Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Dwaj jego towarzysze z gwardii skoczyli natychmiast, dwaj żołnierze dołączyli się do nich, tak że liczba była wystarczająca; d’Artagnan odprawił wszystkich innych nie chcąc krzywdzić tych, którzy zgłosili się pierwsi.
Nie było wiadomo, czy po wzięciu bastionu roszelczycy opuścili go, czy pozostawili w nim swój garnizon; należało więc podejść dość blisko, by zbadać sytuację.
D’Artagnan z czterema towarzyszami ruszył okopem; dwaj gwardziści szli obok niego, żołnierze z tyłu.
Tak osłonięci zbliżyli się na odległość stu kroków od bastionu. Tu d’Artagnan odwrócił się i zauważył, że dwaj żołnierze znikli.
Przypuszczał, że zostali z tyłu, bo strach ich obleciał, i szedł dalej.
Minęli przeciwskarpę i znaleźli się w odległości sześćdziesięciu kroków od bastionu. Nie widać było nikogo, bastion wyglądał na opuszczony.
Trzech śmiałków naradzało się, czy mają iść dalej, gdy nagle pas dymu otoczył kamiennego olbrzyma i tuzin kuł zagwizdało wokół d’Artagnana i jego dwóch towarzyszy.
Wiedzieli to, co chcieli wiedzieć: w bastionie była załoga. Pozostać dłużej w tym niebezpiecznym miejscu byłoby zbyteczną nieostrożnością, d’Artagnan i dwaj gwardziści zawrócili więc i zaczęli się cofać, a raczej uciekać. Znalazłszy się na rogu okopu, który miał im służyć za osłonę, jeden z gwardzistów padł; kula przeszyła mu pierś. Drugi, zdrów i cały, szedł dalej w kierunku obozu.
D’Artagnan nie chciał porzucić rannego towarzysza, pochylił się więc nad nim, by go podnieść i pomóc mu w odwrocie; ale w tej samej chwili rozległy się dwa wystrzały: pierwsza kula strzaskała głowę rannego gwardzisty, druga chybiła d’Artagnana o dwa cale i wryła się w skałę.
Młodzieniec odwrócił się żywo; nie był to atak z bastionu zasłoniętego rogiem okopu. Przyszli mu na myśl dwaj żołnierze, którzy uciekli, i przypomniał sobie onegdajszych opryszków; tym razem postanowił dowiedzieć się, co to wszystko znaczy, i padł na ciało towarzysza jak martwy.
Niebawem dwie głowy wychyliły się z opuszczonego obwarowania znajdującego się w odległości trzydziestu kroków; były to głowy naszych dwóch żołnierzy. D’Artagnan nie mylił się: ci dwaj ludzie poszli za nim, by go zabić, mając nadzieję, że śmierć młodzieńca zostanie policzona na rachunek nieprzyjaciela.
Wszelako, ponieważ mógł być tylko ranny i zdradzić ich zbrodnię, podeszli bliżej, aby mu zadać cios ostatni; zbici z tropu podstępem d’Artagnana, nie pomyśleli na szczęście o naładowaniu broni.
Kiedy byli w odległości dziesięciu kroków, d’Artagnan, który padając pomyślał o tym, by nie wypuścić z ręki szpady, zerwał się nagle i jednym skokiem znalazł się przy nich.
Opryszkowie zrozumieli, że jeśli będą uciekać w stronę obozu, d’Artagnan niechybnie ich wyda; toteż pierwszą ich myślą było przejść do nieprzyjaciela. Jeden z nich chwycił swoją rusznicę za lufę, jakby to była maczuga, i zamierzył się straszliwie na d’Artagnana, ale ten uniknął ciosu uskoczywszy w bok; w ten sposób jednak pozostawił wolną drogę bandycie, który rzucił się natychmiast w stronę bastionu. Ponieważ roszelczycy nie wiedzieli, w jakich zamiarach ów człowiek do nich przychodzi, dali ognia; opryszek upadł ugodzony kulą, która strzaskała mu ramię.
Tymczasem d’Artagnan rzucił się na drugiego żołnierza, atakując go szpadą; walka nie trwała długo, nędznik miał do obrony jedynie nie nabitą rusznicę. Szpada gwardzisty prześliznęła się obok lufy bezużytecznej broni i przebiła łydkę bandyty; upadł. D’Artagnan nie czekając przyłożył mu ostrze szpady do gardła.
— Och, nie zabijaj mnie, panie — zawołał bandyta. — Łaski, łaski, mój oficerze, powiem ci wszystko!
— Czy twój sekret wart jest tego, bym ci darował życie? — zapytał młodzieniec cofając szpadę.
