Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Starał się jakoś przygotować, zebrać siły. Nie tracić nadziei. Czas działał na jego korzyść. Ryoval to niewątpliwie doświadczony sadysta, ale także psycholog. Przynajmniej na początku będzie go utrzymywał przy życiu, nie robiąc mu poważniejszej krzywdy. Przecież nerwy muszą pozostać nienaruszone, żeby przekazywały do mózgu informacje o bólu. Umysł również powinien pozostać jasny, by doświadczyć wszystkich niuansów cierpienia. Pierwszym punktem programu będą zapewne wymyślne upokorzenia, a nie zatłuczenie na śmierć. On musiał to po prostu przetrwać. Później… nie będzie żadnego później. Księżna mówiła, że wyprawa Marka do Obszaru Jacksona zmusi Illyana do przysłania tu większej liczby agentów, czy będzie tego chciał, czy nie — a to przyniesie korzyść podróży Marka, bez względu na to, czy uda mu się coś osiągnąć.
Poza tym, co dla niego mogło oznaczać jeszcze parę upokorzeń? Duma Milesa mogłaby na tym mocno ucierpieć, ale on nie miał przecież dumy. Tortury to dla niego żadna nowość. Och, Ryoval, czyś ty kiedy dostał w swoje ręce bardziej niewłaściwego człowieka…
A jeżeli Ryoval był choć w części tak dobrym psychologiem, za jakiego się uważał, złapałby kilku przyjaciół Milesa, aby ich torturować na jego oczach. W przypadku Milesa to świetnie zdałoby egzamin. Ale w jego — oczywiście nie. Nie miał przyjaciół. Do diabła, Ryoval, potrafię wymyślić gorsze rzeczy niż ty.
Nieważne. Przyjaciele go uratują. Lada chwila. Choćby teraz.
Teraz.
Buntował się w myślach, dopóki nie przyszli po niego technicy.
Potem odprowadzili go do celi, prawdopodobnie po to, aby wszystko przemyślał w samotności. Przez długi czas nie był jednak w stanie myśleć. Leżał na boku półprzytomny, oddychał krótko, spazmatycznie i prężył jak rozgwiazda ręce i nogi w rytm pulsującego bólu, który nie chciał minąć.
Wreszcie ciemne kręgi przed oczyma zaczęły powoli znikać, a ból odrobinę zelżał, ustępując miejsca ślepej furii. Wcześniej technicy skrępowali go, wepchnęli mu do gardła rurkę i napompowali go jakąś ohydną wysokokaloryczną breją. Powiedzieli mu, że domieszano do niej środek przeciwwymiotny, aby nie miał później okazji pozbyć się posiłku, a także mieszankę specyfików wspomagających metabolizm, żeby przyspieszyć trawienie i odkładanie tkanki tłuszczowej. Metoda była tak wyrafinowana, że z pewnością nie wymyślili jej na poczekaniu. Musiała należeć do arsenału środków Domu Ryoval. A on wyobrażał sobie kiedyś, że to jego prywatny, oryginalny perwersyjny sposób. Do tej pory uważał, że tak robił sobie krzywdę, ale ludzie Ryovala przekroczyli wszelkie granice, uświadamiając mu, że tylko bawił się bólem. Katowali go pod okiem swojego pana, który przyglądał się Markowi z coraz szerszym uśmiechem. Ryoval wiedział. Mark dostrzegł to w jego przebiegłych, rozradowanych oczach.
Ryoval odarł jego własny, prywatny bunt z wszelkiej tajemnicy. Odebrał mu jedyną władzę, jaką miał nad własnym ciałem. Ryoval przechytrzył go i przejrzał na wylot. Albo nawet jeszcze lepiej.
Kiedy robili mu różne rzeczy, mógł się po prostu wyłączać, być nieobecny; jednak kiedy zmuszano go, by sam się dręczył, wszystko przebiegało zupełnie inaczej. Różnica pomiędzy zwykłą torturą a prawdziwym upokorzeniem polegała na udziale ofiary. Galen, którego tortury fizyczne nie umywały się do tego, co wymyślał Ryoval, dobrze o tym wiedział; Galen zawsze go zmuszał, by sam sobie zadawał cierpienie lub żeby myślał, że tak jest.
Ryoval także o tym wiedział, co zademonstrował później, gdy hiporozpylaczem zaaplikował Markowi silny afrodyzjak, a potem przekazał swoim… strażnikom? A może pracownikom wypożyczonym z jednego z burdeli? I tak stał się szklanookim uczestnikiem własnego upodlenia. Było to niewątpliwie wspaniałe widowisko dla krążących holowidów, które rejestrowały wszystko pod każdym możliwym kątem.
