Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 146
Перейти на страницу:

— Komunikator ożył — wysapał goniec i Emilio nie zatrzymując się pobiegł dalej pochyłym poboczem wijącej się między drzewami drogi.

Po pokonaniu kilku zakrętów dostrzegł wreszcie łaziki i zgromadzonych przy nich ludzi. Okrążył zbiegowisko nakładając drogi przez las i zaczął się przepychać przez tłum do Jima Ernsta siedzącego przy komunikatorze zasilanym z generatora. Ludzie rozstępowali się, żeby go przepuścić. Dotarł do łazika, wdrapał się na skrzynię ładunkową zawaloną bagażami, belami, plastikowych płacht i ludźmi, którzy nie mogli iść, przekopał się przez ten galimatias do miejsca, w którym siedział Ernst i stanął za jego plecami. Ernst odwrócił się do niego przyciskając jedną ręką słuchawkę do ucha, a wyraz jego oczu zwiastował tylko ból.

— Nie żyje — powiedział Ernst. — Pański ojciec… zamieszki na stacji.

— A matka, a brat?

— O nich ani słowa. Ani słowa o żadnych innych ofiarach. Nadaje wojsko. Flota Maziana, Chcą nawiązać z nami kontakt. Mam odpowiedzieć?

Wstrząśnięty, wciągnął w płuca głęboki oddech, świadomy ciszy, jaka zapadła wśród stojących najbliżej ludzi, wpatrujących się w niego z zadartymi głowami, garstki starych mieszkańców Q na samym łaziku gapiących się na niego oczyma tak poważnymi, jak te z obrazów hisa.

Ktoś wdrapał się na skrzynię łazika, przekopał przez stosy bagaży i otoczył go ramieniem. Miliko. Był jej wdzięczny… drżał lekko z wyczerpania i pod wpływem dającego o sobie znać dopiero teraz szoku. Spodziewał się tego. To było tylko potwierdzenie jego obaw.

— Nie — powiedział. — Nie odpowiadaj. — Przez tłum przetoczył się pomruk niezadowolenia; odwrócił się do tych ludzi. Nie mówią nic o innych ofiarach — wrzasnął przekrzykując w pośpiechu coraz głośniejszą wrzawę. — Ernst, powiedz im, co odebrałeś.

Ernst wstał i powtórzył treść komunikatu. Emilio przytulił do siebie Miliko. Tam na górze byli jej rodzice i siostra, kuzynowie, wujowie i ciotki. Deesowie mogli przeżyć, a równie dobrze zginąć nie odnotowani na listach ofiar: Deesowie mieli więcej szans. Nie byli celami, tak jak Konstantinowie.

Władzę na stacji przejęła Flota, wprowadziła prawo wojenne, Q… Ernst zawahał się przez chwilę, a potem, widząc ponaglenia w uniesionych ku niemu twarzach, podjął z ociąganiem swą relację… Q zbuntowało się, przerwało kordony i rozlało po stacji siejąc zniszczenie i śmierć. Ginęli zarówno stali mieszkańcy stacji, jak i ludzie z Q.

Jeden ze starszych mieszkańców Q płakał. Może, pomyślał z bólem Emilio, może oni też mają tam swoich, o których się martwią.

Spojrzał w dół na rzędy poważnych twarzy jego pracowników, robotników stałych, Q i gdzieniegdzie hisa. Nikt się teraz nie poruszał. Nikt nic nie mówił. Słychać było tylko szelest wiatru w liściach nad ich głowami i szum rzeki dochodzący zza drzew.

— A więc niedługo tu będą — przemówił do ludzi Emilio starając się zapanować nad drżeniem głosu. — Wrócą tu, żeby zmusić nas do uprawiania dla nich pól, do pracy w młynie i w szybach; Kompania i Unia będą dalej prowadziły ze sobą wojnę, ale ta planeta nie należy już do Pell, do Pell znajdującej się w ich rękach, bo my nie chcemy, aby wszystko, co tu wyhodujemy, zapełniało ich ładownie. Kiedy nasza Flota przylatuje tutaj i zmusza nas do pracy pod lufami karabinów… to co będzie, kiedy po nich przyjdzie tu Unia? Co będzie, jeśli będą żądali od nas coraz większego wysiłku i nikt z nas nie będzie miał wpływu na to, co dzieje się na Podspodziu? Wracajcie, jeśli chcecie; pracujcie dla Pell, dopóki nie pojawi się tu Unia. Ale ja idę dalej.

— Dokąd, proszę pana? — To był ten chłopak, zapomniał jego nazwiska, ten sam, nad którym w dniu buntu znęcał się Hale. Ramionami otaczał swoją matkę. To nie była prowokacja, a zwykłe pytanie.

