Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Gajusz Filipus bez trudu utrzymywał Garsavrę pod kontrolą. Yezda Yavlaka próbowali najechać na farmy leżące w pobliżu miasta wkrótce po tym, jak Skaurus dotarł do stolicy. Raport, który przysłał mu starszy centurion, mógł służyć za model zwięzłej informacji: „Przyjechali. Rozwaliliśmy ich”.
Trybun ucieszył się z tego zwycięstwa, ale mniej, niż mógłby to sobie wyobrazić kilka tygodni temu. Nieustanny szum przekładanych z miejsca na miejsce pergaminów skutecznie izolował biurokratyczne skrzydło Wielkiego Sądu od takich problemów. A świadomość tego, że Rzymianie poradzili sobie bez niego sprawiała, że Marek czuł się jeszcze bardziej niepotrzebny.
Większość czasu spędzał przy biurku albo w swoim pokoju, ograniczając kontakty ze światem zewnętrznym do minimum. Zresztą, w Videssos nie było prawie nikogo, z kim chciałby się zobaczyć. Kiedyś, wychodząc zza rogu, zobaczył służącego Alypii stukającego do drzwi jego pokoju. Natychmiast się przed nim schował. Służący odszedł, gderając do siebie. Skaurus nie chciał spotkać się z księżniczką po tym, jak odsłonił się przed nią pod wpływem eliksiru Neposa i wszystkie jego J prywatne smutki nie były już prywatnymi.
Gdyby nie Senpat i Nevrata Sviodo, stałby się zupełnym odludkiem. A kiedy przyszli po niego po raz pierwszy, nie chciał ich nawet wpuścić.
— Wiem, że tam jesteś, Skaurus — wołał Senpat przez drzwi. — Zobaczymy, kto kogo przetrzyma.
Razem z żoną urządzili mu taki capstrzyk pod drzwiami, że musiał się w końcu poddać.
— Przepraszam — wymamrotał nieszczerze. — Wejdźcie, osuszcie się trochę.
— Nie, nie, to ty pójdziesz z nami — powiedział Senpat. — Zdaje się, że znalazłem tawernę, gdzie mają naprawdę wytrawne wino, takie jak lubisz. A gdyby nawet nie, to jak wypijesz i trochę, na pewno ci się spodoba.
— Dziękuję, ale sam już się dzisiaj wystarczająco opiłem — odparł Marek, wciąż próbując odmówić. Odgłos bijących o szybę kropel deszczu i wino przynosiły mu ukojenie i pozwalały w spokoju przetrwać kolejny wieczór.
Ale Nevrata wzięła go pod ramię.
— Picie w samotności to nie to samo — oznajmiła. — No chodź. Mając do wyboru tylko wyrywanie się siłą, trybun skapitulował.
Tawerna nie była specjalnie oddalona od kompleksu pałacowego. Skaurus łyknął trochę wina z podanego mu kubka, skrzywił się i spojrzał z wyrzutem na Senpata Sviodo.
— Tylko Vaspurakaner mógł powiedzieć, że ten syrop jest wytrawny — oskarżył go. „Książęta” lubowali się w szczególnie słodkich trunkach, przebijając pod tym względem nawet Videssańczy-ków. — Czym ono się różni od wszystkich innych win z okolicy?
— Z tego co wiem, to niczym — odparł beztrosko Senpat. Kiedy Skaurus wlepił w niego zdumione spojrzenie, dodał: — Ale ta pokusa wyciągnęła cię z twojego gniazdka, czy nie tak?
— Myślę, że to raczej zasługa twojej żony.
— Śmiesz twierdzić, że ona ma w sobie coś, czego mnie brakuje? — Senpat zrobił obrażoną minę, jakby czuł się tym dotknięty do żywego.
— Och, cicho bądź — rozkazała mu Nevrata. Odwróciła się do Marka: — Do czego potrzebni byliby przyjaciele, gdyby nie umieli pomóc w ciężkim czasie?
— Dziękuję wam — powiedział trybun.
Wyciągnął rękę, by z wdzięcznością uścisnąć jej dłoń, a potem niechętnie ją wypuścił — nawet najmniejszy akt dobroci był go teraz w stanie poruszyć. Uśmiechnęła się do niego ciepło.
— Jeszcze jedna rzecz, do której potrzebni są przyjaciele, to napełnianie pustych kubków swoich przyjaciół — powiedział Senpat. Gestem przywołał oberżystę.
Skaurus przekonał się, że Nevrata miała rację. Tak naprawdę, kiedy zaszywał się w swoim pokoiku z butelką, popadał w odrętwienie i smutek. Kiedy jednak miał przy boku Nevratę i Senpata, wino pozwalało mu przyjąć sympatię, którą na trzeźwo by odrzucił. Próbował nawet przyłączyć się do śpiewu, kiedy jeden z klientów tawerny rozpoczął całą serię pijackich przyśpiewek, ale wybuchnął śmiechem, gdy mina Senpata ostrzegła go, iż jego głos i słuch nie były lepsze niż zazwyczaj.