Przyprowadzili go z powrotem do celi, aby przetrawił nowe doświadczenia, podobnie jak wcześniej zamknęli go, by przetrawił pierwsze przymusowe karmienie. Upłynęło wiele czasu, zanim minął szok i ustało działanie narkotyku. Odczuwał to znużenie, to śmiertelne przerażenie. Ciekawe. Afrodyzjak złagodził jego przypadłość spowodowaną doświadczeniami z paralizatorem, sprowadzając ją do lekkiej czkawki, w przeciwnym razie przedstawienie byłoby znacznie nudniejsze i krótsze. Ryoval przyglądał się cały czas.
Nie, nie przyglądał się. Uważnie studiował.
Świadomość, że baron patrzy, obsesyjnie go prześladowała. Zainteresowanie barona nie miało charakteru erotycznego. Mark odniósł wrażenie, że barona już od kilkudziesięciu lat nudziła banalność wszelkiego rodzaju aktów fizycznych. Ryoval przyglądał mu się, szukając… jego reakcji? Drobnych śladów zainteresowania, strachu, rozpaczy. Celem wszystkich zabiegów, jakim go poddawano, wcale nie był ból. Bólu było mnóstwo, ale powstawał jako skutek uboczny. Głównie w postaci dyskomfortu związanego z przymusowym karmieniem i coraz większą ilością neuroprzekaźników.
To nie są tortury, zdał sobie sprawę Mark. To tylko wstępny test. Moje prawdziwe tortury jeszcze są w fazie projektowania.
I nagle zrozumiał, co go czeka. Najpierw baron przyzwyczai go do tego, uzależni dzięki regularnie podawanym dawkom. Dopiero później doda ból i uwięzi go miotającego się między bólem a przyjemnością; aby osiągnąć swój plugawy cel, każe mu torturować samego siebie. A potem odstawi narkotyk, pozwalając Markowi dalej odgrywać scenariusze, do których zdąży się już przyzwyczaić. I Mark będzie posłuszny jego woli. Później Ryoval zaproponuje mu wolność. A on będzie go z płaczem błagać, by pozwolił mu zostać. Jako jego niewolnik. Zniszczenie poprzez uwiedzenie. Koniec gry. Zemsta absolutna.
Przejrzałeś mnie, Ryoval, ale ja też cię przejrzałem. Przejrzałem.
Przymusowe karmienie odbywało się regularnie co trzy godziny. Był to jedyny zegar, jakim dysponował i gdyby nie to, pomyślałby, że czas się zatrzymał. Zresztą już znalazł się w wieczności.
Zawsze sądził, że człowieka odziera się żywcem ze skóry za pomocą ostrych noży. Albo tępych. Technicy Ryovala uciekali się do chemii, spryskując wybrane fragmenty jego ciała jakimiś substancjami. Mieli na sobie ochronne ubrania, maski i rękawiczki; Mark próbował zedrzeć jednemu maskę, żeby ten miał okazję doświadczyć tego, co mu aplikował, ale mu się nie udało. Przeklinając swoją niemoc, krzyczał i przyglądał się, jak jego skóra odpada w bąblach od ciała. To nie była substancja żrąca, tylko jakiś dziwny enzym; odsłonięte nerwy pozostały nienaruszone i okropnie wrażliwe. Później jakikolwiek dotyk zmieniał się w prawdziwe męczarnie, zwłaszcza podczas siedzenia czy leżenia. Tak więc całymi godzinami stał w swojej ciasnej celi, przestępując z nogi na nogę, dopóki drżące mięśnie nóg nie odmówiły mu posłuszeństwa.
Wszystko działo się tak szybko. Gdzie, do diabła, są wszyscy? Jak długo tu tkwił? Jeden dzień?
A więc przetrwałem jeden dzień. Czyli mogę przetrwać następny. Gorzej już nie mogło być. Najwyżej więcej.
Siedział, kołysząc się. Jego myśli zagłuszał ból. I wściekłość. Zwłaszcza wściekłość. Od chwili gdy pierwszy raz nakarmiono go siłą, to przestała być wojna z Naismithem. Teraz miał osobiste rachunki z baronem Ryovalem. Lecz nie dość osobiste. Nigdy nie był sam na sam z baronem. Zawsze przeciwnik przewyższał go liczebnie i siłowo, gdy przekazywano go z jednego miejsca kaźni do następnego. Nawet teraz admirała Naismitha traktowano jako dość niebezpieczną kreaturę. Nie miał szans.