Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Altsin zmierzył się z nim wzrokiem.
– Więc zrób to – wycedził.
Przez chwilę milczeli, po czym Cetron nagle odwrócił się i trzasnął pięścią w stół. Blat jęknął, stojący na nim gąsiorek zatańczył.
– Niech cię szlag, Alt! To może mi powiesz, co mam teraz zrobić?! Sanwes nie żyje, zabity w rezydencji hrabiego Terleacha, ciebie przynieśli tu godzinę temu, nieprzytomnego, z połamanymi żebrami i taką gorączką, że można było ci na głowie jajka smażyć. W Wysokim Mieście wrze. Poszła plotka, że ktoś próbował zamordować hrabiego i tylko interwencja Ewenneta-sek-Gresa ocaliła mu życie. Wiedziałeś, że Sanwes miał przy sobie noże?
Altsin z wysiłkiem podciągnął się w górę, przyjmując półleżącą pozycję.
– Do licha, Cetron, on zawsze przy robocie nosił noże, co najmniej dwa. Ja zresztą też je noszę, dobrze wiesz.
– Wiem, ale ty nie nosisz Pocałunku Kleh, w dodatku zatrutego.
Altsin otworzył i zamknął usta, zbyt zaskoczony, żeby coś powiedzieć. Nigdy nie widział takiej broni u Sanwesa. Pocałunek Kleh – nazwany tak od imienia bogini, patronki złodziei i morderców – był krótkim, ale za to szerokim sztyletem, dwustronnym i ostrym jak brzytwa, uważanym na dodatek, słusznie czy nie, za znak rozpoznawczy skrytobójców. Z tego powodu żaden szanujący się włamywacz nie nosił go przy sobie.
– Dobrze. – Cetron ponownie usiadł przy stole, przypatrując się chłopakowi spod przymrużonych powiek. – W ten sposób do niczego nie dojdziemy. Opowiadaj po kolei. Po co tam poszliście?
Altsin przymknął oczy, ból w boku stawał się powoli nie do zniesienia.
– Sanwes mówił coś o podrzuceniu pewnego drobiazgu do gabinetu hrabiego. Tylko tyle. Wejść, położyć i wyjść. Robota na sto mrugnięć.
Skrzypnęło krzesło.
– Co to był za drobiazg?
– Nie otwieraliśmy paczki. Sądząc po wyglądzie, jakieś dokumenty.
– Dokumenty? – w głosie Cetrona pojawiła się nowa nuta. – Alt, przy Sanwesie znaleziono papiery sugerujące, że hrabia Terleach sprzedał Wysserynom swoje poparcie w Radzie, że wreszcie dał się kupić.
– Nie rozumiem.
– Pewnie, że nie. – Krzesło skrzypnęło, Cetron znów zaczął chodzić. – Czasami dziwię się, że ty w ogóle wiesz, w jakim mieście żyjesz.
Altsin usłyszał, jak mężczyzna nalewa coś do kubka.
– Dziesięć dni temu zwolniły się dwa miejsca w Radzie Miasta. Stary gyn-Kaderel zmarł w wieku osiemdziesięciu sześciu lat, chociaż niektórzy mówili, że to nigdy nie nastąpi, bo takiego skurwysyna nawet śmierć woli omijać z daleka. A Hardenn Morhes zaginął gdzieś na morzu. Dwa miejsca z trzynastu. Łakomy kąsek.
Kroki zbliżyły się i Altsin poczuł, że ktoś unosi mu głowę i przykłada coś do warg.
– Wypij to. – Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy w głosie Cetrona troskę. Uśmiechnął się w duchu, chyba dopadała go maligna. – Złagodzi ból, ale nie pozwoli ci zasnąć. Po lekach, które dostałeś, nie wolno ci spać co najmniej do wieczora.
Płyn był chłodny, o lekko gorzkawym posmaku.
