stop­niu skie­ro­wa­na prze­ciw nie­mu, co i prze­ciw Wy­sse­ry­nom, wszyst­ko wska­zu­je na ro­bo­tę gur-Do­re­sów. Więc z kim hra­bia może te­raz po­łą­czyć siły? Tyl­ko z Wy­sse­ry­na­mi, któ­rych przed­sta­wi­ciel, mło­dy, bo­ha­ter­ski ba­ron, z na­ra­że­niem wła­sne­go ży­cia za­bił bez­względ­ne­go mor­der­cę. Tyl­ko że obaj wie­my, że San­wes nie był za­bój­cą. A całe zda­rze­nie zbyt przy­po­mi­na­ło za­sadz­kę. Ko­muś bar­dzo za­le­ża­ło, żeby San­wes nie miał naj­mniej­szej szan­sy, by ujść z ży­ciem. Tyl­ko ty by­łeś nie­spo­dzian­ką, ale po­nie­waż zna­le­zio­no śla­dy krwi na da­chu, a bełt za­tru­to, wszy­scy zda­ją się są­dzić, że je­steś mar­twy. Two­je szczę­ście.

Alt­sin wpa­try­wał się w nie­go bez sło­wa.

– Wiem, kto to wszyst­ko za­pla­no­wał.

– Ja też. Mło­dy, bo­ha­ter­ski ba­ron Ewen­net-sek-Gres. Za­miast prze­ku­pić hra­bie­go pie­niędz­mi i wła­dzą, ku­pił go stra­chem i gar­ścią zło­ta, wy­da­ną na mło­de­go dur­nia, któ­ry dał się za­bić.

Mło­dy zło­dziej przy­mknął po­wie­ki i jesz­cze raz zna­lazł się na da­chu sta­rych ko­szar. Zo­ba­czył, jak kom­na­tę wy­peł­nia świa­tło, otwie­ra­ją się drzwi, a San­wes za­mie­ra z dło­nią wsu­nię­tą za ko­szu­lę. Wy­raź­nie zo­ba­czył uśmie­szek trium­fu na twa­rzy ba­ro­na.

– To on go wy­na­jął. I to pew­nie oso­bi­ście.

– Pew­nie tak, pew­nie też dla­te­go ka­zał go tak zma­sa­kro­wać swo­im straż­ni­kom, żeby nikt nie mógł roz­po­znać cia­ła, bo była szan­sa, że ktoś wi­dział ich ra­zem. – Ce­tron na­peł­nił so­bie ku­bek. Alt­sin po­czuł za­pach wina.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)