Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 146
Перейти на страницу:

Potrząsnęli oboje głowami i szli dalej razem na końcu pochodu, bo większość ludzi, nawet starzy korzystający z pomocy hisa, wysforowała się już do przodu poddając się ogólnemu szaleństwu.

Odpoczywali podczas tego długiego schodzenia, a słońce minęło tymczasem zenit; szli i odpoczywali, i znowu szli, a słońce zsunęło się już po niebie i świeciło teraz za niskimi, obłymi wzgórzami. Odmówił posłuszeństwa cylinder w jego masce, zrujnowany przez wilgoć i leśną pleśń — zła wróżba dla innych. Oddychając z trudnością przez zapchany filtr poszukał zapasowego cylindra, wstrzymał oddech na czas wymiany i z powrotem naciągnął maskę na twarz. Szli teraz powoli równiną.

Daleko przed nimi wznosiła się owa nieokreślona masa w kształcie ryby, nieregularna kolumna wystająca z morza ciał hisa… nie nie tylko hisa. Byli tam też ludzie, którzy wstali teraz ze swych miejsc i wyszli im naprzeciw. Szła wśród nich Ito z bazy dwa wraz ze swym personelem i robotnikami i Jones z bazy jeden ze swoimi ludźmi. Jones wyciągnął na powitanie rękę i wyglądał na tak samo oszołomionego jak oni.

— Powiedzieli, żeby tu przyjść — Ito odezwała się pierwsza. — Mówili, że wy też przyjdziecie.

— Stacja padła — powiedział Emilio; a przemarsz trwał; pochód posuwał się w kierunku centrum. Hisa ponaglali go, najbardziej jego i Miliko. — Nie mamy innego wyboru, Ito. Na stacji rządzi Mazian… przynajmniej w tym tygodniu. Trudno przewidzieć, kto tam będzie w przyszłym.

Ito i Jones zostali z tyłu razem ze swoimi ludźmi. Zgromadzili się tu też inni ludzie; były ich krocie; stali uroczyście, jacyś otępiali. Spotkali Deacona z załogi szybów, MacDonalda z trzeciej bazy, Heberta i Tauscha z czwórki, ale hisa ciągnęli ich dalej i Emilio ściskał coraz mocniej rękę Miliko, żeby się z nią nie zgubić w tym nieprzeliczonym tłumie. Teraz otaczali ich tylko hisa, sami hisa. Kolumna była coraz bliżej i nagle stwierdzili, że to nie kolumna, a skupisko wizerunków, takich jak te, które hisa podarowali stacji, przykucnięte, kuliste kształty i formy wyższe, ciała o wielu twarzach hisa, zdziwione usta i szeroko otwarte, nieruchome oczy wpatrzone wiecznie w niebo.

Hisa rzeźbili podobne, ale te były stare. Spłynął na niego zachwyt. Miliko zwolniła w końcu i po prostu gapiła się z zadartą w górę głową. Emilio też. Zewsząd otaczali ich hisa, a oni czuli się zagubieni, mali i obcy przed tym niebotycznym, starożytnym kamieniem.

— Wy iść — dotarł do niego głos hisa. Skoczek ujął go za rękę i podprowadził do samej podstawy obelisku.

A siedzieli tam Starzy, hisa najstarsi ze wszystkich, ich twarze i ramiona pokrywało srebro. Siedzieli otoczeni krótkimi laskami wbitymi w ziemię, laskami rzeźbionymi w twarze i obwieszone wisiorkami. Emilio zawahał się przed wejściem do tego kręgu, ale Skoczek podprowadził ich do samych Starych.

— Siąść — podpowiedział im Skoczek.

Emilio zgiął się w ukłonie, to samo uczyniła Miliko i siedli ze skrzyżowanymi nogami przed czwórką starszych. Skoczek powiedział coś w świergotliwym języku hisa i najwątlejszy z tej czwórki udzielił mu odpowiedzi.

A potem ten sam Stary, podpierając się na jednej ręce wyciągnął drugą, żeby dotknąć najpierw Miliko, a potem Emilia, jak gdyby błogosławiąc ich.

— Dobrze wy przyjść tutaj — powiedział Skoczek chyba tłumacząc słowa Starego. — Ciepło wy przyjść tutaj.

— Podziękuj im, Skoczku. Przekaż im bardzo dużo podziękowań. Ale powiedz im też, że z Nadwyża zagraża im niebezpieczeństwo. Że oczy Nadwyża spoglądają z góry na to miejsce i że ludzie-z-karabinami mogą tu przybyć i czynić krzywdę.

Skoczek przekazał to. Cztery pary wiekowych oczu przyglądały się im z niezmąconym spokojem. Jeden z nich odpowiedział.

— Wysoko lecieć statek nad nasze głowy — tłumaczył Skoczek. — Przylecieć, zobaczyć, odlecieć.

— Grozi wam niebezpieczeństwo. Błagam cię, wytłumacz to im.

Skoczek przetłumaczył. Najstarszy uniósł rękę wskazując na wznoszące się nad nimi wizerunki i odpowiedział.

