Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 253
Перейти на страницу:

— Nie możesz się ograniczać do przestrzegania reguł. Jesteś im posłuszny, ale tylko dlatego, że prowadzą cię do wyższych celów. Wystarczy, że pozostaniesz wierny temu przeświadczeniu, a cały zamęt, o którym mówisz, z czasem sam się poukłada.

I to by mi w zupełności wystarczyło, gdyby nie jedna sprawa: zapewnienia Cord zanadto kojarzyły mi się z mentalnością, o jaką edharczyków oskarżali ludzie wierzący w Dynastię i tym podobne bzdury, o których opowiadał Criscan. Dlatego instynkt kazał mi milczeć.

A Cord uruchomiła zastawioną wcześniej pułapkę:

— Mógłbyś analizować swój związek z Alą i do upojenia roztrząsać wszystkie jego możliwe aspekty, ale jeśli chcesz jej wysłać list, co jest świetnym pomysłem, nie wdawaj się w takie szczegóły. Odpuść je sobie.

— Mówisz poważnie?

— Tak. Napisz jej po prostu, co czujesz.

— Czuję się pomiatany, ot co. Tak mam jej napisać?

— Nie, nie o to mi chodziło. Napisz jej, co czujesz do niej.

Spuściłem wzrok na leżący między siedzeniami piszczek. Chociaż przez chwilę był cicho.

— Na pewno nie rozmawiałaś z Tulią? Mam wrażenie, że wy, dziewczyny, macie jakąś prywatną retikulę, jak…

— Jak itowie?

W moich ustach zabrzmiałoby to obraźliwie, ale Cord była szczerze ubawiona. Oboje spojrzeliśmy do przodu, na widoczny obok Crade’a zarys głowy Sammanna i jego piszczka.

— Masz rację. Jesteśmy dziewczyńskimi itami i jeśli nie będziesz nam posłuszny, rzucimy w ciebie Księgą!

Cord zabrała ze sobą notes, w którym zapisywała uwagi z eksploatacji aportu. Znalazłem czystą kartkę i zacząłem pisać list do Ali. Szło mi jak po grudzie, więc wyrwałem stronę i zacząłem jeszcze raz. Nie mogłem się przyzwyczaić do jednorazowego poliplastowego pióra srającego mazistym tuszem na gładki maszynowy papier. Wyrwałem drugą kartkę i zacząłem od nowa.

Musiałem przerwać pracę nad czwartym brudnopisem, ponieważ Ganelial Crade zjechał z utwardzonej drogi na bity trakt, z którym jego aport radził sobie lepiej niż wóz Cord. Na łagodnych południowych stokach gór ciągnęły się plantacje drzew paliwowych, pocięte pylistymi drogami takimi jak ta, na której się znaleźliśmy. Pędziły po nich ciężarówki z drewnem, które w tumanach kurzu stanowiły spore niebezpieczeństwo. Pokonanie tej nieprzyjemnej strefy zajęło nam pół godziny, zanim wspięliśmy się na wysokość, gdzie sezon trwał zbyt krótko, a zbocza stawały się zbyt strome dla tego rodzaju upraw — a właściwie dla każdej rozsądnej działalności poza rekreacyjną.

Crade zaprowadził nas na piękne miejsce biwakowe nad górskim stawem. Podobno jesienią ludzie często przyjeżdżali tam polować, ale tego dnia okolica była pusta. Cały nasz sprzęt był nowiuteńki: musieliśmy go powyjmować z pudełek, poodwijać z papierów i pozbyć się metek, zanim do czegoś się będzie nadawał. Rozpaliliśmy ze śmieci ognisko i podsycaliśmy je znalezionym drewnem, aż w porze zachodu słońca zebrało się dość żaru, żebyśmy mogli na nim upiec cheeseburgi. Cord umościła sobie posłanie w aporcie, a my we trzech rozbiliśmy namiot. Siedziałem do późna, kończąc — przy świetle ogniska — list do Ali. To był dobry pomysł: wersja siódma wyszła mi krótka i nieskomplikowana. Cały czas zadawałem sobie pytanie: gdyby los miał nas nigdy więcej nie zetknąć, co powinienem jej powiedzieć?

Poranek następnego dnia był orzeźwiająco wolny od ważnych wydarzeń, nowych znajomości i zaskakujących objawień. Wstaliśmy bez pośpiechu (było zimno), rozpaliliśmy kuchenkę, podgrzaliśmy jedzenie, zjedliśmy i zaczęliśmy się zbierać do drogi.