— Musimy to kiedyś powtórzyć — usłyszał swoje słowa, kiedy trochę niepewnym krokiem doszli do drzwi jego pokoju.
— Ale musisz obiecać, że nie będziesz już śpiewał — odparł Senpat.
— Jasne. — Z pijacką wylewnością Marek uścisnął parę Vaspurakanerów: — Jesteście naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
— Więc jako dobrzy przyjaciele, pozwolimy ci teraz odpocząć — powiedziała Nevrata. Trybun ze smutkiem patrzył jak się oddalają. Oni też się lekko zataczali, idąc korytarzem do schodów. Senpat objął żonę w talii. Marek zagryzł wargę i pospiesznie uciekł do pokoju.
Ta mała przykrość nie zepsuła mu jednak wieczora. Skaurus zapadł w głęboki, odprężający sen, zupełnie inny niż pijackie majaki, które i tak były najlepszą rzeczą, jakiej doznał, odkąd opuściła go Helvis. Poranny ból głowy zdawał się niezbyt wygórowaną ceną za spokojną noc. Kiedy wszedł do biura, w którym pracował, skinieniem głowy pozdrowił nadzorowanych przez siebie gryzipiórków i był to pierwszy przyjacielski gest, jaki uczynił pod ich adresem.
Zdążył się już przekonać, że o wiele lepiej radzi sobie z kontrolowaniem biurokratów niż przed rokiem. Żaden z nich nie miał takiego talentu manipulowania liczbami jak Pikridos Goudeles, a wszyscy wiedzieli, że Marek zdołał utemperować ich cwanego szefa. Nie znajdowali w sobie na tyle sprytu i odwagi, by próbować dokonać czegoś więcej.
Przeglądanie wykazów podatkowych strona po stronie, kolumna po kolumnie bez odnalezienia najmniejszego błędu, mogło sprawiać satysfakcję, ale jednocześnie było szalenie nudne. Trybun pracował niemal mechanicznie, choć ze znajomością rzeczy — nie przyszedł tutaj szukać emocji.
Widząc, że Skaurus jest w lepszym niż zazwyczaj nastroju, jeden z urzędników podszedł do jego biurka.
— O co chodzi, Iatzoulinos? — spytał trybun, podnosząc wzrok znad liczydła. Właściwie nie musiał na nie wcale patrzeć, bo jego palce same przesuwały paciorki, dodając długie kolumny liczb z oszałamiającą prędkością. Pod tym względem nie ustępował wcale profesjonalnym rachmistrzom.
— Pomyślałem, że to może zapewnić ci nieco rozrywki, panie — powiedział Iatzoulinos, wyciągając przed siebie zwitek pergaminu.
Gryzipiórek był szczupłym mężczyzną o śniadej cerze i bliżej nieokreślonym wieku. Posługiwał się biurokratycznym żargonem, nawet kiedy mówił o sprawach zupełnie z tym nie związanych. Pewnie tak samo mówi nawet kiedy się kocha — pomyślał z pogardą Marek.
Zaciekawiło go, cóż mogło być zabawne dla tak wymoczkowatego człowieka.
— Pokaż mi to.
— Z przyjemnością, panie. — Iatzoulinos rozwinął pergamin. — Najpierw przekonasz się, że wszystkie wymagane pieczęcie zostały na tym dokumencie umieszczone. Na pierwszy rzut oka, nic nie można mu zarzucić. Zwróć jednak uwagę na niewprawną rękę, spod której wyszło to pismo i dziecinnie prostą składnię. Poza tym, ma to być żądanie zwrotu pieniędzy ze stolicy, dla jakiegoś prowincjonalnego miasteczka… — Iatzoulinos sam się roześmiał. Uważał, że sprawa jest zbyt oczywista, by musiał o niej mówić.
Skaurus przyjrzał się dokumentowi. Nagle i on wybuchnął śmiechem. Iatzoulinos wyraźnie był zadowolony z takiej reakcji, ale zaczął się niepokoić, gdy trybun wciąż nie przestawał się śmiać. W końcu nie wytrzymał i spytał go:
— Najmocniej przepraszam, panie, ale wydaje mi się, że doszukałeś się czegoś, co umknęło mej uwagi. Czy byłbyś łaskaw podzielić się ze mną źródłem swego rozbawienia?
Marek nie mógł jeszcze mówić, więc wskazał tylko na podpis, który widniał pod dokumentem. Wzrok Iatzoulinosa powędrował za jego palcem. Wąskie policzki pobladły mu niczym wosk.