Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 146
Перейти на страницу:

— Znajdźcie jakieś osłonięte miejsce — ponaglał Skoczka Emilio. — Tu nie jest dobrze, Skoczku. Zobaczą nas statki.

— Teraz spać — powiedział Skoczek, zwinął się w kłębek i ani jego, ani jego pobratymców nic nie było w stanie zmusić do dalszej drogi.

Emilio przysiadł na ziemi wpatrując się w niego bezsilnie. Powiódł wzrokiem po całym stoku; ludzie i hisa kładli się tam, gdzie kto rzucił swój bagaż, niektórzy owijali się w koce, inni byli zbyt skonani, żeby je rozpostrzeć. Emilio wykorzystał swój jako poduszkę, położył się na kocu Miliko, przygarnął ją do siebie i leżeli tak w słońcu, którego promienie przenikały z ukosa przez listowie. Skoczek przysunął się do nich i otoczył go ramieniem. Emilio poddał się i zasnął głębokim, zdrowym snem.

Ocknął się potrząsany przez Skoczka. Miliko siedziała obok w kucki obejmując kolana rękami. Lekka mgiełka skraplała się na liściach; było późne, późne, pochmurne popłudnie i zanosiło się na deszcz.

— Emilio, powinieneś się chyba obudzić. Wydaje mi się, że to jacyś bardzo ważni hisa.

Przekręcił się na drugi bok, podźwignął na kolana i przymrużył oczy od zimnej mżawki. Dookoła budzili się inni ludzie. Spośród drzew wyszli Starzy, hisa, których biel obficie przy prószyła futra; było ich troje. Emilio wstał i skłonił się, co chyba przyjęli z zadowoleniem, bo to była ich ziemia i ich drzewa.

Skoczek też się skłonił, podskoczył i sprawiał wrażenie poważniejszego niż zazwyczaj.

— Oni nie rozmawiać ludzka mowa — powiedział do Emilia. — Oni mówić wy iść z nimi.

— Idziemy — powiedział Emilio. — Miliko, podnieś ich. Odeszła budząc cicho tych kilku, którzy jeszcze spali i polecenie, przekazywane z ust do ust, rozniosło się wśród wszystkich ludzi biwakujących na zboczu wzgórza. Zmęczeni, przemoknięci, zbierali swoje bagaże i szykowali się do drogi. Pojawiło się jeszcze więcej hisa. Drzewa zdawały się ożywać nimi, chyba za każdym pniem w lesie kryło się zwinne brązowe ciało.

Starzy zniknęli z oczu w lesie. Skoczek zwlekał, dopóki wszyscy nie byli gotowi, a wtedy ruszył. Emilio zarzucił sobie zrolowany koc Miliko na ramię i podążył za nim.

Przedzierali się przez mokre liście i ociekające wodą gałęzie. Gdy tylko któryś z ludzi tracił siły, zaraz pojawiał się przy nim któryś z hisa, żeby mu pomóc, hisa, żeby wziąć go za ręce i zagadać życzliwie, choćby w swoim języku, jeśli nie rozumieli ludzkiej mowy; za nimi, niczym horda insektów czyścicieli, szli inni — złodziejscy hisa — taszcząc nadmuchiwaną kopułę, generatory, ich żywność i co tylko mogli ściągnąć z łazików, bez względu na to, czy wiedzieli, do czego to wszystko służy, czy nie.

Zapadła noc i maszerowali teraz posuwając się gęsiego przez gąszcz drzew, odpoczywając, kieuy musieli, ale hisa prowadzili ich tak, że nikt nie mógł się odłączyć, i przytulali się do nich, kiedy się zatrzymywali, żeby ziąb nie był tak dokuczliwy.

Wtem w niebiosach rozległ się grzmot, który nie miał nic wspólnego z deszczem.

— Coś ląduje — przekazywano sobie z ust do ust to przypuszczenie.

Hisa o nic nie pytali. Ich wprawne uszy wychwyciły pewnie ten dźwięk dawno temu.

Wracał Porey. To był prawdopodobnie Porey. Przez jakiś czas będą przeszukiwać opuszczoną bazę i słać do Maziana pełne złości komunikaty. Będą im potrzebne informacje ze skanera, będą się musieli zastanowić nad dalszym postępowaniem i uzyskać decyzję Maziana w tej sprawie… czas pracował na ich korzyść.

Odpoczynek i marsz, odpoczynek i marsz, i gdzie się kto zachwiał, zaraz wyrastali przy nim opiekuńczy Dołowcy, żeby dotknąć, żeby zachęcić do wysiłku, żeby pocieszyć. Gdy się zatrzymywali, ziąb i wilgoć dawały się bardziej we znaki, chociaż deszcz wcale nie padał; i ucieszyli się, gdy nastał ranek, gdy przez korony drzew przesączyły się pierwsze promienie światła, które Dołowcy przywitali świergotem, swoją paplaniną i odrodzonym entuzjazmem.

