Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Czy pan nie przestanie ze mnie kpić? warknęła rozdygotana. – Niech pan nie nadużywa swojej władzy, señor Bermudez.
– A więc dobrze, proszę pani, mąż pani wyjaśni, dlaczego został zatrzymany – czego ona właściwie chce? na co nie może się odważyć? – Niech się pani o niego nie martwi. Jest traktowany z całym szacunkiem, niczego mu nie brakuje. No, oczywiście, brak mu pani i niestety na to nic nie możemy poradzić.
– Dość już tych grubiaństw, rozmawia pan z damą – powiedziała kobieta, a on: zdecydowała się, teraz zacznie mówić, zacznie działać. – Niech pan się stara zachować jak człowiek z towarzystwa.
– Nie jestem człowiekiem z towarzystwa, a pani nie przyszła tu, aby mnie uczyć dobrych manier, tylko z innych powodów – mruknął. – Wie pani aż nadto dobrze, za co aresztowano pani męża. Proszę mi wreszcie powiedzieć, czego pani chce.
– Chcę panu zaproponować interes – zająknęła się. – Mój mąż musi jutro wyjechać z kraju. Niech mi pan poda swoje warunki.
– A, to już brzmi nieco bardziej zrozumiale zgodził się. – Moje warunki, żeby wypuścić Ferrita? To znaczy jaka suma?
– Przyniosłam bilety, żeby pan mógł zobaczyć – powiedziała w przypływie odwagi. – Samolot do Nowego Jorku jutro o dziesiątej. Musi go pan wypuścić dziś w nocy. Wiem, że pan nie przyjmuje czeków. To wszystko, co zdołałam zebrać.
– Nie jest tak źle, proszę pani – przypalasz mnie na wolnym ogniu, wbijasz szpilki w źrenice, szarpiesz paznokciami: obnażył ją, związał, kazał się jej pochylić i zawołał o bat. – i do tego w dolarach. Ile tu jest? Tysiąc, dwa?
– Nie mam więcej gotówki, nie mamy – powiedziała. – Możemy panu podpisać jakieś zobowiązanie, wszystko, co pan zechce.
– Proszę mi szczerze powiedzieć, o co chodzi, a może dojdziemy do porozumienia – powiedział. – Znam Ferrita od lat, proszę pani. Nie robi pani tego ze względu na sprawy Espiny. Niech mi pani szczerze powie, w czym rzecz’?
– On musi wyjechać z Peru, musi jutro zdążyć na ten samolot, pan dobrze wie, dlaczego – rzekła szybko. – On jest między młotem a kowadłem, i pan o tym wie. Ja nie proszę o łaskę, señor Bermúdez, ja chcę załatwić interes. Jakie są pańskie warunki, co jeszcze mamy zrobić?
– Nie zamawiałby tych biletów, gdyby pucz się udał, to nie jest podróż dla przyjemności – powiedział. – No tak, więc wpakował się w coś o wiele gorszego. Przemyt też nie, to już załatwione, sam mu pomogłem zatuszować sprawę. Zaczynam rozumieć, proszę pani.
– Wykorzystali jego dobre intencje, użyczył swojego nazwiska, a teraz wszystko spada na niego-powiedziała kobieta. – To, że tu przyszłam, wiele mnie kosztowało, señor Bermúdez. On musi wyjechać za granicę, pan wie o tym aż za dobrze.
– Budowa osiedla w Sur Chico – powiedział. – Oczywiście, proszę pani, to jasne. Teraz rozumiem, dlaczego Perrito przystąpił do spisku Espiny. Espina obiecał, że jeśli mu pomoże, wyciągnie go z tarapatów?
– I teraz go oskarżają, a ci nędznicy, co go w to wciągnęli, przenieśli się gdzie indziej – powiedziała złamanym głosem. – To są miliony solów, proszę pana.
– Tak, wiedziałem o tym, ale nie przypuszczałem, że katastrofa jest tak blisko – zgodził się. – Więc jego argentyńscy wspólnicy wyjechali? I Perrito miał też wyjechać, i wystawić do wiatru setki facetów, którzy kupili te nie istniejące domy. Miliony solów, jasne. Teraz już wiem, dlaczego się brał do konspirowania, już wiem, po co pani przyszła.
– On nie może odpowiadać za wszystko, jego też oszukali – powiedziała kobieta, i pomyślał teraz zacznie płakać. – Jeżeli nie zdąży na ten samolot…
– Zostanie w kraju przez dłuższy czas, i to nie za działalność konspiracyjną, ale za zwykłe oszustwo – przytaknął ze zmartwioną miną. – A wszystkie zrabowane przez niego pieniądze zmarnują się za granicą.
