Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Seanchanie – odrzekł Rand. – Muszę spróbować przeciągnąć ich na naszą stronę, tak jak obiecałem.
– O ile pamiętam, nie obiecywałeś, że spróbujesz. Obiecywałeś, że sprawisz, iż tak się stanie.
– Obietnicą spróbowania niewiele osiągnie się w polityce – rzekł Rand – niezależnie jak bardzo byłaby poważna. – Wyciągnął przed siebie rękę, rozprostował ramię i uniósłszy palce, odchylił klapy namiotu, wyglądając na zewnątrz. Wyglądało to tak, jakby miał zamiar schwycić kraje rozciągające się po samo południe. Zgarnąć je, uczynić je swymi i chronić je.
Smok na jego ramieniu zalśnił, złoty i karmazynowy.
– Niegdyś Smok, potem zapomniany. – Podniósł swą drugą rękę, zakończoną w okolicach nadgarstka kikutem. – Podwójny Smok… ze względu na cenę, którą musi płacić.
– Co zrobisz, jeśli przywódca Seanchan odmówi pomocy, tak jak niegdyś? – zapytała Moiraine.
Nie powiedział jej, że Imperatorowa kiedyś mu odmówiła. Moiraine nie trzeba było jednak tego mówić. Umiała po prostu odkrywać pewne rzeczy.
– Nie wiem – powiedział cicho Rand. – Nie będziemy walczyć, przegramy, Moiraine. Jeśli nie przyłączą się do Pokoju Smoka, nic nie osiągniemy.
– Poświęcasz zbyt dużo czasu, myśląc o tym pakcie. To odciąga cię od głównego celu. Smok nie przynosi pokoju, lecz destrukcję. Nie zmienisz tego kawałkiem papieru.
– Zobaczymy – odparł Rand. – Dziękuję za radę. Teraz i zawsze. Myślę, że nie mówiłem tego dostatecznie często. Jestem ci coś winien, Moiraine.
– Cóż – powiedziała. – Wciąż potrzebuję filiżanki herbaty.
Rand popatrzył na nią niedowierzająco. Potem zaśmiał się i poszedł po herbatę.
Moiraine dostała swoją filiżankę ciepłego napoju, zanim Rand wyszedł z namiotu. Od momentu ich ostatniego rozstania Rand nabrał autorytetu władcy, a był tak samo skromny jak wówczas, gdy po raz pierwszy natknęła się na niego w Dwu Rzekach. A może nawet jeszcze bardziej skromny.
„Skromny w stosunku do mnie” – pomyślała. „Wierzy, że może zabić Czarnego. To nie jest oznaka skromności”. Rand al’Thor, zdumiewające połączenie pokory i dumy. Czy umie utrzymać równowagę? Pomijając wszystko, co dziś powiedziała, zachowanie Randa w stosunku do niej świadczyło, iż nie jest młodzieniaszkiem, lecz mężczyzną.
Jednakże i mężczyzna może popełniać błędy. Często nawet bardzo niebezpieczne.
– Koło obraca się tak, jak chce – mruknęła do siebie, sącząc herbatę. Przygotowana przez Randa, a nie przez kogoś innego, była tak aromatyczna i dodająca energii, jak to bywało w lepszych czasach, nietkniętych jeszcze ani odrobiną cienia Czarnego.
Tak, Koło tkało według swej woli. Czasami Moiraine pragnęła, by tkanie było łatwiejsze do zrozumienia.
– Wszyscy wiedzą, co mają robić? – zapytał Lan, obracając się w siodle na grzbiecie Mandarba.
Andere skinął głową. Osobiście dostarczył rozkaz rządzącym, a oni przekazali go generałom i dowódcom. Dopiero w ostatniej chwili trafił on do samych żołnierzy.
Pomiędzy żołnierzami byli z pewnością Sprzymierzeńcy Ciemności. Zawsze tak było. Nie było możliwości, by całkowicie oczyścić miasto ze szczurów, niezależnie jak wiele kotów byś na nie wypuścił. Łaska Światłości, że wieści dotarły do tych szczurów zbyt późno, by mogli ostrzec Cień.
– Ruszamy – rzekł Lan, wbijając ostrogi w bok Mandarba.
Andere uniósł swój sztandar wyżej, flagę Malkieru i zajął miejsce u boku Lana. Dołączyli do niego żołnierze z Malkieru. Wielu z nich miało w sobie tylko kroplę malkierskiej krwi i tak naprawdę byli pochodzącymi z Ziem Granicznych mieszankami innych nacji. Jednakże wybrali zaciągnięcie się pod sztandary Malkieru i zaakceptowali hadori.