Nagle skończyły się drzewa i wyszli na stok wzgórza opadający ku ogromnej równinie, a brzask rozpraszał już wyraźnie mroki nocy. Gdy weszli na szczyt niewielkiego wzniesienia, roztoczył się przed nimi sięgający hen, aż po horyzont krajobraz, a hisa szli dalej, wychodzili spomiędzy drzew w rozległą dolinę… do owego sanktuarium, uświadomił sobie z nagłym zaniepokojeniem Emilio, na teren, o którego pozostawienie im hisa zawsze prosili, na który ludzie mieli wstęp wzbroniony, na ogromną przestrzeń pozostającą na zawsze tylko ich, hisa, wyłączną własnością.

— Nie — zaprotestował Emilio rozglądając się za Skoczkiem. Machnął przywołująco ręką na Dołowca, który sunął w pobliżu tanecznym krokiem. — Nie. Skoczku, nie wolno nam wychodzić na otwartą przestrzeń. Nie wolno. Nie możemy, słyszysz? Ludzie-z-karabinami przylecieli na statkach; ich oczy nas dojrzą.

— Starzy mówić iść — oznajmił Skoczek nie gubiąc nawet rytmu swoich pląsów, jak gdyby stawiało to sprawę poza wszelką dyskusją.

Zaczynał się już stok. Całe plemię wypadło spomiędzy drzew niczym brązowa fala, niosąc ludzi i ich bagaż, a za nimi zaczęły się wyłaniać z lasu coraz to nowe szeregi ludzi idących o własnych siłach; kierowali się ku kuszącej bladości skąpanej w słońcu równiny.

— Skoczku! — Emilio zatrzymał się, a Miliko stanęła przy nim. — Ludzie-z-karabinami znajdą nas tutaj. Rozumiesz, co mówię, Skoczku?

— Ja rozumieć. My widzieć cała hisa, ludzi. Ich też my widzieć.

— Nie możemy zejść tam na dół. Zabiją nas, słyszysz? — Oni mówić iść.

Starzy. Skoczek odwrócił się do niego plecami i ruszył dalej w dół stoku. Po chwili obejrzał się i nie przystając machnął zapraszająco na niego i Miliko.

Emilio zrobił krok, potem drugi, wiedząc, że to szaleństwo, wiedząc, że mentalność hisa jest inna niż ludzi. Hisa nigdy nie podnieśli ręki na najeźdźców swego świata; siedzieli, obserwowali i teraz też to robili. Ludzie poprosili hisa o pomoc i hisa robili to na swój sposób.

— Porozmawiam z nimi — powiedział do Miliko. — Porozmawiam z ich Starymi, wyjaśnię im w czym rzecz. Nie możemy ich urazić, ale wysłuchać mnie chyba mogą… Skoczku, Skoczku, zaczekaj.

Ale Skoczek kroczył dalej na czele pochodu. Hisa nie zatrzymywali się spływając wciąż ogromnym trawiastym zboczem ku równinie. Po jej środku, gdzie chyba przepływał strumień, wznosiło się coś, co przypominało uniesioną ku górze kamienną pięść. Obiekt otoczony był wydeptanym kołem, cieniem, który rozpoznał w końcu jako krąg żywych ciał zebranych wokół tego tworu.

— Tam muszą być wszyscy hisa znad rzeki — odezwała się Miliko. — To jakieś miejsce zgromadzeń. Rodzaj świątyni.

— Mazian tego nie uszanuje; Unia prawdopodobnie też nie. — Przewidywał masakrę, rzeź, widział już oczyma wyobraźni atak na siedzących biernie hisa. i o Dołowcy, pomyślał, to łagodne obyczaje samych Dołowców uczyniły Pell tym czym jest. W dawnych czasach ludzi na Ziemi ogarnęło przerażenie na wieść o znalezieniu obcego życia. Była wtedy nawet mowa o zrezygnowaniu z zakładania kolonii ze strachu przed nowymi odkryciami… ale na Podspodziu nie istniał strach, nigdy nie było go tu, gdzie hisa wyszli na spotkanie ludzi z pustymi rękami i przyjęli ich z ufnością.

— Musimy ich przekonać, żeby stąd odeszli — powiedział Emilio.

— Idę z tobą — oświadczyła Miliko.

— Pomóc ciebie? — zapytał hisa dotykając ręki Miliko, bo ta straciła równowagę opierając się na ramieniu Emilia.

1 ... 106 107 108 109 110 111 112 113 114 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)