— Nie wiem — przyznał. — Do bezpiecznego miejsca, w które zaprowadzą nas hisa, jeśli w ogóle istnieje takie miejsce. Żeby tam żyć. Okopać się i żyć. Uprawiać ziemię dla siebie.

Przez tłum przeszedł pomruk. Strach… strach towarzyszył zawsze tym, którzy nie znali Podspodzia, strach przed lądem, przed miejscami, gdzie człowiek był w mniejszości. Ludzie, którzy nie zauważali hisa na stacji, zaczynali się ich bać na otwartej przestrzeni, gdzie hisa byli niezależni, a oni nie. Zgubiona maska, uszkodzenie… to na Podspodziu groziło im śmiercią. Cmentarz tam, przy bazie głównej, rozrastał się tak samo szybko, jak obóz.

— Żaden Dołowiec — powtórzył jeszcze raz — nigdy nie podniósł ręki na człowieka. I to pomimo krzywd, jakie im wyrządzaliśmy, pomimo tego, że jesteśmy tu obcy. — Zlazł z łazika wpadając w koleiny w rozjeżdżonej drodze i wyciągnął ręce, żeby pomóc Miliko. Jej przynajmniej był pewien. Zeskoczyła ze skrzyni i nie zadawała żadnych pytań. — Możemy was zostawić w obozie, który przed chwilą minęliśmy — powiedział. — Tyle możemy dla was zrobić, dla tych, którzy chcą zaryzykować z Poreyem. Uruchomimy wam kompresory.

— Panie Konstantin.

Podniósł głowę. To mówiła jedna z najstarszych kobiet jadąca na skrzyni łazika.

— Panie Konstantin, jestem za stara, żeby pracować tak, jak trzeba było tam, skąd odeszliśmy. Ja nie chcę zostać.

— Ruszajmy już — odezwał się męski głos.

— Czy ktoś wraca? — krzyknął jeden z brygadzistów z Q. Mamy wysłać z kimś z powrotem któryś z łazików?

Zaległa cisza. Ludzie potrząsali głowami. Emilio patrzył na tę masę czując zwykłe zmęczenie.

— Skoczku — powiedział spoglądając na przedstawiciela hisa, który czekał na skraju lasu. — Gdzie jest Skoczek? Potrzebny mi.

Spośród drzew porastających zbocze wzgórza wyłonił się Skoczek.

— Wy przyjść — zawołał z góry wskazując na szczyt wzgórza i drzewa. — Wy teraz przyjść wszystkie.

— Jesteśmy zmęczeni, Skoczku. I potrzebne nam rzeczy, które jadą na łazikach. Łaziki nie przejdą tą drogą, a niektórzy z nas nie mogą chodzić. Są wśród nas chorzy, Skoczku.

— My ponieść chorych, mnóstwo, mnóstwo hisa. My skraść dobre rzeczy na łazikach, my dobrze nauczeni, człowiek-Konstantin. My ukraść dla was. Wy przyjść.

Obejrzał się na innych i ujrzał pełne niedowierzania powątpiewające twarze.

Hisa otoczyli ich. Z lasów wychodziło ich coraz to więcej i więcej, niektórzy nawet z młodymi, które ludzie rzadko mieli okazję oglądać. To, że nie bali się podchodzić z nimi do ludzi, było przejawem zaufania. Chyba wyczuła to cała grupa, bo nikt nie protestował. Pomagali starym i niepełnosprawnym zsiadać z łazików. Silni, młodzi hisa splatali dla nich ręce w koszyczki; inni zwalali z bagażników zapasy i sprzęt.

— A co będzie, jeśli zaczną nas tropić skanerem? — mruknęła niespokojnie Miliko. — Musimy skryć się gdzieś głęboko i to szybko.

— Trzeba bardzo czułego skanera, żeby odróżnić ludzi od hisa. Może jednak zadecydują, że nie opłaca im się nas szukać.

Podszedł do nich Skoczek, wziął Emilia za rękę i zmarszczył nos, co u hisa było odpowiednikiem puszczania oka u ludzi. — Wy iść ze Skoczkiem.

Nie nadawali się do długiego marszu, chociaż strach wywołany ostatnimi wiadomościami dodał im nieco sił. Trochę wspinaczki pod górę, a potem schodzenie po stoku porośniętym drzewami i paprociami i wszyscy już z trudem łapali powietrze, a niektórych trzeba było nieść, chociaż z początku szli o własnych siłach. Jeszcze kawałek i nawet hisa zaczęli zwalniać kroku. Po jakimś czasie, kiedy liczba ludzi, których musieli nieść, wzrosła tak, że nie dawali już rady, ogłosili postój, a sami rozciągnęli się w paprociach i zasnęli.

1 ... 105 106 107 108 109 110 111 112 113 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)