Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Poza tym zdarzały się również wizyty mniej przyjemne, ponieważ kilka razy przebąkiwano o tym, że kardynała usiłowano zamordować.
Co prawda, wrogowie Jego Eminencji mówili, że to sam kardynał nasyła niezręcznych opryszków, aby w razie potrzeby zapłacić pięknym za nadobne; ale nie trzeba wierzyć ani w to, co mówią ministrowie, ani w to, co głoszą wrogowie ministrów.
Nie przeszkadzało to zresztą kardynałowi, któremu najzagorzalsi oszczercy nie mogli odmówić osobistej odwagi, wyprawiać się często nocą, czy po to, by zakomunikować księciu d’Angoulême ważne rozkazy, czy żeby naradzić się z królem, czy rozmówić się z jakimś wysłannikiem, którego kardynał nie chciał przyjąć u siebie.
Tymczasem muszkieterowie, którzy nie mieli wiele do roboty przy oblężeniu La Rochelle, prowadzili wesołe życie, nie trzymano ich bowiem zbyt krótko. Dla naszych trzech znajomych było to tym łatwiejsze, że jako przyjaciele pana de Tréville bez trudu dostawali od niego specjalne przepustki, tak że mogli się spóźnić i wrócić po zamknięciu bram obozu.
Pewnego wieczora, kiedy d’Artagnan był na posterunku w okopie i nie mógł towarzyszyć przyjaciołom, Atos, Portos i Aramis na bojowych koniach, owinięci w wojskowe płaszcze, z ręką przy kolbie pistoletu, wracali z oberży odkrytej przez Atosa przy drodze z La Jarrie i zwanej “Pod Czerwonym Gołębnikiem”.
Jechali drogą wiodącą do obozu, bacznie rozglądając się wokół w obawie przed zasadzką, kiedy w odległości ćwierć mili od wsi Boisnar usłyszeli tętent zbliżających się koni. Natychmiast zatrzymali się wszyscy trzej, zwarli szereg i czekali pośrodku drogi. Po chwili — właśnie księżyc ukazał się zza chmur — ujrzeli na zakręcie dwóch jeźdźców, którzy na ich widok również osadzili konie w miejscu; zdawało się, że zastanawiają się, czy jechać dalej, czy się cofnąć. To wahanie obudziło podejrzenia w trzech przyjaciołach i Atos, podjechawszy kilka kroków naprzód, zawołał pewnym głosem:
— Kto idzie?
— A wy kto? — odparł jeden z jeźdźców.
— To nie jest odpowiedź — rzekł Atos. — Hasło! Odpowiadajcie albo strzelamy.
— Zastanówcie się wpierw, co chcecie zrobić, panowie! — rozległ się dźwięczny głos, jak się zdawało, przywykły do rozkazywania.
— To jakiś wyższy oficer odbywa ront nocny — rzekł Atos. — Co robimy, panowie?
— Kto jesteście? — pytał ten sam głos w sposób równie rozkazujący — odpowiadajcie, bo możecie źle wyjść na swoim nieposłuszeństwie.
— Muszkieterowie królewscy — rzekł Atos coraz bardziej przekonany, że ten, kto pytał, ma do tego prawo.
— Jaka kompania?
— Kompania pana de Tréville.
— Zbliżcie się w ordynku i zameldujcie, co robicie tu o tej porze.
Trzej przyjaciele ruszyli, zbici nieco z tropu, wszyscy trzej bowiem byli przekonani, że mają do czynienia z kimś lepszym od siebie; wyjaśnienia pozostawili zresztą Atosowi.
Ten z jeźdźców, który przemówił drugi, znajdował się w odległości dziesięciu kroków przed swoim towarzyszem; Atos dał znak Portosowi i Aramisowi, by pozostali z tyłu, i podjechał sam.
— Przepraszam, panie oficerze — rzekł Atos — ale nie wiemy, z kim mamy do czynienia; widzisz wszakże, że dobrze pełnimy straż.
— Pańskie nazwisko — rzekł oficer, który część twarzy miał zasłoniętą płaszczem.
— Prosiłbym jednak pana — rzekł Atos, którego zaczęło już drażnić to wypytywanie — prosiłbym o dowód, że masz prawo mnie indagować.
— Pańskie nazwisko? — powtórzył znowu jeździec i odsłonił twarz okrytą połą płaszcza.
— Pan kardynał! — zawołał muszkieter zdumiony.
— Pańskie nazwisko? — powiedział po raz trzeci Jego Eminencja.
— Atos — rzekł muszkieter.
Kardynał dał znak giermkowi, który się zbliżył.