Crade był szczęśliwy. Nie był szczęśliwy tak ogólnie, z natury, ale tu i teraz — jak najbardziej. Przechadzał się po obozowisku, doradzał nam, jak najlepiej się spakować, pilnował kuchenki, jakby to był co najmniej reaktor jądrowy. Trzeba przyznać, że w takich warunkach był całkiem znośnym towarzyszem podróży — kiedy miał coś do roboty i mógł dać upust rozpierającej go energii. Pomyślałem nawet, że jest nieprzeciętnie inteligentny i minął się z powołaniem, nie zostając deklarantem. Gdyby urodził się wśród slogów, wylądowałby w koncencie, a tak skończył w sekcie, dla której był tak cenny, że nie zamierzała go wypuścić. Kłopot w tym, że jego intelekt się w niej marnował. Tak czy inaczej, przyzwyczaił się, że jest jedynym inteligentnym człowiekiem w promieniu stu mil, i teraz, gdy znalazł się w towarzystwie innych inteligentnych ludzi, nie wiedział, jak się zachować.

Sammann został rzucony na głęboką wodę (nie mógł złapać żadnego sygnału na swoim piszczku), ale radził sobie całkiem nieźle, tak jakby umiejętność znoszenia długotrwałych mąk wchodziła w skład standardowego wyposażenia itów. Miał torbę na ramię, która była dla niego tym samym, czym kamizelka dla Cord; co rusz wyjmował z niej jakieś przydatne narzędzia i gadżety. Tak to przynajmniej wyglądało z punktu widzenia człowieka nieprzyzwyczajonego do posiadania zbyt wielu rzeczy osobistych.

Cord milczała — dopóki na nią nie spojrzałem, bo wtedy szybko się irytowała. Ja sam byłem znudzony i zniecierpliwiony; zanim wreszcie ruszyliśmy w drogę, miałem wrażenie, że dochodzi południe. I tylko zegar w aporcie wskazywał, że do południa zostały jeszcze trzy godziny.

Wjechaliśmy w góry. To było dla mnie nowe doświadczenie. No dobrze, każda podróż byłaby dla mnie nowym doświadczeniem. W dzieciństwie, przed kolektą, kilka razy wyjeżdżałem z miasta: podczepiałem się pod starszych koligatów, którzy jechali odwiedzić mieszkających gdzieś niedaleko krewnych lub przyjaciół. Oczywiście po wstąpieniu do koncentu nie ruszałem się z miejsca — i wcale nie tęskniłem za podróżami. Nie wiedziałem, co tracę. Dopiero tutaj, wśród wzgórz, leśnych polan, jasnozielonych łąk, starych dróg do transportu drewna, porzuconych twierdz, rozpadających się chat i popadających w ruinę pałaców zacząłem myśleć o tym, że mógłbym obejrzeć je wszystkie z bliska, gdybym tylko miał czas wysiąść z aportu i przejść się na spacer. Pod tym względem okolica różniła się od koncentu, w którym wszystkie dróżki były przedeptane od tysięcy lat, a idąc do Fundy Shufa, czułem się jak nieustraszony poszukiwacz przygód. Zastanawiałem się, gdzie zbłądzi mój umysł i dokąd zaprowadzi mnie rozwój wydarzeń, skoro już zmusił mnie do opuszczenia koncentu i rzucił w takie miejsce.

Cord zmieniła muzykę. Popularne piosenki z poprzednich dni jakoś przestały pasować do krajobrazu: nawet ich najpiękniejsze fragmenty nie wytrzymywały porównania z widokami za oknem, a słabsze kawałki po prostu przykro zgrzytały. Miała nagranie muzyki z naszego koncentu; sprzedawaliśmy je na targu przy Bramie Dziennej, razem z miodem. Zaczęła puszczać przypadkowo wybrane fragmenty i na początek wybrała Lament po Trzeciej Łupieży. Dla niej był to po prostu utwór numer trzydzieści siedem, dla mnie chyba najbardziej poruszająca pieśń, jaką znałem. Śpiewaliśmy ją tylko raz w roku, na zakończenie tygodnia wypełnionego postem, recytowaniem imion zabitych i tytułów spalonych ksiąg. W pewnym sensie pieśń pasowała do okoliczności: jeżeli Kuzyni okażą się naszymi wrogami, mogą złupić cały świat.

Wyjechaliśmy zza zakrętu i zobaczyliśmy ścianę fioletowego kamienia, która wypiętrzała się pionowo w górę i milę nad naszymi głowami ginęła w chmurach. Musiała tak trwać od miliona lat. Widząc ją i mając jeszcze w uszach Lament, poczułem coś, co mogę opisać chyba tylko jako patriotyzm wobec mojej planety. Do tej pory nie miałem potrzeby odczuwania takich emocji, ponieważ poza Arbre nie istniało nic, były tylko punkciki światła na niebie. To się jednak zmieniło i zamiast myśleć o sobie jak o członku zespołu obsługującego certyfiki, decenaryście i edharczyku, poczułem się jak obywatel świata i rozpierała mnie duma, że dokładam swoją cegiełkę do dzieła jego ochrony. Odpowiadało mi życie dzikusa.

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)