Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Wyginał się, tańczył, wirował.
A od czasu do czasu zatrzymywał nagle, w pół ruchu, i Key’la czuła dotknięcie szarego ostrza na szyi, pod pachą, pod mostkiem, na wewnętrznej stronie uda, na karku… Mimochodem pokazywał jej te wszystkie miejsca na ciele człowieka, w które należało celować. Celować, by zabić.
Przez kilka cykli ćwiczeń i snu tańczył wokół niej, a ona wiele razy rzucała z wściekłością kohhą o ziemię, a raz czy dwa, gdy pęcherze na dłoniach znów jej popękały, a obolałe mięśnie odmówiły posłuszeństwa, po prostu się rozpłakała. Nie wstydziła się płakać przy Kocyku, w końcu to tak, jakby była sama, lecz on zatrzymywał się wtedy, cofał tak daleko, na ile pozwalał mu łańcuch, i patrzył na nią z taką miną, że aż coś ją w środku ściskało. Przestawała więc rozczulać się nad sobą, smarowała rany cuchnącą maścią i podnosząc kij z ziemi, mówiła: „Jeszcze raz”.
A później, po dziesięciu, może dwunastu dniach, gdy kohha wreszcie przestała być humorzastym zagrożeniem bardziej dla niej niż dla jej przeciwnika, po raz pierwszy sparowała jego cios.
Zrobiła to samym końcem kija i zaraz, zupełnie bezwiednie, skontrowała potężnym uderzeniem z góry. Uniknął go, rzecz jasna, aż tak szybka nie była, przerwał jednak pojedynek, odskoczył na długość łańcucha, uśmiechnął oczyma i zaklaskał po swojemu, a całe jego ciało promieniowało tak czytelną dumą, że Key’la roześmiała się na głos. A on po raz pierwszy, odkąd się spotkali, posłał jej prawdziwy, szeroki uśmiech, który zmienił jego twarz w coś tak cudnego, że poczuła łaskotanie w brzuchu.
Był naprawdę ładnym chłopcem.
Stali tak i uśmiechali się do siebie, a ten dziwny świat przestał się liczyć.
Od tamtej pory walczyli coraz szybciej, coraz dłużej, coraz częściej udawało jej się parować jego ataki.
Nawet jeśli zawsze w końcu przełamywał jej obronę.
I nie, nie trafiła go ani razu, ale to nie miało znaczenia. Nie chodziło przecież o to, by zamieniła się w jakąś legendarną wojowniczkę, kładącą pokotem wszystkich wrogów. Jej zadaniem było bronić się wystarczająco długo, by Kocyk zdążył jej przyjść z pomocą.
Usta Ziemi zaczęła z nią ćwiczyć kilka cykli później i dopiero wtedy Key’la poznała, co to znaczy ciężki trening.
Jednooka olbrzymka nie oszczędzała dziewczynki, walczyła, używając najpierw jednej, później dwóch, a w końcu czterech szabel, a pierwsza lekcja, którą jej przekazała, brzmiała: „Nigdy nie pozwól, by vaihir związał twoją broń jakimś młynkiem. On ma jeszcze co najmniej trzy ostrza w pozostałych rękach”.
Kilkadziesiąt siniaków po uderzeniach płazem szabli przypominało jej o tym przez następne dni.
Ale broniła się coraz lepiej, najpierw przez kilka, później przez kilkanaście uderzeń serca, wreszcie wystarczająco długo, by Usta Ziemi cofnęła się i kiwając głową z uznaniem, powiedziała:
— Jesteś gotowa. Tak, by razem z nim — wskazała Kocyka — nie dać się zabić zaraz na początku walki. Zrobimy jeszcze próbę na poważnie.
Na poważnie? To co to, do licha, było przed chwilą?
Próbą na poważnie okazała się walka z Dwoma Palcami w kręgu plemiennym. Jeśli Key’la miała nadzieję, że żółtooki vaihir potraktuje ją łagodniej, bo się znają, pierwsze uderzenie żelaznym, nabijanym guzami prętem wyprowadziło ją z błędu. Ledwo je sparowała, następny cios huknął o jej żebra, kończąc początkowe starcie. Dziewczynka zatoczyła się i omal nie zemdlała z bólu, choć gdzieś pod czaszką trzepotała jej świadomość, że gdyby Dwa Palce nie złagodził uderzenia, zabiłby ją na miejscu.
Czwororęcy nie uznawali jednak czegoś takiego jak ustawione, pozorowane pojedynki.
Kocyk podszedł, objął ją, przytulił, a jego twarz miała taki wyraz, że Key’la na wszelki wypadek szepnęła mu do ucha:
— To tylko zabawa. Nie zabijamy. Pamiętaj.
Ostatecznie wygrali drugi, trzeci i piąty pojedynek. Ich taktyka była prosta: ona starała się nie dać trafić, a Kocyk brał na siebie ciężar ataku. Jeśli łańcuch krępował mu ruchy, Key’la aktywniej włączała się do walki. Radzili sobie chyba nieźle, bo żaden ze stojących w kręgu wojowników nie zgłosił obiekcji co do uczciwości pojedynku.
Po którego zakończeniu podszedł do nich Dwa Palce, poczochrał obie ciemne głowy i wymruczał:
— Słaba Jedna. Powinniśmy ci zmienić imię.
Zdążyła już odzyskać oddech, splunęła jeszcze raz, nie przejmując się, co by na to powiedziała Ana’we, i posłała płowemu olbrzymowi złośliwe spojrzenie.
— A ty? Zamierzasz zmienić imię czy obciąć sobie pozostałe osiem… naście palców? Poza tym podoba mi się, jak to brzmi po vaihirsku – Sauri-noi.
— Mnie też się podoba — uśmiechnął się z góry. — Myślę, że jesteście gotowi.
Zaskoczył ją. Gotowi?
— Na co? — strzeliła pytaniem.
Zawahał się, mrużąc żółte oczy. Nauczyła się już rozpoznawać takie miny. Był zdziwiony i skonsternowany.
— Usta Ziemi nie mówiła? Nie mówiła, dlaczego tak intensywnie uczy cię walki?
Key’la cofnęła się nieco, strzelając oczyma na boki. Krąg rozpadł się na części. Większość zgromadzonych wracała do swoich spraw, zajęć, jakiekolwiek by one były. Usta Ziemi stała z boku w otoczeniu kilkunastu innych vaihirów obu płci. Dyskutowali. Nikt nie patrzył w jej stronę.
— Czego Usta Ziemi mi nie powiedziała? Dwa Palce?
Wojownik zmrużył oczy jeszcze bardziej, zacisnął usta w wąską kreskę. To też już znała. Był zły.
— Idziemy na wojnę. Trzydzieści Dłoni i inne plemiona Martwej Ziemi. Idziemy do naszego boga, który został uwięziony i nie potrafi się uwolnić. Usta Ziemi powiedziała, że to ostatnia chwila. A ty idziesz z nami.
Wojna.
Krzyki rannych, rzężenie konających, wycie rozdzierające niebo, wyrwane nie wiedzieć z czyjego gardła, płonąca trawa, płonące ciała, żelazny zapach krwi zmieszany ze smrodem spalenizny. Martwi mężczyźni. Martwe kobiety. Martwe dzieci.