– Nie zrabował ani grosza – podniosła głos. – Wykorzystali go. Ten interes go zrujnował.
– Już rozumiem, dlaczego zdobyła się pani na ten krok – powtórzył ze słodyczą. – Dlaczego kobieta taka jak pani przychodzi do mnie, upokarza się. Wszystko po to, aby nie być tutaj, kiedy wybuchnie skandal, aby nie widzieć swego nazwiska w rubrykach sądowych.
– Nie dla mnie, dla moich dzieci – zakrzyczała kobieta; ale odetchnęła głęboko i zniżyła głos. – Nie mogłam zebrać więcej. Wobec tego proszę to traktować jako zaliczkę. Podpiszemy panu wszystko, co pan zechce.
– Niech pani zachowa te dolary na podróż, Perrito i pani potrzebujecie ich bardziej ode mnie – powiedział powoli i zobaczył, jak kobieta nieruchomieje, zobaczył jej oczy, jej zęby. – A poza tym pani jest warta więcej niż te wszystkie pieniądze. Zgadzam się, to interes. Niech pani nie krzyczy, nie płacze, niech mi pani powie, tak czy nie. Spędzimy pewien czas razem, wyciągniemy Ferrita z więzienia, rano wsiądziecie do samolotu.
– Bezczelny, jak pan śmie – i zobaczył jej nozdrza, jej ręce, jej ramiona, pomyślał nie krzyczy, nie płacze, nie dziwi się, nie odchodzi. – Podły mieszaniec, tchórz.
– Nie jestem człowiekiem z towarzystwa, oto mój warunek, to pani też wiedziała – rzekł cicho. – Mogę pani zagwarantować pełną dyskrecję, to jasne. Nie podrywam pani, załatwiamy interes, proszę to tak traktować. I niech się pani wreszcie zdecyduje, już minęło dziesięć minut.
– Do Chaclacayo? – powiedział Ludovico. – Tak, don Cayo, do San Miguel.
– Tak, zostaję – powiedział. – Jedźcie się wyspać, będziecie tutaj o siódmej. Tędy, proszę pani.
– Nie, nie będziemy siedzieli w ogrodzie, zmarznie pani. Proszę wejść na chwilę, kiedy pani zechce odjechać, wezwę taksówkę i odwiozę panią do domu.
– Dobry wieczór panu, oj, przepraszam, ale właśnie się kładłam spać – powiedziała Carlota. – Pani nie ma w domu, wyszła bardzo wcześnie razem z panienką Queta.
– Daj nam trochę lodu i idź do łóżka, Carlota – powiedział. – Proszę bardzo, niech pani nie stoi w drzwiach, proszę siadać, przygotuję coś do picia. Z wodą sodową? Bez wody, świetnie, tak samo jak ja.
– Co to ma znaczyć? – wycedziła w końcu kobieta; siedziała sztywno. – Dokąd mnie pan zaciągnął?
– Nie podoba się pani ten domek? – uśmiechnął się. – Ba, pewnie pani jest przyzwyczajona do wytwornie j szych lokali.
– O kogo pan pytał, co to za kobieta? – szepnęła zduszonym głosem.
– Moja kochanka, nazywa się Hortensja – powiedział. – Ile lodu? Jedna kostka, dwie? No to wypijmy. Proszę, nie chciała pani pić, a tu od razu cały kieliszek. Już nalewam drugi.
– Wiedziałam, uprzedzali mnie, to najbardziej podła, najnędzniejsza kanalia pod słońcem – powiedziała półgłosem. – Więc czego pan chce? Chce mnie pan poniżyć? Po to mnie pan tu przywiózł?
– Po to, żebyśmy sobie trochę wypili i pogadali – powiedział. – Hortensja to nie jest taka ordynarna kundlica jak ja. Nie, oczywiście nie ma tej klasy co pani, nie jest damą z towarzystwa, ale w każdym razie można się jej nie wstydzić.
– Słucham, co jeszcze – powiedziała kobieta. – Jak długo jeszcze. Słucham.
– Pani to robi z obrzydzeniem, bo w grę wchodzę ja, głównie dlatego – powiedział. – Gdybym był kimś takim jak pani, być może nie czułaby pani wstrętu, nieprawda?
– Tak – zęby kobiety na moment przestały szczękać, usta przestały drżeć. – Ale przyzwoity mężczyzna nie zdobyłby się na takie świństwo.
– To nie myśl o przespaniu się z kimś jest dla pani wstrętna, tylko fakt, że tym kimś jest mieszaniec – powiedział pijąc. – Chwileczkę, zaraz pani naleję.