— Tak, jeśli pan jest zdania, że warto żyć, kiedy się ma dwadzieścia dwa lata, jak pan, i można osiągnąć wszystko, będąc pięknym i dzielnym, jak pan jesteś.
— Nędzniku! — rzekł d’Artagnan — nuże, mów szybko, kto kazał ci mnie zamordować.
— Kobieta, której nie znam; nazywają ją Milady.
— Skoro jednak nie znasz tej kobiety, skąd wiesz, jak ją nazywają?
— Mój towarzysz ją zna i tak się do niej zwracał, z nim rozmawiała, a nie ze mną; ma nawet w kieszeni list tej osoby, jak powiadał, bardzo ważny dla pana.
— Ale jakim sposobem zostałeś jego wspólnikiem?
— Zaproponował mi spółkę i ja się zgodziłem.
— Ile wam dała za tę piękną wyprawę?
— Sto luidorów.
— Wybornie — rzekł młodzieniec ze śmiechem — widać uważa, że jestem coś wart; sto luidorów! To fortuna dla takich dwóch nędzników jak wy; rozumiem, że się zgodziłeś, i daruję ci życie, ale pod jednym warunkiem.
— Jaki to warunek? — zapytał żołnierz z niepokojem, widząc, że jeszcze nie wszystko skończone.
— Przyniesiesz mi list, który twój kolega ma w kieszeni.
— Ależ to tylko inny rodzaj śmierci — zawołał bandyta — pan chce, żebym przyniósł ten list pod kulami z bastionu?
— Decyduj się i ruszaj, w przeciwnym razie przysięgam ci, że zginiesz z mojej ręki.
— Łaski, panie, litości! W imię owej młodej damy, którą kochasz i uważasz zapewne za umarłą, gdy ona żyje! — zawołał bandyta padając na kolana i opierając się na ręce, tracił bowiem siły, w miarę jak uciekała zeń krew.
— A skąd wiesz, że jest jakaś młoda dama, którą kocham, i że uważam ją za umarłą? — zapytał d’Artagnan.
— Z listu, który mój kolega ma w kieszeni.
— Sam widzisz, że muszę mieć ten list — rzekł d’Artagnan — zatem ani chwili zwłoki, żadnych wahań i choć ogarnia mnie wielkie obrzydzenie, kiedy pomyślę, że miałbym po raz wtóry zanurzyć szpadę we krwi takiego hultaja jak ty, przysięgam ci na honor uczciwego człowieka...
Przy tych słowach d’Artagnan uczynił gest tak groźny, że ranny wstał.
— Nie, nie — zawołał nabierając odwagi, którą natchnął go strach — idę... idę!...
D’Artagnan wziął rusznicę żołnierza, kazał mu iść przodem i popychał go ku drugiemu bandycie, kłując w krzyż ostrzem szpady.
Okropny był widok tego nieszczęśnika: blady na myśl o czekającej go śmierci, próbował dowlec się niepostrzeżenie do ciała wspólnika, który leżał w odległości dwudziestu kroków od niego; smuga krwi znaczyła jego drogę. Tak wielkie przerażenie malowało się na twarzy opryszka pokrytej zimnym potem, że d’Artagnan poczuł litość; rzekł tedy z pogardą:
— Dobrze więc, pokażę ci, jaka jest różnica między człowiekiem odważnym a tchórzem takim jak ty; zostań, sam pójdę.
D’Artagnan szybko dotarł do drugiego żołnierza bacznie rozglądając się wokół, obserwując wszystkie ruchy nieprzyjaciela i korzystając z nierówności terenu.
Cel swój mógł osiągnąć dwojako: przeszukać żołnierza na miejscu albo zabrać go ze sobą, osłaniając się jego ciałem niby tarczą, i przeszukać go w okopie.
D’Artagnan wybrał drugi sposób i zarzucił sobie ciało opryszka na ramiona; w tej samej chwili nieprzyjaciel dał ognia.
Lekki wstrząs, głuchy odgłos trzech kuł przeszywających ciało, ostatni krzyk i drżenie agonii pozwoliły zrozumieć d’Artagnanowi, że ten, który chciał go zabić, uratował mu życie.
D’Artagnan wrócił do okopu i rzucił trupa obok rannego żołnierza, którego twarz była również śmiertelnie blada.
Natychmiast zabrał się do rewizji; skórzany pugilares, sakiewka, w której znajdowała się zapewne część otrzymanej sumy, kubek i kostki składały się na spuściznę po zmarłym. Pozostawił kubek i kostki, rzucił sakiewkę rannemu i niecierpliwie otworzył pugilares.