– Radą trzęsą trzy szlacheckie rody, stojące na czele trzech stronnictw. – Cetron podjął marsz po pomieszczeniu. – Wysseryni, Terleachowie i Herker-gur-Dores ze swoimi krewnymi i zwolennikami. Wszyscy mają po trzy głosy. Pozostałe cztery to tak zwane „głosy ludu”, czyli przedstawiciele gildii kupieckich, armatorów i cechów rzemieślniczych z Niskiego Miasta, wybierani przez zebranie ich mistrzów. To właśnie dwa miejsca spośród nich się zwolniły. Słuchasz mnie? Nie śpij.
– Nie śpię. – Otworzył oczy.
– Wszyscy zaczęli gorączkowy wyścig po te miejsca, bo one dawałyby im przewagę w Radzie. Dawniej, gdy rządziło Imperium, Rada była zależna od gubernatora i choćby wszyscy przedstawiciele Niskiego Miasta naraz zapukali do bram Domu Snu, nie miałoby to znaczenia. Lecz teraz po raz pierwszy w historii miasta zaistniał taki układ sił, trzy razy trzy plus dwa i brak kogoś, kto powstrzymałby zapędy Wysserynów czy gur-Doresów, żeby zdobyć pozostałe dwa głosy. Gdyby dwa główne rody połączyły siły, miałyby sześć przeciw pięciu i mogłyby obsadzić te dwa miejsca swoimi ludźmi, wbrew woli gildii kupieckich i cechów. To znaczy gildie nadal by wybierały, ale to Rada Miasta mogłaby im wskazać kandydatów. Słuchasz?
– Słucham... – Altsinowi znów opadły powieki.
– Nie śpij, bo dostaniesz w łeb. Gdyby jakieś dwa rody połączyły siły i obsadziły te dwa brakujące miejsca swoimi ludźmi, w praktyce to one rządziłyby Ponkee-Laa. Miałyby sześć własnych głosów plus dwa, to daje osiem do pięciu. Władza, jakiej nie miał nikt od czasów imperialnych gubernatorów. Ale Herker-gur-Dores i Wysseryni nienawidzą się serdecznie. Nienawidzą się tak, że gdyby zamknąć ich w ciemnym pokoju, to po stu uderzeniach serca wyciągano by ich w kawałkach. Oni nigdy nie połączą sił. Oba rody próbują więc skaptować hrabiego Terleacha, obiecując mu, bogowie wiedzą co, ten jednak wciąż się waha. Jego władza bierze się w większości z szacunku, jaki ma wśród średniozamożnej szlachty, oraz z opinii niezależnego i bezstronnego radcy, dla którego najważniejsze jest dobro miasta. No i rzecz jasna, nie ufa ani Herkerowi, ani Wysserynom.
Coś uderzyło złodzieja w twarz. Szarpnął się, zamrugał.
– Mówiłem, nie śpij. Podejrzewam, że hrabia gra we własną grę. – Cetron mówił teraz cicho i szybko, zmuszając go do koncentracji. – Wysyła posłańców do mniej ważnych rodów, przyjmuje od nich podarki, jeździ na tajemnicze spotkania. Kazałem dokładnie obserwować to, co dzieje się w Wysokim Mieście, bo czuje się tam solidną burzę. W każdej rezydencji potrojono straże, a czarownicy narzucali tyle zaklęć ochronnych, że powietrze aż iskrzy. I dlatego zabroniłem wam się tam pokazywać.
Altsin ponownie zamknął oczy. Gdy je otworzył, Cetron siedział na krześle i wpatrywał się w niego intensywnie.
– Co zaszło u hrabiego? – zapytał wreszcie leżącego.
Młody złodziej przełknął ślinę. Gardło nagle zrobiło mu się bardzo suche.
– Poszliśmy po dachach, od strony starych koszar. Rezydencja jest tylko pięćdziesiąt kroków od nich. Noc jasna, ale do pełni było jeszcze daleko. Ja zostałem na górze, a Sanwes przeszedł murek, wspiął się po ścianie na balkon i otworzył okno do gabinetu hrabiego. Nie było żadnych zaklęć, straży, niczego. Wszedł do środka i podszedł do szafki na ścianie.