Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 137
Перейти на страницу:

— Spokojnie! — powiedziała błagalnym tonem Rowan. — Sami nic nie możemy zrobić. W ogóle się nie liczymy. Poza tym w grę wchodzi twój stan. Jeśli dalej będziesz się w ten sposób ze sobą obchodził, dostaniesz następnego ataku.

— Do diabła z moim stanem! Muszę… muszę…

Rowan uniosła brwi z lekką drwiną. Zupełnie wyczerpany opadł na fotel z westchnieniem rezygnacji. Powinienem umieć to zrobić… coś zrobić… Wsłuchiwał się w ciszę, niemal zahipnotyzowany odgłosem własnego płytkiego oddechu. Pokonany. Znów. Nie lubił smaku porażki. Gapił się w swoje zdeformowane i blade odbicie w dachu kabiny. Czas ciągnął się, jakby nagle stał się lepki.

Lampki na panelu kontrolnym nagle zgasły, a oni stali się nieważcy. Pasy wpiły mu się w ciało. Mgła wokół nich zgęstniała.

Rowan wrzasnęła, waląc w panel. Zamigotało; na chwilę odzyskali ciąg. Potem znów wytracili prędkość. Opadali w nieregularnych podrywach.

— Co się dzieje, niech to szlag! — krzyknęła Rowan.

Spojrzał w górę. Nic, tylko lodowa mgła — opadli poniżej poziomu chmur. Później zjawił się nad nimi jakiś ciemny kształt. Wielki transportowiec, ciężki…

— To nie awaria układów. Ktoś manipuluje naszym polem — powiedział sennie. — Siłą obniża pułap.

Rowan przełknęła ślinę i skupiła się na utrzymaniu lotniaka w poziomie w chwilach, gdy odzyskiwała nad nim kontrolę.

— Boże, to znowu oni?

— Nie. Nie wiem… Może mają jakieś wsparcie. — Dzięki adrenalinie i własnemu uporowi przezwyciężył działanie środka uspokajającego, mobilizując do działania inteligencję. — Huknij! — zawołał. — Rozwal go!

— Co?

Nie zrozumiała. Nie pojęła, o co mu chodzi. Powinna — ktoś powinien…

— Rozbij lotniak! Nie posłuchała.

— Zwariowałeś? — Zatoczyli się i wylądowali na ziemi lewym bokiem, bez najmniejszego draśnięcia, w pustej dolinie zasypanej śniegiem i porośniętej suchymi karłowatymi krzewami.

— Ktoś chce nas porwać. Musimy zostawić jakiś znak, bo znikniemy z mapy bez śladu. Nie mamy łączności. — Wskazał nieczynny, martwy panel. — Trzeba zrobić ślady na śniegu albo coś podpalić, cokolwiek! — Szarpnął pasy, usiłując się z nich wyswobodzić.

Za późno. W mroku otoczyło ich czterech czy pięciu ludzi z ogłuszaczami gotowymi do strzału. Jeden otworzył drzwi po jego stronie i wyciągnął go z kabiny.

— Ostrożnie, nie zróbcie mu krzywdy! — krzyknęła przestraszona Rowan, gramoląc się na zewnątrz. — To mój pacjent!

— Uważamy, proszę pani — rzekł uprzejmie jeden z ubranych w skafandry mężczyzn — ale lepiej nie stawiajcie oporu.

Rowan się nie ruszała.

Rozejrzał się gorączkowo. Gdyby sprintem pobiegł do tego transportowca, może uda się…? Zrobił ledwie kilka kroków, gdy jeden ze zbirów chwycił go za koszulę i uniósł w powietrze. Mężczyzna wykręcił mu ręce do tyłu, a jego poranioną pierś przeszył okropny ból. Coś zimnego i metalicznego zatrzasnęło się na jego przegubach. To nie byli ludzie, którzy włamali się do Kliniki Durony. Inaczej wyglądali, mieli inne mundury i sprzęt.

Zbliżył się jeszcze jeden wysoki człowiek, krocząc z chrzęstem po śniegu. Oświetlił schwytaną dwójkę ręczną latarką. Wyglądał na czterdzieści kilka lat. Miał wyraziste rysy, oliwkową cerę i ciemne włosy związane w prosty węzeł. W przenikliwych oczach malowała się czujność. Patrzył na swą zdobycz zaintrygowany, marszcząc czarne brwi.

— Rozpiąć mu koszulę — polecił jednemu ze swoich ludzi.

Żołnierz spełnił rozkaz; smagły mężczyzna omiótł światłem latarki sieć blizn. Odsłonił białe zęby w uśmiechu. Nagle odrzucił głowę i wybuchnął głośnym śmiechem. Echo utonęło w zimowym zmierzchu.

— Ry, ty głupcze! Ciekawe, kiedy się domyślisz?

