Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Wśród papierów nie mających znaczenia znalazł list; był to ten właśnie, którego omal nie przypłacił życiem:
“Ponieważ straciliście ślad tej kobiety i jest teraz bezpieczna w klasztorze, dokąd żadną miarą nie powinna była się dostać, postarajcie się przynajmniej nie chybić mężczyzny; w przeciwnym razie sto luidorów, jakie otrzymaliście ode mnie, mogą was drogo kosztować. Wiecie dobrze, że was dosięgnę, gdziekolwiek będziecie.”
Podpisu nie było. Nie ulegało jednak wątpliwości, że list pochodził od Milady. Toteż d’Artagnan zatrzymał go jako dowód rzeczowy i, bezpieczny pod osłoną okopu, wziął na spytki rannego. Ten wyznał, że wraz ze swym zabitym kolegą miał porwać młodą kobietę, która opuszczała Paryż przez rogatkę La Villette, ale zabawili zbyt długo w szynku przy winie i przybyli na miejsce w dziesięć minut po przejeździe kolaski.
— Ale co mieliście zrobić z tą kobietą? — zapytał d’Artagnan z lękiem.
— Zawieźć ją do pałacu przy placu Royale — rzekł ranny.
— Tak, tak! — mruknął d’Artagnan — otóż to, do Milady.
Dreszcz przebiegł młodzieńca, zrozumiał bowiem, jak straszliwe pragnienie zemsty kazało tej kobiecie czyhać na jego zgubę i zgubę tych, którzy go kochali. Zdawał też sobie sprawę, że Milady musiała być świetnie wprowadzona w intrygi dworskie, skoro odkryła wszystko. Niewątpliwie zasięgnęła wiadomości u kardynała.
Ale z prawdziwym uczuciem radości zrozumiał i to, że królowa odnalazła wreszcie więzienie, w którym biedna pani Bonacieux pokutowała za swoje oddanie, i że wydobyła ją stamtąd. List, jaki otrzymał od młodej kobiety, i jej obecność w kolasce na drodze Chaillot znalazły teraz wytłumaczenie.
A zatem, jak to przepowiedział Atos, można będzie odnaleźć panią Bonacieux, klasztor nie jest przecie niezdobytą twierdzą.
Ta myśl napełniła łagodnością jego serce. Zwrócił się do rannego, który z niepokojem obserwował zmiany w wyrazie jego twarzy, i rzekł wyciągając do niego rękę:
— Chodźmy, nie chcę cię tu zostawić. Oprzyj się na mnie i wracajmy do obozu.
— Tak — powiedział ranny, który nie mógł uwierzyć w tyle dobroci — ale czy mam wrócić po to, by zawisnąć na szubienicy?
— Masz moje słowo — rzekł d’Artagnan — po raz wtóry daruję ci życie.
Ranny padł na kolana i znów ucałował stopy swego wybawcy, ale d’Artagnan nie miał już żadnych powodów, by pozostawać tak blisko nieprzyjaciela, i położył kres temu wylewowi wdzięczności.
Gwardzista, który powrócił do obozu pierwszy, oznajmił, że czterej jego towarzysze ponieśli śmierć. Zdumienie i radość zapanowały więc w regimencie, gdy młodzieniec zjawił się zdrów i cały.
D’Artagnan wyjaśnił, że jego towarzysz odniósł ranę szpadą w rzekomej wycieczce. Opowiedział o śmierci drugiego żołnierza i o niebezpieczeństwach, na jakie byli wystawieni. To opowiadanie przysporzyło prawdziwego triumfu młodzieńcowi. Przez cały dzień w armii mówiono tylko o tej wyprawie, a brat królewski przekazał d’Artagnanowi wyrazy uznania.
Zresztą, jako że każdy piękny czyn przynosi nagrodę, czyn d’Artagnana przywrócił mu utracony spokój. Mniemał, że może być spokojny, skoro z dwóch nieprzyjaciół jeden nie żyje, a drugi mu służy.
Ten spokój dowodził, że d’Artagnan nie znał jeszcze Milady.
Rozdział XII
WINO Z ANJOU
Po rozpaczliwych niemal nowinach o stanie króla w obozie zaczęły się szerzyć wieści o jego powrocie do zdrowia; ponieważ zaś królowi spieszno było do La Rochelle, powiadano, że gdy tylko będzie mógł dosiąść konia, wyruszy w drogę.
