Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Nie wpadnie w panikę. Przez chwilę wyobrażał sobie, co baron Ryoval może zrobić swoim ludziom, kiedy się dowie, że porwali nie tego bliźniaka. Gdyby Ryoval nie domyślił się od razu, Mark zastanawiał się, czy na pewien czas nie ukryć przed nim swojej prawdziwej tożsamości. Niech Miles z Dendarianami zyska większą przewagę. Nie zostali złapani; byli wolni. Odnalazłem go! Muszą po niego przyjść. A jeżeli nie oni, to CesBez. CesBez mógł mieć najwyżej tydzień spóźnienia, które szybko odrabiał. Wygrałem, do licha, wygrałem!
W głowie wciąż mu się kręciło od dziwacznej mieszanki radości i strachu. Strażnicy przyprowadzili go przed oblicze Ryovala, do jakiegoś luksusowo urządzonego gabinetu. Najwyraźniej znajdowała się tutaj także jego prywatna kwatera, ponieważ Mark dostrzegł salon po drugiej stronie korytarzyka. Bez trudu rozpoznał barona — widział go na nagraniach holowidowych z pierwszej misji „Ariela” w Obszarze Jacksona. Pamiętał rozmowę, w której Ryoval groził admirałowi Naismithowi, że każe oprawić jego odciętą głowę w plastik i zawiesi sobie na ścianie. U kogoś innego można by zlekceważyć taki zwrot jako hiperbolę, lecz Mark miał niejasne wrażenie, że Ryoval mówił poważnie. Baron opierał się o blat konsoli w pozycji półsiedzącej. Miał błyszczące ciemne włosy ułożone w misterną fryzurę, wydatny nos i gładką cerę. Jak na stułatka tryskał młodością i tężyzną.
Ma ciało klona. Na twarz Marka wypełzł lisi uśmieszek. Miał nadzieję, że Ryoval nie weźmie drżenia za oznakę lęku, gdyż było skutkiem ogłuszenia.
Straż posadziła go na krześle, krępując mu ręce metalowymi klamrami.
— Zaczekajcie na zewnątrz — polecił baron. — To nie potrwa długo.
Żołnierze wyszli.
Ryovalowi trochę drżały ręce. Na smagłej skórze twarzy połyskiwały ślady wilgoci. Kiedy uniósł głowę i odwzajemnił uśmiech Marka, w jego oczach zamigotało jakieś wewnętrzne światło — był to wzrok człowieka, który pochłonięty własnymi wizjami, niemal nie zwraca uwagi na rzeczywistość. Mark nie zważał na to, ogarnęła go bowiem wściekłość. Klonożerca!
— Admirale — rzekł z zadowoleniem Ryoval. — Obiecałem, że znowu się spotkamy. To było nieuniknione. — Obejrzawszy go od stóp do głów, uniósł brwi. — Przybrał pan na wadze w ciągu tych czterech łat.
— Dobrze jadam — warknął Mark, uświadamiając sobie z przykrością własną nagość. Mimo że nie cierpiał dendariańskiego munduru, wyglądał w nim całkiem dobrze. Quinn osobiście dokonała niezbędnych poprawek i teraz zaczął bardzo żałować, że nie ma go na sobie. Prawdopodobnie to właśnie on zwiódł żołnierzy Ryovala.
— Tak się cieszę, że pan żyje. Z początku miałem nadzieję, że zginie pan podczas jakiejś potyczki, ale po namyśle zacząłem się niemal modlić o pańskie ocalenie. Miałem cztery lata, aby się przygotować do tego spotkania. Wciąż coś poprawiałem, dopracowywałem szczegóły. Nie zniósłbym tego, gdyby się pan nie stawił.
Ryoval nie zorientował się, że nie ma przed sobą Naismitha. Ryoval w ogóle ledwie go dostrzegał. Zdawało się, jakby patrzył przez niego na coś w oddali. Baron zaczął chodzić tam i z powrotem, zdenerwowany niczym kochanek roztaczał przed nim szczegółowe plany zemsty — ohydnej, szalonej i nieprawdopodobnej.
Nie było jeszcze najgorzej. Ryoval mógłby teraz grozić wychudłemu, dotkniętemu krioamnezją biedakowi o nieprzytomnym spojrzeniu, który nie miałby pojęcia, kim jest ani dlaczego wokół niego dzieją się takie rzeczy. Markowi zrobiło się słabo na tę myśl. Tak, lepiej, że to ja, a nie on. Bez dwóch zdań.
Chce cię zastraszyć. To tylko słowa. Co przed wyjazdem mówił do niego książę? Nie odkrywaj się zawczasu przed wrogiem ze swoimi myślami…
Do diabła, Ryoval nawet nie był jego wrogiem. Wszystkie te wyrafinowane scenariusze napisano dla Milesa. Nie, nawet nie dla Milesa, tylko dla admirała Naismitha, człowieka, który nie istniał. Ryoval ścigał ducha, chimerę.