— Baron Bharaputra — powiedziała słabym głosem Rowan. Na powitanie uniosła hardo podbródek.

— Doktor Durona — odparł uprzejmie Vasa Luigi, nieco rozbawiony. — Twój pacjent, co? Nie odmówisz zatem zaproszenia. Pragnę was ugościć. Powiedzmy, że zamierzam urządzić małe spotkanie rodzinne.

— Czego od niego chcesz? Stracił pamięć.

— Nie chodzi o to, czego ja od niego chcę, tylko… czego ktoś inny może od niego chcieć. I czego ja mogę chcieć od nich. Ha! Jeszcze lepiej! — Dał znak swoim ludziom i odwrócił się. Popędzili jeńców do transportowca.

Jeden z nich odłączył się, żeby zasiąść za sterami niebieskiego lotniaka.

— Gdzie mam go zostawić, panie?

— Wróć do miasta i zaparkuj w jakiejś bocznej uliczce. Gdziekolwiek. Zobaczymy się w domu.

— Tak jest.

Drzwi transportowca zamknęły się i po chwili wzbili się w powietrze.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Mark jęknął. Przez mrok i mdłości przebił się ból jak jasne igiełki.

— Chcesz mu dać synerginę? — odezwał się czyjś zdziwiony głos. — Baronowi chyba nie zależało, abyśmy obchodzili się z nim łagodnie.

— Chcesz sprzątać lotniaka, jak zwymiotuje śniadanie? — zadudnił inny głos.

— Aha.

— Baron będzie się z nim obchodził po swojemu. Zaznaczył tylko, że chce go dostać żywego. I dostanie.

Syknął hiporozpylacz.

— Biedny gnojek — rzekł w zadumie pierwszy głos.

Dzięki synerginie Mark zaczął dochodzić do siebie po trafieniu wiązką ogłuszacza. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło od opuszczenia przez niego Kliniki Durony i gdzie teraz jest; od chwili gdy odzyskał przytomność, co najmniej trzy razy zmieniali po drodze pojazdy, w tym raz na znacznie większy i szybszy od autolotu. Zatrzymali się w jakimś miejscu, gdzie on i żołnierze przeszli przez komorę odkażającą. Anonimowo ubrani żołnierze poszli swoją drogą, a on został przekazany dwóm innym strażnikom, mężczyznom o płaskich twarzach ubranych w czarne spodnie i czerwone tuniki.

Barwy Domu Ryoval. Aha.

Położyli go twarzą do dołu, na tylnym siedzeniu lotniaka i związali ręce i nogi. Patrząc na szare chmury ciemniejące z nadciągającym zmierzchem, nie potrafił odgadnąć, dokąd zmierzają.

Miles żyje. Odczuł tak ogromną ulgę na tę myśl, że uśmiechnął się wesoło, mimo że twarz miał wciśniętą w lepki plastik siedzenia. Widok tego chudego gówniarza, który chodził o własnych siłach i oddychał, sprawił mu wielką radość. Poczuł, że niemal zbiera mu się na płacz. Naprawił to, co wcześniej zrobił. Teraz naprawdę może być lordem Markiem. Zostanę rozgrzeszony.

Prawie. Modlił się, aby doktor Durona powiedziała wprost, że Miles nadal dochodzi do siebie. W oczach Milesa dostrzegł przerażającą konsternację. Nie poznał Quinn, co musiało ją zranić do żywego. Poczujesz się lepiej. Zabierzemy cię do domu i poczujesz się lepiej. Zawiezie Milesa do domu i wszystko będzie dobrze, nawet lepiej niż dobrze. Będzie wspaniale.

Kiedy tylko ten idiota Ryoval zostanie wyprowadzony z błędu. Mark był gotów wypatroszyć go za to, że przerwał mu spotkanie rodzinne. Już CesBez się nim zajmie.

Znaleźli się w podziemnym garażu, lecz Mark nie miał okazji zobaczyć, co znajduje się na zewnątrz budynku. Strażnicy ściągnęli go brutalnie z siedzenia i postawili, potem oswobodzili mu nogi, które zdążyły mu zdrętwieć. Minęli elektroniczną komorę bezpieczeństwa, później zdjęli mu ubranie. Poprowadzili go w głąb tego… obiektu. Nie było to więzienie ani żaden ze słynnych burdeli Ryovala. W powietrzu unosiła się słaba i niepokojąca szpitalna woń. Otoczenie wyglądało na zbyt funkcjonalne, aby mogło się tu mieścić centrum tworzenia ciała na zamówienie; zbyt głęboko ukryte jak na miejsce, gdzie wytwarza się niewolników, gdzie ludzi zmusza się do nieludzkich rzeczy. Było bardzo duże. Bez okien. Podziemie? Gdzie ja u diabła jestem?

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)