Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Powiedziałby im wszystko, o lordzie Marku i Milesie, o księciu i księżnej, i o Barrayarze. I o Kareen. Ale karmienie kneblowało mu usta, a narkotyk odjął mowę. Przez resztę czasu przede wszystkim wrzeszczał. To wina Ryovala. Baron tylko patrzył, ale nie słuchał.
Chciałem być lordem Markiem. Chciałem być tylko lordem Markiem. To źle? Nadal chciał być lordem Markiem. Prawie mu się udało, już czuł dotyk szczęścia. Ale wydarli mu to z rąk. Płakał nad swoją porażką, a łzy jak krople płynnego ołowiu kapały na ciało obdarte ze skóry. Zabrali lorda Marka i pogrzebali żywcem. Rozpadł się na kawałki. Chciałem być tylko człowiekiem. Znowu wszystko schrzaniłem.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
Setny raz okrążył pomieszczenie, ostukując ściany.
— Gdybyśmy mogli ustalić, która jest zewnętrzna — powiedział do Rowan — może jakoś udałoby się nam przebić na drugą stronę.
— Czym, paznokciami? A jeśli pod nami są trzy piętra? Może z łaski swojej usiądziesz — rzuciła przez zęby Rowan. — Działasz mi na nerwy!
— Musimy się stąd wydostać.
— Musimy czekać. Lilly zauważy, że nas nie ma. I coś się zrobi.
— Ale kto to ma zrobić? I jak? — Rozejrzał się wściekle po ich małej sypialni. Nie była to więzienna cela, ale coś w rodzaju pokoju gościnnego z osobną łazienką. Okien nie zamontowano, co mogłoby sugerować, że znajdują się pod ziemią lub w środkowej części budynku. Jeżeli to podziemie, przebijanie się przez ścianę nie miało większego sensu, lecz gdyby przedostali się do jakiegoś sąsiedniego pomieszczenia, mogłyby się zarysować przed nimi lepsze perspektywy. Jedno wyjście pilnowane przez dwóch uzbrojonych w ogłuszacze wartowników. Poprzedniego wieczoru usiłowali nakłonić ich do otwarcia drzwi, raz udając chorobę, a raz z powodu prawdziwego ataku konwulsji, jaki znów u niego wystąpił, prawdopodobnie z powodu zbyt silnych emocji. Wartownicy podali przez drzwi należącą do Rowan torbę lekarską, która potem okazała się bronią obosieczną, ponieważ kiedy nie przestawał mówić o podjęciu konkretnych działań, zmęczona kobieta zaczęła go straszyć środkiem uspokajającym.
— Przeżycie, ucieczka, sabotaż — recytował. Słowa te jak litania krążyły mu w głowie. — To obowiązek żołnierza.
— Nie jestem żołnierzem — odrzekła Rowan, trąc podkrążone oczy. — A Vasa Luigi nie chce mnie zabić. Gdyby chciał zabić ciebie, zrobiłby to już poprzedniego wieczoru. On nie bawi się ofiarą jak Ryoval. — Zagryzła wargi, jak gdyby żałowała, że wypowiedziała ostatnie zdanie. — A może zamierza zostawić nas tu razem, dopóki ja cię nie zabiję. — Odwróciła się na drugi bok, przykrywając głowę poduszką.
— Powinnaś wtedy rozbić lotniak.
Dźwięk dobiegający spod poduszki mógł być albo jękiem, albo przekleństwem. Chyba zdążył to już powtórzyć kilka razy.
Gdy stuknęły otwierane drzwi, obrócił się na pięcie jak oparzony.
Wartownik powitał go uprzejmym gestem przypominającym salut.
— Wyrazy uszanowania od barona Bharaputry. Baron wraz z baronową proszą panią i pana na kolację. Zaprowadzimy państwa na górę, kiedy tylko będą państwo gotowi.
W jadalni baronostwa Bharaputra znajdowały się wielkie szklane drzwi, za którymi rozciągał się widok na zamknięty, przysypany śniegiem zimowy ogród. Przy każdym wyjściu stał rosły wartownik. Ogród połyskiwał w gasnącym świetle dnia; spędzili tu w końcu cały jacksoński dzień, czyli dwadzieścia sześć godzin plus parę minut. Kiedy weszli, Vasa Luigi podniósł się z miejsca i dał znak wartownikom, którzy wycofali się na zewnątrz, dając im złudzenie prywatności.
Jadalnia była urządzona dość stylowo: wokół szklanych drzwi ustawiono w półkolu kilka rzędów małych stolików z pojedynczymi kanapami, aby każdy widział ogród. Na jednej z kanap siedziała kobieta o bardzo znajomym wyglądzie.