Tymczasem brat królewski, wiedząc, że dowództwo przejdzie wkrótce w ręce księcia d’Angoulême, Bassompierre’a czy Schomberga[*], ubiegających się o ten zaszczyt, niewiele zdziałał; tracił dzień po dniu na podjazdy, nie kwapiąc się uderzyć na wyspę Ré, gdzie Anglicy wciąż oblegali cytadelę Świętego Marcina i fort La Pree, podczas gdy Francuzi, ze swej strony, oblegali La Rochelle.
Powiedzieliśmy, że d’Artagnan odzyskał spokój, jak to zawsze bywa, kiedy niebezpieczeństwo minie i wydaje się, że już w ogóle nam nie zagraża. Niepokoił się jedynie brakiem wieści od przyjaciół.
Ale pewnego ranka, na początku listopada, wszystko wyjaśnił list wysłany z Villeroi;
“Łaskawy panie!
Panowie Atos, Portos i Aramis zabawiali się wesoło u mnie i narobili tyle hałasu, że namiestnik zamku, człowiek bardzo surowy, przymknął ich na kilka dni; ja wszakże wypełniam dane mi polecenie i posyłam panu dwanaście butelek wina z Anjou[*], które bardzo przypadło im do smaku; toteż wyrazili życzenie, by wypił je pan za ich zdrowie. Co czyniąc, pozostaję z wielkim szacunkiem, pański pokorny i powolny sługa
Godeau[*],
oberżysta panów muszkieterów”
— Znakomicie — zawołał d’Artagnan — myślą o mnie w weselu, tak jak ja o nich w smutku; rzecz prosta, wypiję za ich zdrowie ze szczerego serca, ale nie będę pił sam.
I d’Artagnan pobiegł do dwóch gwardzistów, z którymi najbardziej się przyjaźnił, by zaprosić ich na wyborne wino z Anjou. Jeden z gwardzistów miał już zaproszenie na ten właśnie wieczór; drugi na wieczór następny, umówiono się więc na pojutrze.
D’Artagnan wrócił do domu i odesłał dwanaście butelek wina do gwardyjskiej kantyny, polecając, by miano je w pieczy; w dzień uczty, jako że obiad był wyznaczony na dwunastą w południe, wyprawił o dziewiątej Plancheta, by poczynił przygotowania.
Planchet, bardzo dumny, że został podniesiony do godności ochmistrza, postanowił jak najlepiej wywiązać się z zadania. Wziął sobie do pomocy służącego jednego z gości swego pana, nazwiskiem Fourreau[*], i owego rzekomego żołnierza, co to chciał zabić d’Artagnana, a teraz, nie należąc do żadnej jednostki, wstąpił na służbę do naszego Gaskończyka lub raczej do Plancheta, wdzięczny, że darowano mu życie.
Gdy nadeszła godzina uczty, zjawili się dwaj zaproszeni biesiadnicy, zajęli miejsca i potrawy wjechały na stół. Planchet usługiwał z serwetką na ramieniu, Fourreau otwierał butelki, Brisemont[*] zaś (było to nazwisko rekonwalescenta) przelewał do szklanych karafek wino, zamącone nieco na skutek wstrząsów w podróży. Na dnie pierwszej butelki pozostało jeszcze trochę tego zmąconego wina, Brisemont wlał je do szklanki i d’Artagnan pozwolił mu wypić; nieborak był jeszcze bardzo słaby.
Biesiadnicy zjedli zupę i mieli właśnie wychylić pierwszą szklankę wina, kiedy w forcie Ludwika i w Nowym Forcie zagrzmiały nagle działa. Gwardziści myśląc, że to nieoczekiwany atak oblężonych lub Anglików, skoczyli po swoje szpady, d’Artagnan uczynił to samo i wszyscy trzej pobiegli na stanowiska.
Ale gdy znaleźli się przed kantyną od razu zrozumieli, co się stało; okrzyki: “Wiwat król! Wiwat pan kardynał!” i bicie w bębny rozbrzmiewały ze wszystkich stron.
Jak już powiedzieliśmy, król śpieszył się bardzo. Ze zdwojoną szybkością przebył dwa ostatnie odcinki drogi i właśnie wjeżdżał wraz ze swą świtą i posiłkami w liczbie dziesięciu tysięcy ludzi; muszkieterowie jechali przed nim i za nim. D’Artagnan, stojąc w szpalerze razem ze swoją kompanią, wymownym gestem powitał przyjaciół, którzy patrzyli w jego stronę, i pana de Tréville, który rozpoznał go od razu.