— Hisa miejsce. Noc przychodzić. My spać, my śnić, oni odejść, my wyśnić, oni sobie pójść.

Przemówił drugi ze starszych. W jego słowach pojawiło się nazwisko człowieka: Bennett; i inne: Lukas.

— Bennett — zawtórował mu stojący najbliżej. — Bennet. Bennett. Bennett.

Pomruk przekroczył granice kręgu, rozprzestrzeniał się jak wiatr po ogromnym zgromadzeniu.

— My kraść jedzenie — powiedział Skoczek z uśmiechem hisa. — My nauczyć się dobrze kraść. My ukraść was, zrobić was bezpiecznie.

— Karabiny — zaprotestowała Miliko. — Karabiny, Skoczku.

— Wy bezpieczni. — Skoczek urwał na chwilę, żeby wysłuchać, co mówi jeden ze Starych. — On dawać wam imiona: nazywać ciebie On-Przychodzi-Znowu; nazywać ciebie Ona-Wyciąga-Ręce. To-he-me; Mihan-tisar. Wasz duch dobry. Kochać was. Człowiek-Bennett, on nauczyć nas śnić ludzkie sny; teraz wy przychodzić my nauczyć was hisa sny. My kochać was, kochać, To-he-me, Mihan-tisar.

Nie znajdował słów; patrzył tylko w górę na ogromne wizerunki wpatrzone okrągłymi oczyma w niebiosa; powiódł wzrokiem po otaczającym go zgromadzeniu, które zdawało się rozciągać we wszystkie strony hen aż po horyzont i przez chwilę miał wrażenie, że wierzy, iż jest możliwe, że to przerażające miejsce może odstraszyć każdego nieprzyjaciela, który tu przyjdzie.

Starzy zaintonowali pieśń, którą podchwycili stojący najbliżej, a po nich coraz dalsze i dalsze kręgi hisa. Ciała zaczęły się kołysać w rytm psalmu.

— Bennett… — To nazwisko co chwila się w nim powtarzało. — On nauczyć nas śnić ludzkie sny… nazwać cię On-Przychodzi-Znowu.

Emilio zadrżał, wyciągnął ramię i otoczył nim Miliko wsłuchany w ten hipnotyzujący podszept, który był jak muśnięcie młota po brązie, jak westchnienie jakiegoś ogromnego instrumentu wypełniającego czaszę ciemniejących w zmierzchu niebios.

Słońce całkowicie schowało się za widnokręgiem. Zmrok przyniósł powiew chłodu i westchnienie zachwytu wydobywające się z niezliczonych gardeł, które przerwały pieśń. Pojawiające się w chwilę potem gwiazdy przywitał las rąk wskazujących w górę i rozległy się stłumione okrzyki podziwu.

— Nazywać ją Ona-Przychodzić-Pierwsza — wyjaśnił im Skoczek i zaczął wymieniać kolejno nazwy wszystkich gwiazd, w miarę jak bystre oczy hisa dostrzegały je na niebie i witały niczym powracających przyjaciół. — Iść-Razem; Przychodzić-na-Wiosnę; Ona-Zawsze-Tańczy…

Pieśń ożyła znowu, śpiewana teraz szeptem, w minorowej tonacji, i ciała zaczęły się kołysać.

Wyczerpanie dawało o sobie znać. Oczy Miliko stawały się coraz bardziej szklane; Emilio starał się ją podtrzymywać, walczyć sam z ogarniającą go sennością, ale hisa też głowy opadały już na piersi. Skoczek poklepał ich dając tym do zrozumienia, że reszta akceptuje ich zachowanie.

Emilio zasnął. Obudziwszy się po jakimś czasie, znalazł obok przygotowane dla nich jedzenie i picie. Na przemian zsuwał maskę, żeby odgryźć kęs i popić go i nasuwał ją, żeby odetchnąć. Kilka rozbudzonych postaci snuło się gdzieniegdzie między pogrążonymi we śnie masami i pomimo całego sennego spokoju tej godziny załatwiało potrzeby naturalne. On też ją poczuł i prześlizgnął się na same krańce tego ogromnego, nieprzebranego mrowia, tam gdzie spali inni ludzie i jeszcze dalej, gdzie hisa wykopali schludne rowy spełniające rolę sanitariatów. Stał tam jakiś czas, na obrzeżach obozu, wpatrując się w wizerunki, rozgwieżdżone niebo i śpiący tłum, dopóki nie przyszli inni i nie wróciło mu poczucie czasu.

Hisa odpowiedzieli. Swoją tutaj obecnością, siedzeniem tutaj pod kopułą niebieską, przemawianiem do nieba i swoich bogów… patrzcie na nas… Mamy nadzieję. Wiedział, że oszalał; i przestał obawiać się o siebie, nawet o Miliko. Wszyscy czekali na sen; i jeśli ludzie skierują swe karabiny na łagodne, śpiące istoty z Podspodzia, nie będzie już żadnej nadziei. Tak właśnie hisa rozbroili ich na samym początku… gołymi rękami.

1 ... 107 108 109 110 111 112 113 114 115 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)