Tysiące tysięcy jeźdźców podążało wraz z nim, a końskie podkowy pozostawiały ślady na delikatnej ziemi. Dla armii był to długi i ciężki odwrót. Trolloki miały przewagę liczebną i istniało poważne zagrożenie, że otoczą ludzi Lana. Konna armia Lana była bardzo mobilna, ale tempo narzucone wojsku miało swe granice, podczas gdy Trolloki maszerowały szybko. Szybciej, niż potrafiliby to zrobić ludzie, zwłaszcza że Myrddraale zmuszały Trolloki do marszu za pomocą bicza. Na szczęście pożary nękające wsie opóźniały marsz armii Cienia. Gdyby nie to, armia Lana nie byłaby w stanie uciec.
Lan spiął się w siodle, gdy zaczęły się eksplozje ze strony Władców Strachu. Po jego lewej stronie jechał Asha’man Deepe, przywiązany do siodła z powodu braku jednej nogi. Przez nieboskłon z trzaskiem przetoczyła się kula ognia i łukiem zaczęła spadać ku Lanowi. W spojrzeniu Deepe pojawiła się koncentracja, a on sam wyrzucił ręce do przodu. Kula eksplodowała ponad nimi.
Płonące fragmenty kuli spadały niczym karmazynowy deszcz, ciągnąc za sobą smugi dymu. Jeden z nich dosięgnął szyi Mandarba, lecz Lan zmiótł go ruchem dłoni w rękawicy. Koń chyba nawet nie zauważył tego, co się stało.
Ziemia tutaj była zapadającą się gliną. Krajobraz tworzyły falujące wzgórza, porośnięte resztkami trawy, skały i zagajniki bezlistnych drzew. Szlak odwrotu przebiegał brzegami Mory. Rzeka miała chronić armię przed oskrzydleniem przez Trolloki z zachodu.
Z dwóch znajdujących się na horyzoncie miejsc unosił się dym. Fal Dara i Fal Moran. Dwa największe miasta w Shienarze zostały podpalone przez własnych mieszkańców, podobnie jak ich farmy i sady – wszystko, co mogłoby choć w maleńkiej części stać się łupem Trolloków.
Utrzymywanie tych miast nie było rozwiązaniem. A to oznaczało, iż musiały zostać zniszczone.
Nadszedł czas na uderzenie zwrotne. Lan poprowadził atak skierowany w sam środek wroga, zaś Trolloki naszykowały piki na żołnierzy z Malkieru i ciężką kawalerię Shienaran. Lan opuścił włócznię, przywierając do szyi Mandarba. Pochylił się do przodu ze stopami w strzemionach, mocno ściskając boki konia kolanami. Miał nadzieję, że kopacze rowów – teraz, po przegrupowaniu przez Egwene było ich czternastu – wykonali swe zadanie.
Ziemia rozstąpiła się przed Trollokami. Ich pierwsza linia załamała się.
Lan wybrał swój cel, masywnego stwora o rysach dzika, który ryczał na swych kompanów, bo uciekali przed eksplozjami. Lan trafił bestię w kark i przebił go lancą, zaś Mandarb wierzgnięciem odrzucił Trolloka w bok, miażdżąc kopytami inne stwory. Krzyk kawalerii zamienił się w huk zderzenia, gdy kawalerzyści uderzyli silniej, pozwalając, by impet i waga poniosły ich w tłum Trolloków.
Kiedy zwolnili, Lan rzucił lancę Andere, który złapał ją zwinnie. Jego strażnicy znaleźli się bliżej, a Lan wyciągnął miecz z pochwy. „Drwal wchodzi na młode drzewo”. „Jabłoń rozkwita na wietrze”. Kiedy Lan znajdował się w siodle, Trolloki były łatwym celem – ich karki, ramiona i twarze znajdowały się teraz na właściwym poziomie.
To był krótki, brutalny atak. Deepe kontrolował ataki wrogich Władców Strachu, powstrzymując ich. Andere znalazł się przy boku Lana. Sztandar Lana działał na Sprzymierzeńców Ciemności niczym magnetyt. Ryczeli i wpadali w furię, a Lan słyszał, jak bez przerwy powtarzali dwa słowa: Murdru Kar. Murdru Kar. Murdru Kar. Lan wymierzał ciosy mieczem, z zimną krwią i bez zastanowienia rozlewając krew wroga.
Lan był teraz podwójnie Malkierczykiem. Trolloki nie były w stanie posmakować jego poczucia klęski i straty, gdy musiał ponownie opuścić swą ojczyznę, tym razem z wyboru.
Ale, Światłości, Lan mógł zbliżyć ich do tego. Jego miecz przeszywający ich klatki piersiowe był ku temu najlepszym narzędziem.
Bitwa przemieniła się w chaos. Trolloki wpadły we wściekłość; armia Lana przez ostatnie cztery dni nie atakowała ich ani razu, koncentrując się na odwrocie. Wreszcie udało się ów odwrót opanować na tyle, by przynajmniej unikać starć, co umożliwił silny ostrzał. Cztery dni przeszły bez walki, a teraz nastąpił pełen atak. To była pierwsza część planu.