Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 210
Перейти на страницу:

Wy­gi­nał się, tań­czył, wi­ro­wał.

A od cza­su do cza­su za­trzy­my­wał na­gle, w pół ru­chu, i Key’la czu­ła do­tknię­cie sza­re­go ostrza na szyi, pod pa­chą, pod most­kiem, na we­wnętrz­nej stro­nie uda, na kar­ku… Mi­mo­cho­dem po­ka­zy­wał jej te wszyst­kie miej­sca na cie­le czło­wie­ka, w któ­re na­le­ża­ło ce­lo­wać. Ce­lo­wać, by za­bić.

Przez kil­ka cy­kli ćwi­czeń i snu tań­czył wo­kół niej, a ona wie­le razy rzu­ca­ła z wście­kło­ścią koh­hą o zie­mię, a raz czy dwa, gdy pę­che­rze na dło­niach znów jej po­pę­ka­ły, a obo­la­łe mię­śnie od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa, po pro­stu się roz­pła­ka­ła. Nie wsty­dzi­ła się pła­kać przy Ko­cy­ku, w koń­cu to tak, jak­by była sama, lecz on za­trzy­my­wał się wte­dy, co­fał tak da­le­ko, na ile po­zwa­lał mu łań­cuch, i pa­trzył na nią z taką miną, że aż coś ją w środ­ku ści­ska­ło. Prze­sta­wa­ła więc roz­czu­lać się nad sobą, sma­ro­wa­ła rany cuch­ną­cą ma­ścią i pod­no­sząc kij z zie­mi, mó­wi­ła: „Jesz­cze raz”.

A póź­niej, po dzie­się­ciu, może dwu­na­stu dniach, gdy koh­ha wresz­cie prze­sta­ła być hu­mo­rza­stym za­gro­że­niem bar­dziej dla niej niż dla jej prze­ciw­ni­ka, po raz pierw­szy spa­ro­wa­ła jego cios.

Zro­bi­ła to sa­mym koń­cem kija i za­raz, zu­peł­nie bez­wied­nie, skon­tro­wa­ła po­tęż­nym ude­rze­niem z góry. Unik­nął go, rzecz ja­sna, aż tak szyb­ka nie była, prze­rwał jed­nak po­je­dy­nek, od­sko­czył na dłu­gość łań­cu­cha, uśmiech­nął oczy­ma i za­kla­skał po swo­je­mu, a całe jego cia­ło pro­mie­nio­wa­ło tak czy­tel­ną dumą, że Key’la ro­ze­śmia­ła się na głos. A on po raz pierw­szy, od­kąd się spo­tka­li, po­słał jej praw­dzi­wy, sze­ro­ki uśmiech, któ­ry zmie­nił jego twarz w coś tak cud­ne­go, że po­czu­ła ła­sko­ta­nie w brzu­chu.

Był na­praw­dę ład­nym chłop­cem.

Sta­li tak i uśmie­cha­li się do sie­bie, a ten dziw­ny świat prze­stał się li­czyć.

Od tam­tej pory wal­czy­li co­raz szyb­ciej, co­raz dłu­żej, co­raz czę­ściej uda­wa­ło jej się pa­ro­wać jego ata­ki.

Na­wet je­śli za­wsze w koń­cu prze­ła­my­wał jej obro­nę.

I nie, nie tra­fi­ła go ani razu, ale to nie mia­ło zna­cze­nia. Nie cho­dzi­ło prze­cież o to, by za­mie­ni­ła się w ja­kąś le­gen­dar­ną wo­jow­nicz­kę, kła­dą­cą po­ko­tem wszyst­kich wro­gów. Jej za­da­niem było bro­nić się wy­star­cza­ją­co dłu­go, by Ko­cyk zdą­żył jej przyjść z po­mo­cą.

Usta Zie­mi za­czę­ła z nią ćwi­czyć kil­ka cy­kli póź­niej i do­pie­ro wte­dy Key’la po­zna­ła, co to zna­czy cięż­ki tre­ning.

Jed­no­oka ol­brzym­ka nie oszczę­dza­ła dziew­czyn­ki, wal­czy­ła, uży­wa­jąc naj­pierw jed­nej, póź­niej dwóch, a w koń­cu czte­rech sza­bel, a pierw­sza lek­cja, któ­rą jej prze­ka­za­ła, brzmia­ła: „Ni­g­dy nie po­zwól, by va­ihir zwią­zał two­ją broń ja­kimś młyn­kiem. On ma jesz­cze co naj­mniej trzy ostrza w po­zo­sta­łych rę­kach”.

Kil­ka­dzie­siąt si­nia­ków po ude­rze­niach pła­zem sza­bli przy­po­mi­na­ło jej o tym przez na­stęp­ne dni.

Ale bro­ni­ła się co­raz le­piej, naj­pierw przez kil­ka, póź­niej przez kil­ka­na­ście ude­rzeń ser­ca, wresz­cie wy­star­cza­ją­co dłu­go, by Usta Zie­mi cof­nę­ła się i ki­wa­jąc gło­wą z uzna­niem, po­wie­dzia­ła:

— Je­steś go­to­wa. Tak, by ra­zem z nim — wska­za­ła Ko­cy­ka — nie dać się za­bić za­raz na po­cząt­ku wal­ki. Zro­bi­my jesz­cze pró­bę na po­waż­nie.