W jej siwych włosach, zaplecionych w misterne warkocze, widać było czarne pasma. Ciemne oczy, alabastrowa cera pokryta delikatnymi zmarszczkami, łagodne wzniesienie grzbietu nosa — doktor Durona. Znowu. Miała na sobie zwiewną bladozieloną koszulę, która barwą przywodziła na myśl fartuchy używane w klinice Durony, oraz kremowe spodnie. Doktor Lotus Durona, baronowa Bharaputra, miała dobry gust. I odpowiednie środki, aby go zaspokajać.
— Witaj, droga Rowan. — Skinęła jej głową, wyciągając dłoń, jak gdyby Rowan miała na niej złożyć dworski pocałunek.
— Lotus — powiedziała Rowan głucho i zacisnęła usta. Lotus z uśmiechem odwróciła dłoń, zręcznie zmieniając jej ruch w gest zaproszenia, by usiedli. Wszyscy zajęli miejsca.
Lotus dotknęła kontrolki przy swoim stole. Do sali weszła dziewczyna ubrana w brązowo — różowy strój Domu i podała drinki, zaczynając od barona, przed którym dygnęła, spuszczając oczy. Dziewczyna również wyglądała znajomo: wysoka, o wdzięcznych ruchach, wysoko sklepionym nosie i długich czarnych włosach związanych w koński ogon… Podając trunek baronowej, uniosła rozradowane oczy, przypominające otwierające się przed słońcem kwiaty. Kłaniając się Rowan, spojrzała na nią zdumiona i zmarszczyła czarne brwi. Rowan zareagowała podobnie, ale na jej twarzy odmalowała się zgroza, kiedy dziewczyna się odwróciła.
Gdy dziewczyna skłoniła się przed nim, miała jeszcze bardziej zdezorientowaną minę.
— Ty…! — wyszeptała, jak gdyby ze zdumienia odjęło jej mowę.
— Dalej, droga Lilly, nie gap się tak — powiedziała łagodnie baronowa.
Dziewczyna wyszła z jadalni, kołysząc się i oglądając przez ramię.
— Lilly? — wykrztusiła Rowan. — Dałaś jej na imię Lilly?
— Moja mała zemsta.
Ręce Rowan zacisnęły się gniewnie.
— Jak mogłaś? Wiedząc, kim jesteś? Wiedząc, kim my jesteśmy?
— A jak można przedkładać śmierć nad życie? — Baronowa wzruszyła ramionami. — Albo co gorsza — pozwolić Lilly samej dokonywać wyboru? Rowan, moja droga siostrzyczko, czas twojej pokusy jeszcze nie nadszedł. Zadaj sobie to pytanie za dwadzieścia czy trzydzieści lat, kiedy poczujesz, że gnije ci ciało, i zobacz, czy odpowiedź przyjdzie ci równie łatwo.
— Lilly kochała cię jak córkę.
— Lilly wykorzystywała mnie jak służącą. Miłość? — Baronowa zachichotała. — Stada Duron wcale nie wiąże ze sobą miłość, tylko zagrożenie ze strony drapieżnika. Gdyby usunąć zewnętrzne nie bezpieczeństwa ekonomiczne i inne, wszystkie uciekłybyście od siebie w najdalsze zakątki wszechświata. To typowe dla większości rodzin.
Rowan zamyśliła się nad tą kwestią. Nie wyglądała na zadowoloną. Ale nie oponowała.
Vasa Luigi odchrząknął.
— Właściwie, doktor Durono, nie musi pani wcale szukać dla siebie miejsca w odległych zakamarkach galaktyki. Dom Bharaputra chętnie skorzysta z pani talentu i wiedzy. Być może nadając pani nawet pewną autonomię. Jako, na przykład, szefowi departamentu. A potem, kto wie, może nawet całego oddziału?
— Nie, dziękuję — odparła Rowan.
Baron wzruszył ramionami. Czyżby przez twarz baronowej przemknął wyraz ulgi?
Nagle i on wtrącił się do rozmowy.
— Baronie, czy admirała Naismitha naprawdę porwał oddział Ryovala? Wie pan dokąd?
— To bardzo ciekawe pytanie — mruknął Vasa Luigi, przypatrując mu się. — Przez cały dzień bezskutecznie próbuję się skontaktować z Ryem. Podejrzewam, że tam gdzie jest, musi być także pański klon… admirale.
Głęboko nabrał powietrza.
— Dlaczego sądzi pan, że jestem admirałem, baronie?
— Ponieważ miałem okazję poznać tamtego. W wielce wymownej sytuacji. Nie sądzę, aby prawdziwy admirał Naismith pozwalał swojej ochronie wydawać sobie rozkazy — a pan?