Baron zatrzymał się przed nim, przerywając wygłaszaną szeptem tyradę. Z ciekawością przesunął wilgotną dłoń po ciele Marka, wyczuwając palcami mięśnie ukryte pod warstwą tłuszczu.
— Wiesz — wydyszał — wcześniej zamierzałam kazać cię głodzić. Ale chyba zmieniłem zdanie. Chyba każę cię karmić siłą. Długofalowe rezultaty mogą okazać się jeszcze zabawniejsze.
Mark po raz pierwszy wzdrygnął się z obrzydzenia. Ryoval wyczuł to dotykiem i rozpromienił się w uśmiechu. Przerażający instynkt tego człowieka prowadził go prosto do celu. Może niech lepiej baron dalej goni chimerę? Może lepiej spadać stąd jak najprędzej.
Nabrał powietrza.
— Naprawdę nie chcę panu przerywać, baronie, ale mam złą wiadomość.
— Czy kazałem ci mówić? — Palce Ryovala zawędrowały w górę, ściskając skórę przy szczęce. — To nie jest przesłuchanie. Przyznając się, niczego nie zyskasz. Nawet śmierci.
Ta przeklęta zaraźliwa hiperaktywność. Zapadali na nią nawet wrogowie Milesa.
— Nie jestem admirałem Naismithem. Jestem klonem wyprodukowanym przez Bharaputran. Pańskie zbiry porwały nie tego, co trzeba.
Ryoval tylko się uśmiechnął.
— Sprytna sztuczka, admirale. Ale śledziliśmy klona z Bharaputry przez wiele dni, jakie spędził w Klinice Durony. Wiedziałem, że po niego przyjedziesz po tym, jak próbowałeś odzyskać go za pierwszym razem. Nie wiem, jakim uczuciem się kierujesz — byliście kochankami? Zdumiałbyś się, ilu ludzi zamawia własne klony właśnie do tych celów.
A więc tak to wygląda. Kiedy Quinn przysięgała, że nikt ich nie śledził, miała rację. Ryoval wcale ich nie śledził. On na nich czekał. Kapitalnie. To nie jego słowa ani mundur, tylko działania przekonały barona, że jest Naismithem.
— Jego też dostanę. — Ryoval wzruszył ramionami. — Już wkrótce.
Nie dostaniesz.
— Baronie, naprawdę jestem klonem. Niech pan sam się przekona. Proszę kazać mnie zbadać.
Ryoval zachichotał.
— Co proponujesz? Test DNA? Nawet Durony nie potrafiły jednoznacznie stwierdzić. — Westchnął głęboko. — Chcę z tobą zrobić tyle rzeczy, że doprawdy nie wiem, od czego zacząć. Muszę zachować logiczną kolejność. Na przykład taką, że nie można torturować części ciała, które już usunięto. Ciekawe, ile lat zdołam cię utrzymać przy życiu. Kilkadziesiąt?
Mark poczuł, że traci nad sobą panowanie.
— Nie jestem Naismithem — powiedział nienaturalnie wysokim głosem.
Ryoval chwycił go za podbródek i zadarł mu głowę, krzywiąc wargi z niedowierzaniem.
— Wobec tego poćwiczę na tobie. Zrobię sobie suchą zaprawę. A Naismith zjawi się tu niebawem. Zdąży na czas.
Zdziwisz się, kiedy zobaczysz, co tu się niebawem stanie. CesBez nie cofnie się przed niczym i bez skrupułów, bezwzględnie — nawet według kryteriów jacksońskich — rozbierze Dom Ryoval na części.
Aby ratować Milesa.
On, naturalnie, nie był Milesem.
Rozmyślał nad tym przygnębiony, a tymczasem na wezwanie Ryovala ponownie zjawiła się straż.
Pierwsze bicie było dość nieprzyjemne. To nie był zwykły ból. To był ból, przed którym nie można uciec, strach bez nadziei na wyswobodzenie, dręczący ciało i torturujący umysł. Ryoval patrzył. Mark krzyczał, nie starając się nawet opanować. Nie udawał silnego, dumnego mężczyzny, który cierpi w milczeniu. Może to przekona Ryovala, że nie jest Naismithem. Szaleństwo. Strażnicy nie łamali mu kości i nie przykładali się zbytnio do swego zadania. Potem zamknęli go nagiego w bardzo zimnym i maleńkim pomieszczeniu czy schowku pozbawionym okien. Otwór wentylacyjny miał szerokość może pięciu centymetrów. Nie mógłby tam włożyć ręki, nie wspominając już o próbie ucieczki.