Na po­waż­nie? To co to, do li­cha, było przed chwi­lą?

Pró­bą na po­waż­nie oka­za­ła się wal­ka z Dwo­ma Pal­ca­mi w krę­gu ple­mien­nym. Je­śli Key’la mia­ła na­dzie­ję, że żół­to­oki va­ihir po­trak­tu­je ją ła­god­niej, bo się zna­ją, pierw­sze ude­rze­nie że­la­znym, na­bi­ja­nym gu­za­mi prę­tem wy­pro­wa­dzi­ło ją z błę­du. Le­d­wo je spa­ro­wa­ła, na­stęp­ny cios huk­nął o jej że­bra, koń­cząc po­cząt­ko­we star­cie. Dziew­czyn­ka za­to­czy­ła się i omal nie ze­mdla­ła z bólu, choć gdzieś pod czasz­ką trze­po­ta­ła jej świa­do­mość, że gdy­by Dwa Pal­ce nie zła­go­dził ude­rze­nia, za­bił­by ją na miej­scu.

Czwo­ro­rę­cy nie uzna­wa­li jed­nak cze­goś ta­kie­go jak usta­wio­ne, po­zo­ro­wa­ne po­je­dyn­ki.

Ko­cyk pod­szedł, ob­jął ją, przy­tu­lił, a jego twarz mia­ła taki wy­raz, że Key’la na wszel­ki wy­pa­dek szep­nę­ła mu do ucha:

— To tyl­ko za­ba­wa. Nie za­bi­ja­my. Pa­mię­taj.

Osta­tecz­nie wy­gra­li dru­gi, trze­ci i pią­ty po­je­dy­nek. Ich tak­ty­ka była pro­sta: ona sta­ra­ła się nie dać tra­fić, a Ko­cyk brał na sie­bie cię­żar ata­ku. Je­śli łań­cuch krę­po­wał mu ru­chy, Key’la ak­tyw­niej włą­cza­ła się do wal­ki. Ra­dzi­li so­bie chy­ba nie­źle, bo ża­den ze sto­ją­cych w krę­gu wo­jow­ni­ków nie zgło­sił obiek­cji co do uczci­wo­ści po­je­dyn­ku.

Po któ­re­go za­koń­cze­niu pod­szedł do nich Dwa Pal­ce, po­czo­chrał obie ciem­ne gło­wy i wy­mru­czał:

— Sła­ba Jed­na. Po­win­ni­śmy ci zmie­nić imię.

Zdą­ży­ła już od­zy­skać od­dech, splu­nę­ła jesz­cze raz, nie przej­mu­jąc się, co by na to po­wie­dzia­ła Ana’we, i po­sła­ła pło­we­mu ol­brzy­mo­wi zło­śli­we spoj­rze­nie.

— A ty? Za­mie­rzasz zmie­nić imię czy ob­ciąć so­bie po­zo­sta­łe osiem… na­ście pal­ców? Poza tym po­do­ba mi się, jak to brzmi po va­ihir­sku – Sau­ri-noi.

— Mnie też się po­do­ba — uśmiech­nął się z góry. — My­ślę, że je­ste­ście go­to­wi.

Za­sko­czył ją. Go­to­wi?

— Na co? — strze­li­ła py­ta­niem.

Za­wa­hał się, mru­żąc żół­te oczy. Na­uczy­ła się już roz­po­zna­wać ta­kie miny. Był zdzi­wio­ny i skon­ster­no­wa­ny.

— Usta Zie­mi nie mó­wi­ła? Nie mó­wi­ła, dla­cze­go tak in­ten­syw­nie uczy cię wal­ki?

Key’la cof­nę­ła się nie­co, strze­la­jąc oczy­ma na boki. Krąg roz­padł się na czę­ści. Więk­szość zgro­ma­dzo­nych wra­ca­ła do swo­ich spraw, za­jęć, ja­kie­kol­wiek by one były. Usta Zie­mi sta­ła z boku w oto­cze­niu kil­ku­na­stu in­nych va­ihi­rów obu płci. Dys­ku­to­wa­li. Nikt nie pa­trzył w jej stro­nę.

— Cze­go Usta Zie­mi mi nie po­wie­dzia­ła? Dwa Pal­ce?

Wo­jow­nik zmru­żył oczy jesz­cze bar­dziej, za­ci­snął usta w wą­ską kre­skę. To też już zna­ła. Był zły.

— Idzie­my na woj­nę. Trzy­dzie­ści Dło­ni i inne ple­mio­na Mar­twej Zie­mi. Idzie­my do na­sze­go boga, któ­ry zo­stał uwię­zio­ny i nie po­tra­fi się uwol­nić. Usta Zie­mi po­wie­dzia­ła, że to ostat­nia chwi­la. A ty idziesz z nami.

Woj­na.

Krzy­ki ran­nych, rzę­że­nie ko­na­ją­cych, wy­cie roz­dzie­ra­ją­ce nie­bo, wy­rwa­ne nie wie­dzieć z czy­je­go gar­dła, pło­ną­ca tra­wa, pło­ną­ce cia­ła, że­la­zny za­pach krwi zmie­sza­ny ze smro­dem spa­le­ni­zny. Mar­twi męż­czyź­ni. Mar­twe ko­bie­ty. Mar­twe dzie­ci.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)