— Ci trzej muszkieterowie będą nam towarzyszyć — rzekł cicho. — Nie chcę, by wiedziano, że wyjechałem z obozu, a skoro będą z nami, nie powiedzą o tym nikomu.
— Jesteśmy szlachtą, Wasza Dostojność — rzekł Atos. — Zażądaj od nas słowa, to dosyć. Dzięki Bogu, potrafimy zachować tajemnicę.
Kardynał utkwił przenikliwe spojrzenie w śmiałym rozmówcy.
— Masz dobre ucho, mości Atosie — rzekł — ale posłuchaj, co ci powiem: bynajmniej nie z braku zaufania, ale dla mego bezpieczeństwa proszę was, byście mi towarzyszyli; twoi dwaj towarzysze to zapewne panowie Portos i Aramis?
— Tak, Wasza Eminencjo — powiedział Atos, podczas gdy dwaj muszkieterowie zbliżali się z kapeluszami w rękach.
— Znam was, panowie — rzekł kardynał — znam was, wiem, że nie jesteście bynajmniej moimi przyjaciółmi, i przykro mi z tego powodu, ale wiem też, że jesteście dzielną i uczciwą szlachtą, i że można wam zaufać. Panie Atosie, zechciej mi uczynić zaszczyt towarzysząc mi wraz z przyjaciółmi; będę miał eskortę, której pozazdrościłby mi Jego Królewska Mość, gdyby nas spotkał.
Trzej muszkieterowie skłonili się aż do końskich szyj.
— Na honor — rzekł Atos — Wasza Eminencja ma słuszność zabierając nas ze sobą; spotkaliśmy na drodze jakieś odrażające figury i z czterema z nich doszło nawet do utarczki “Pod Czerwonym Gołębnikiem”.
— Do utarczki? A to dlaczego, panowie? — rzekł kardynał. — Nie lubię utarczek, jak wiecie.
— Właśnie dlatego mam honor uprzedzić Waszą Eminencję o tym, co się stało; dowiedziawszy się od kogo innego, pan kardynał mógłby uwierzyć, że postąpiliśmy niesłusznie.
— I jakież są skutki tej utarczki? — zapytał kardynał, marszcząc brew.
— Mój przyjaciel Aramis otrzymał lekkie zadraśnięcie szpadą w ramię, co nie przeszkodzi mu, jak Wasza Eminencja zobaczy, pójść jutro do szturmu na rozkaz Waszej Eminencji.
— Ależ wy nie jesteście ludźmi, których można zadrasnąć bezkarnie — powiedział kardynał. — Nuże, szczerze, panowie, przecież za niejeden cios potrafiliście zapłacić z nawiązką. Wyspowiadajcie się, wiecie, że mam prawo udzielić rozgrzeszenia.
— Ja, Wasza Dostojność — rzekł Atos — nie wziąłem nawet szpady do ręki, ale chwyciłem mego chwata wpół i wyrzuciłem przez okno; zdaje się, że rozbił sobie udo padając — ciągnął Atos z pewnym wahaniem.
— Ho, ho — rzekł kardynał. — A ty, mości Portosie?
— Ja, Wasza Dostojność, wiem, że pojedynki są zabronione. Chwyciłem więc za ławę i zadałem jednemu z tych zbójów cios, który strzaskał mu chyba ramię.
— Dobrze — rzekł kardynał. — A ty, mości Aramisie?
— Ja, Wasza Dostojność, jako że jestem bardzo łagodnego usposobienia i, co więcej (o czym Wasza Dostojność być może nie wie), mam wkrótce wstąpić do zakonu, chciałem rozdzielić walczących, kiedy jeden z tych nędzników zdradziecko drasnął mnie szpadą w lewe ramię. Wówczas zabrakło mi cierpliwości, wyciągnąłem szpadę i kiedy atakował mnie, zdało mi się, że się na nią nadział; ale upadł tylko i wyniesiono go wraz z dwoma innymi.
— Do licha, panowie — rzekł kardynał — oto trzech ludzi niezdolnych do walki z powodu kłótni w szynkowni. Widzę, że nie szczędziliście razów; ale jaka była przyczyna tej utarczki?
— Ci nędznicy byli pijani — odparł Atos. — Wiedzieli, że do oberży przybyła wieczorem kobieta, i chcieli wyważyć drzwi.
— Wyważyć drzwi! — rzekł kardynał. — Ale po co?
— Zapewne po to, by zadać jej gwałt — rzekł Atos. — Miałem honor powiedzieć Waszej Eminencji, że nędznicy byli pijani.
— Ta kobieta była młoda i ładna? — zapytał kardynał z pewnym niepokojem.